Matusiewicz: Zasługujemy na więcej
fot: Jarosław Galusek
Piekary odwiedzi marszałek Adam Matusiewicz <i>(na zdjęciu)</i> oraz senator Leszek Piechota
fot: Jarosław Galusek
Jest Pan rozczarowany, że Chorzów nie będzie gospodarzem Euro 2012?
- Jestem bardzo rozczarowany, chociaż spodziewaliśmy się takiej decyzji od dłuższego czasu. Sądzę, że zupełnie niepotrzebnie od dwóch lat dawano nam powody do złudzeń. Decyzja UEFA sprowadzała się do tego, że uznano, iż miasta, które były na liście podstawowej, zdążą z działaniami na 2012 rok. Nie brano pod uwagę obecnego stanu przygotowań. Zupełnie niepotrzebnie dorobiono też do decyzji ideologię w postaci oceny ekspertów. Chorzów na przykład uzyskał za stadion najniższą ocenę ze wszystkich miast, tymczasem u nas stadion jest, wymaga tylko dobudowania dachu. W jednym z pozostałych ocenianych miast nie podpisano jeszcze nawet umowy z wykonawcą. Uczciwsze byłoby chyba powiedzenie dwa lata temu, że mamy szanse na organizację EURO tylko wówczas, gdy komuś innemu powinie się noga. Nie mielibyśmy niepotrzebnych złudzeń.
Organizacja meczów w ramach Mistrzostw Europy byłaby jednak impulsem do szybszego rozwoju województwa...
- Tutaj bym nie przesadzał, na Stadionie Śląskim i tak odbyłyby się prawdopodobnie tylko dwa mecze. Owszem, przyjechałoby wielu kibiców, którzy bawiliby się w naszych pubach i korzystali z hoteli, ale te kilkudniowe pobyty nie wywarłyby większego wpływu na rozwój naszego regionu. Natomiast bardzo bolesna jest utrata waloru promocyjnego i prestiżowego.
Z promocją województwa śląskiego nie jest przecież tak źle. Trwa bardzo dynamiczna kampania w ogólnopolskich mediach. Chyba już nie jesteśmy postrzegani wyłącznie jako region węgla i stali?
- Ten wizerunek dominuje w coraz mniejszym stopniu i to bardzo dobrze, ale stereotypy na nasz temat, szczególnie w stolicy, funkcjonują nadal. Zapomina się, że duże firmy, zatrudniające na Śląsku tysiące osób, muszą płacić podatki i składki do ZUS. Gdyby zrobić takie zestawienie, ile województwo śląskie wpłaca do budżetu, a ile z niego dostaje, byłaby to druzgocąca informacja dla innych regionów, bo okazałoby się, że pomagamy w ich rozwoju.
Rola Śląska w rozwoju nauki jest dzisiaj bezsprzeczna, a rozkwitające nowoczesne technologie sprawiają, że możemy stać się dynamicznym ośrodkiem naukowo-technicznym, także jeśli chodzi o przemysły uważane powszechnie za schyłkowe.
- Na Śląsku nie ma starych przemysłów. Zapotrzebowanie na węgiel jest i będzie się utrzymywało nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Z kolei intensywny rozwój naszego hutnictwa był związany z ruchem inwestycyjnym wokół organizacji olimpiady w Pekinie. To przecież nowoczesność! Mówienie o schyłkowości naszego górnictwa i hutnictwa - nie u nas na Śląsku, lecz w innych regionach Polski - bierze się stąd, że na wydobycie węgla patrzy się przez pryzmat walijskich kopalń, które upadły. Ale Śląsk to nie Cardiff. Jesteśmy nowoczesnym regionem, który ma atut w postaci złóż naturalnych.
Wskazuje Pan jednak na sytuację sprzed roku. Obecnie wygaszane są piece i baterie koksownicze, a na zwałach kopalń zalegają miliony ton węgla.
- To wiąże się z cyklem koniunkturalnym. Ze względu na globalne powiązania gospodarcze we znaki daje się nam światowy kryzys gospodarczy, ale ten kryzys minie.
Jak dotrzeć z tą informacją do strony społecznej, która nie chce przyjąć do wiadomości załamania gospodarczego, a odpowiedzialnością za gorsze wyniki obarcza zarządy spółek i polityków?
- Strona społeczna będzie upominać się o zarobki zawsze, bo to związane jest z prozą życia. Każdy z nas chce przecież lepiej zarabiać. Ja tylko boleję nad tym, że związki zawodowe nie biorą pod uwagę, że jesteśmy w kryzysie. To nie jest czas domagania się podwyżek, bo dodatkowe wydatki mogą spowodować zadłużenie się i utratę płynności finansowej przez spółki. Związki powinny być teraz partnerem dla zarządów.
Kryzys to nie tylko spadek przychodów spółek, ale niejednokrotnie niższe zarobki lub utrata pracy dla wielu ludzi. Czy mamy instrumenty, aby te niekorzystne zjawiska minimalizować?
- Proponowane nowelizacje Kodeksu pracy, które uelastyczniają czas pracy powinny w tej sytuacji pomóc. Trzeba też - i to się dzieje w sposób bardzo intensywny - wprowadzić do gospodarki realny, dodatkowy pieniądz. Rząd mógłby oczywiście wyemitować całą masę bonów skarbowych, rzucić je na rynek, rozkręcając inwestycje rządowe, ale to spowodowałoby wyłącznie wzrost cen. Realnym pieniądzem nieinflacyjnym są natomiast fundusze unijne. Trwają bardzo aktywne działania pana marszałka, aby znalazły się one na rynku o wiele szybciej, niż planowano. I wreszcie rzecz niebywale istotna: jeżeli w przedsiębiorstwach trzeba dokonywać zwolnień, nie można dawać podwyżek, to szeroko pojęta sfera budżetowa nie może abstrahować od tego, co się dzieje na rynku. Administracja rządowa oszczędności musi zacząć od siebie i to się właśnie dzieje. Służą temu programy cięć budżetowych. Gdyby ich nie wprowadzono, rząd w przyszłym roku musiałby, albo podwyższyć podatki - co niczego dobrego by nie przyniosło, a tylko spowodowałoby falę bankructw - albo zdecydować się na większą inflację.
Na 4 czerwca Śląsko-Dąbrowska „Solidarność” zapowiada wielką manifestację w Katowicach. Podnoszone będą na niej nie tylko kwestie związane z wynagrodzeniami, ale także obrona praw pracowniczych i związkowych.
- 4 czerwca to wielkie święto narodowe. Polska dwa razy odzyskiwała niepodległość: raz w roku 1918, drugi raz pomiędzy rokiem 1989, a 1991. Umownie przyjęliśmy datę pierwszych częściowo wolnych wyborów, jako moment powtórnego odzyskania niepodległości. Po raz pierwszy obchodzimy tę datę w uroczysty sposób. To jest jak najbardziej moment do przeprowadzania manifestacji patriotycznych, ale nie do protestów. Na całym świecie święto narodowe oznacza zawarcie swoistego paktu o nieagresji. Nie neguję prawa do demonstracji, łącznie ze zgodnymi z prawem, nawet najbardziej finezyjnymi akcjami protestacyjnymi, ale niech odbywają się one 3 lub 5 czerwca, a nie 4 czerwca, czy 11 listopada.