Mieczysław Bieniek: Odmroził ręce w... Afryce

Bieniek mietek1 ARC

fot: Archiwum Mieczysława Bieńka

Mieczysław Biedniek przed murami twierdzy w marokańskiej Asili

fot: Archiwum Mieczysława Bieńka

Z Mieczysławem Bieńkiem i jego aparatem fotograficznym wielokrotnie przemierzaliśmy już świat. Emerytowany górnik z „Wieczorka” wymyślił nową przygodę – postanowił objechać Afrykę... rowerem. Dopiero co wrócił, z poprzedzającego ją, 5-tygodniowego rekonesansu po Maroku.

Z Warszawy, via Malaga w południowej Hiszpanii, dotarłem do Szawszawanu w północnym Maroku. Reklamowane w turystycznych przewodnikach, błękitne fasady tutejszych domów, rzeczywiście robią wrażenie. Ale miasteczko – choć jedno z najpiękniejszych, jakie widywałem – nieco mnie zawiodło. Ponoć słynie z cudów. Ja, niestety, nie doświadczyłem niczego, co można by łączyć z nadprzyrodzoną interwencją. Pewnie dlatego, że jestem niewiernym – żartobliwie tłumaczy ten zawód Bieniek.

Na oślim grzbiecie

Drogę w Góry Rif w paśmie Atlasu, przez tereny najbardziej wojowniczych plemion berberyjskich, Bieniek przebył na oślim grzbiecie z tubylczym przewodnikiem. W karawanie dreptały aż cztery takie juczne „dżipy”, gdyż tym razem katowicki podróżnik zabrał z sobą żonę Iwonę. Oprócz ludzi, długouche wierzchowce musiały dźwigać podróżne toboły.

– Droga minęła bez jakiegokolwiek dreszczyku grozy. Spotykani Berberowie na ogół szeptali dyskretnie: „Kif, kif...”. Jak się dowiedziałem, jest to coś w rodzaju miejscowej koki. Nie skorzystałem – opowiada Bieniek.

W swoich podróżach po świecie katowicki emeryt unika wszystkiego tego, co zostało już „zadeptane przez turystów”. Również w Imlil, wiosce u podnóża Atlasu, zakołatał o nocleg do miejscowego pasterza.

– Imlil pachniało dojrzałymi jabłkami z wszechobecnych sadów. Dom był zbudowany z kamienia i gliny, sklejonych krowim nawozem. Na dole były dwie krowy i kilka owiec. Nad nimi mieszkała liczna rodzina. Wieczorem gospodarze podjęli nas berberyjskim specjałem. Ustawili sporą michę kaszy z kawałkami mięsa, okraszonych kozim tłuszczem. Siadamy: my, głowa rodziny, jego żona, dziadek i dziesięcioro dzieci. Jakoś niezręcznie było jeść samemu, więc gestem zapraszamy do posiłku wszystkich domowników.
Zachęta została przyjęta z takim entuzjazmem, że w chwilę potem w misce pozostały tylko obgryzione do czysta kości. Cóż, poszliśmy spać o pustych żołądkach – ze śmiechem wspomina berberyjską gościnność.

Marokańską ambicją Bieńka było zdobycie góry Dżabal Tubkal, najwyższego (4165 m n. p. m.) szczytu w paśmie Wysokiego Atlasu. Otwarcie przyznaje, że – jak na tak wytrawnego globtrotera – bardzo się w tej wyprawie zbłaźnił.

Zmarznięty, lecz niepokonany

– Wyruszyłem spod schroniska. Wokół spora gromadka turystów, na ogół Francuzi. Opatuleni w puchowe kurtki, buty z kolcami, namioty, kuchnie, kompletny alpinistyczny rynsztunek, czekany... Było ciepło, więc pomyślałem, że są to zwyczajne fanaberie zamożnych „szpanerów”. Na Dżabal Tubkal wyruszyłem więc o trzeciej nad ranem w koszulce i lekko ocieplonej wiatrówce. I to był błąd. 100 m przed szczytem, byłem bliski załamania. Mróz, dojmujący wiatr, płuca z coraz większym trudem łapią powietrze. Koniec końców dotarłem jednak na wierzchołek, czego dowodzą zrobione zdjęcia. Palce zesztywniałe z zimna, ale jakoś udało się nacisnąć spust. W każdym razie przez dwa tygodnie leczyłem później rany po popękanych pęcherzach na odmrożonych dłoniach – wspomina koszty zlekceważenia Dżabal Tubkal.

Dalej, szlakiem Berberów, Bieńkowie dotarli do Warzat.

– Bajecznie kolorowa, prawie niezamieszkała – z powodu braku wody – pustynna twierdza sprzed kilku wieków. Ale jakże do niej nie zajrzeć, skoro tu kręcono mój ulubiony film – „Gladiator” – uzasadnia powody wyboru kolejnego etapu marokańskiej marszruty.

Saharyjskiego piasku nałykał się aż nadto w tygodniowej drodze do doliny Marzuki. Zgrzytał w zębach, wciskał się w buty i za kołnierz koszuli.

– Siedem dni przez Saharę, na pustynnym „żaglowcu” – wielbłądzie.
Wydawałoby się – kompletna nuda. Nie. Bo jak opisać niesamowite wschody i zachody słońca oraz nieprawdopodobnie rozgwieżdżone niebo. A wokół po horyzont nic, tylko czerwone piaski. No, i mordercze, bezlitośnie palące słońce. Z powodu „kosmicznych” temperatur wyruszaliśmy w drogę już o drugiej nad ranem, by po przeczekaniu najgorętszej pory wędrować dalej – Bieniek wraca do kolorytu wędrówki po pustyni.

Bariera większa od miny

Tylko raz żałował, że zabrał z sobą małżonkę. Z jej obecnością łączy otóż niepowodzenie w próbie przekroczenia granicy z Mauretanią. – Prawda, przedostanie się do tej republiki jest obecnie krańcowo trudne. W pasie granicznym co krok odstręczają zatknięte w piasek tabliczki, ostrzegające przed minami. Jednak w moich dotychczasowych wędrówkach, rozmaitymi fortelami pokonywałem nie takie bariery. Tym razem musiałem się poddać – przypisuje to graniczne fiasko kobiecemu towarzystwu.

Ale i w tej rekonesansowej tylko wyprawie Bieńkom nie zabrakło mocnych wrażeń. Zdarzało się, że gra szła o przeżycie.

Jak kaczki na półce

– Docieramy do As-Sawira, portowego miasta na wybrzeżu Oceanu Atlantyckiego. Oprócz tutejszej fortecy z jej wałami obronnymi, niepodobna pominąć, ciągnących się kilometrami, plaż z wydrążonymi przez oceaniczne fale jaskiniami. W co większych można by zmieścić nasze bloki. Dookoła skały w barwach intensywnej czerwieni.

Rozbiliśmy namiot w jednej z takich pieczar. Jest noc, cieplutko, miło, spokojnie śpimy. Raptem czuję, że mam pod sobą mokro. Rzucamy wszystko i wdrapujemy się na kawałek skalnej półki wyżej. Tkwimy na niej niczym dwie zmoczone kaczki, z trwogą spoglądając na podnoszącą się wodę. Nad nami pionowa, 30-metrowa ściana bez żadnej drogi odwrotu. Po prostu nie byliśmy świadomi potęgi atlantyckiego przypływu. Wreszcie ocean pofolgował. Nad ranem na miejsce przybiegł chłopak z nieodległej restauracji o szumnej nazwie „La Paloma”, dziwiąc się, że zastał nas jeszcze żywych – Bieniek opowiada o jednym z takich epizodów.

Połknięty przez falę

Raz jeszcze kusił los, próbując popływać w Atlantyku.

– Nigdy dotąd nie zetknąłem się z wysokimi na 4-5 m falami. Dobrze pływam. Pomyślałem: cóż za problem, przecież sobie poradzę. Tymczasem zostałem dosłownie „połknięty” przez zawijający się grzywacz. Brzeg na wyciągnięcie ręki, a ja przez godzinę daremnie usiłuję do niego dotrzeć. Na szczęście pośród pienistej kipieli wypatrzył mnie jakiś surfer i pomógł mi dotrzeć do brzegu. Później dowiedziałem się, ilu takich beztroskich „pływaków” pozostało na zawsze w oceanie – przyznaje się do własnej głupoty.

Jeżeli to był tylko rekonesans, to nie sposób sobie wyobrazić, co czeka Mieczysława Bieńka podczas wyprawy rowerowej przez cały kontynent. Jedno jest pewne – po powrocie były górnik z „Wieczorka” odwiedzi naszą redakcję z tysiącami zdjęć i wspomnień.


MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Nagroda za pamięć o zamordowanym bracie górniku

Za nami wyjątkowa Gala wręczenia Nagrody „Czarny Diament Wolności”, która odbyła się w Śląskim Centrum Wolności i Solidarności im. Dziewięciu Górników z „Wujka” w Katowicach. Tegoroczną laureatką prestiżowego wyróżnienia została Magdalena Pelc - która od lat pielęgnuje pamięć o swoim bracie Zbigniewie Wilku, jednym z Dziewięciu z „Wujka”.

100 szefów kuchni, 20 stref i jeden wielki cel. 13 września Kulinarny Ogień rozgrzeje TAURON Park Śląski

Wielki finał charytatywnej akcji Kulinarny Ogień 13 września 2026 r. w TAURON Parku Śląskim. Na gości czekać będzie blisko 100 szefów kuchni, 20 autorskich stref kulinarnych, koncerty i atrakcje dla całych rodzin. A przede wszystkim – wspólny cel: wsparcie budowy pierwszego na Śląsku stacjonarnego hospicjum dla dzieci „TuSieTuli”. Organizatorzy chcą podczas finału zebrać minimum 250 tys. zł. 

80 lat SITG w Rybniku: Wspólnota, tradycja i przyszłość

Stowarzyszenie Inżynierów i Techników Górnictwa Oddział w Rybniku świętuje jubileusz 80-lecia działalności. Z tej okazji w dniach 4–6 września 2026 roku zorganizowano uroczyste obchody, połączone z nadaniem odznaczeń oraz wydarzeniami kulturalnymi i integracyjnymi.

Amfetamina w kiełbasie, wódka w pomarańczy. Kiedy wyszło na jaw, że w kopalniach zdarzają się przypadki pracy na haju?

Wiecie, kiedy po raz pierwszy wyszło na jaw, że w kopalniach zdarzają się przypadki pracy na tzw. haju? Pewnie nie, ale ja Wam podpowiem. To był 2011 rok. Wówczas w ręce policjantów wpadło pięciu mężczyzn, którzy na terenie katowickiej kopalni Wieczorek handlowali marihuaną. Skoro handlowali, no to pewnie byli tacy, którzy ją kupowali, a następnie używali przed pracą albo w czasie szychty. No i pojawił się nowy problem.