Maksymowicz: Druga runda w KGHM
Zarząd, który chciał przeprowadzić restrukturyzację firmy, przez połączenie kopalń i hut musiał ugiąć się przed zdesperowanymi związkami zawodowymi, które dla tego celu powołały wspólny komitet strajkowy. Potem nastąpiło chwilowe zawieszenie broni, a nawet pojawiły się oznaki odprężenia. Tak dotrwano do wiosny. Tym razem wydaje się, że spór jest wręcz irracjonalny. Związki chcą wypłaty dodatkowej nagrody w wysokości 5 tysięcy złotych. Zarząd zgadza się na 2 tysiące. Wobec uporu obu stron przy swoich stanowiskach związki po raz kolejny przystąpiły do procedury strajkowej.
Drugie dno
Można zapytać, czy warto narażać na szwank istnienie firmy w sporze o 3 tysiące złotych stanowiących różnicę pomiędzy tym, co chce dać zarząd a tym, co postulują związkowcy? Na zdrowy rozum nie warto. Tym bardziej, że tak naprawdę to te 3 tysiące pomnożyć przez 18 tysięcy załogi to ok. 54 miliony złotych. Firmę na to stać. Załoga też zarabia nieźle jak na polskie warunki i te 3 tys. nie są dla niej kwestią życia i śmierci. Spór, zatem jest pozorny i ma swoje prawdziwe drugie dno. Związki zdają sobie sprawę z tego, że KGHM jest dla załogi, jak przysłowiowa kura, która znosi złote jaja. Owszem, trzeba na te jaja ciężko zapracować, ale za to można dostatnio i wygodnie żyć tutaj z pokolenia na pokolenie. Tymczasem rząd mając na względzie pozbycie się zarządzania państwowymi spółkami przeznaczył KGHM na sprzedaż, choć oficjalnie jeszcze tego nie ogłosił. Nic by w tym nie było jeszcze złego, gdyż taki, czy inny właściciel mógłby być obojętny dla załogi, jeżeli nadal miałby utrzymać profil wydobycia rudy i produkcji miedzi. Tymczasem okazało się, że produkcja miedzi w KGHM jest jedną z najdroższych na świecie. Dla jej utrzymania potrzebne są coraz większe nakłady. Nie przeszkadza to jednak uzyskiwać z niej znacznych dochodów. Wiadomo, że sprzedana firma po okresie gwarancji zatrudnienia z całą pewnością zostanie zamknięta. Nikt nie zechce utrzymywać kury, która znosi złote jaja, ale którą również złotem trzeba karmić.
Trudności
Po pierwsze bieda z czasów PRL nakazywała wydobywać jak najwięcej i sprzedawać wszystko, co tylko możliwe. W ten sposób zbudowano na złożu rud miedzi w okolicach Lubina cztery duże kopalnie, zamiast jednej średniej wielkości. Ta jedna trwałaby ponad dwieście lat. Te cztery odpowiednio mniej. Po prostu złoże jest ograniczone w zasobach przemysłowych, czyli tych, które można wydobyć. Obecna eksploatacja prowadzona pomiędzy poziomem 1000 i 1250 m, mówi sama za siebie. Temperatura waha się na wyrobiskach eksploatacyjnych, przygotowawczych i likwidacyjnych w granicach od 30 do 40 stopni Celsjusza. Naturalna wentylacja niewiele tu pomaga. Potrzebne jest sztuczne schładzanie powietrza. Ile to kosztuje? A no miliony dolarów, których nikt obcy nie zechce wydawać, tylko i wyłącznie dla bezpieczeństwa i komfortu załogi. Do tego dochodzą coraz silniejsze tąpnięcia, które są nieuniknione ze względu na budowę geologiczną. Otóż mniej więcej w połowie głębokości między powierzchnią a wyrobiskami położona jest 100 metrowej grubości warstwa twardych i wytrzymałych anhydrytów. Osiadanie pod tą warstwą bardziej plastycznych mas skalnych wywołuje kumulowane w czasie naprężenia w anhydrycie. Ich rozładowanie w postaci pęknięcia warstwy anhydrytowej wywołuje skutki i daje się odczuć, tak samo jak trzęsienie ziemi. Rzecz polega na tym, że im głębiej schodzi eksploatacja tym cięższe są skutki tąpnięć. Wszystkie szkody z tym związane pokrywa KGHM. Osobnym problemem jest już 100 metrowej wysokości ziemna zapora stawu osadowego odpadów poflotacyjnych „Żelazny Most”, który jest największym w Europie tego rodzaju składowiskiem zawierającym około miliarda ton półpłynnego błota. Jego położenie w centrum cywilizacyjnego osadnictwa jest zagrożeniem zarówno ekologicznym, jak i bezpieczeństwa przerwania zapory, co już raz miało miejsce w 1966 roku na kopalni „Konrad” z tragicznymi skutkami zalania kilkunastu osób ze skutkiem śmiertelnym. Wiadomo, że tak ryzykownych przedsięwzięć obcy kapitał będzie raczej unikał. Nikt w tych sprawach nie ma złudzeń. Zamknięcie KGHM będzie najbardziej opłacalnym przedsięwzięciem międzynarodowej branży górnictwa hutnictwa rud miedzi. Wypłacone polskiemu rządowi pieniądze zwrócą się szybko w postaci wzrostu ceny miedzi. Szacuje się, że samo zamknięcie KGHM spowoduje wzrost ceny miedzi na światowych giełdach w wysokości ok. 1 tys. dolarów USA na tonie.
Ktoś musi ustąpić
W tej sytuacji wydaje się, że nie ma wyjścia. Rząd musi sprzedać KGHM. Wynika to zarówno z jego doktryny ekonomicznej prywatyzacji spółek państwowych, jak i pilnych potrzeb budżetowych. Na przeszkodzie tym planom stoją jednak związki zawodowe, które w tej sytuacji każdy pretekst uważają za dobry do zademonstrowania swojej siły i determinacji. Jednym z tych kolejnych pretekstów jest właśnie spór o owe trzy tysiące złotych. Związkowe zwycięstwo nie tylko, że poprawi samopoczucie finansowe załogi, ale upewni ich, że na tej drodze mogą odnieść dalsze kolejne sukcesy odsuwające sprzedaż firmy w nieokreśloną przyszłość. Tymczasem rządowi potrzebne pieniądze są już dzisiaj. Zarząd firmy też nie może sobie pozwolić na kolejną porażkę, bo ta umacnia stronę związkową. Rząd dysponuje niewątpliwym atutem, jakim jest większościowa własność firmy. Jako właściciel, teoretycznie może postępować ze swoją własnością tak jak uważa to za stosowne. Być może, że rząd znajdzie sposób na rozbicie jedności związkowej, która w obliczu realnego zagrożenia przestała się różnić politycznie. Związkowa determinacja w utrzymaniu swoich miejsc pracy za wszelką cenę odpowiada rządowemu przekonaniu o konieczności pozbycia się państwowych przedsiębiorstw również za każdą cenę. W tej sytuacji zwycięstwo każdej ze stron może okazać się porażką firmy. Jeżeli firma ma przetrwać jeszcze najbliższe dwadzieścia lat, to ktoś musi ustąpić.
Ile rund?
Wszystko wskazuje na to, że kolejną drugą rundę również na punkty wygra strona związkowa. Wygra ją dla tego, że spór jest praktycznie mało istotny, jest prestiżowy. Trudno, rząd tym razem przełknie kolejną gorzką pigułkę. Związki doskonale zdają sobie sprawę, że w tej śmiertelnej dla nich grze muszą sięgać po każdy argument i muszą wykorzystać każdą nawet najmniejszą okazję do zademonstrowania swojej siły i zwartości. Wiedzą, że rząd ugnie się przed ich determinacją, ale tylko do czasu. Jak nadarzy się okazja to nie będzie żadnej dla nich litości. Do takiej sytuacji nie mogą dopuścić. Wszystko wskazuje na to, że będziemy jeszcze świadkami bezwzględnych sporów o najmniejsze sprawy w KGHM. Związkowcy wiedzą, że jak raz ustąpią to potem nie nikt już z nimi nie będzie chciał rozmawiać, a cała ich jedności się rozleci, jak przysłowiowy domek z kart. Rząd teoretycznie ma czas. Może czekać i podejmować kolejne mniej lub bardziej udane próby. W KGHM czeka nas dramatyczny spektakl składający się z wielu rund kolejno prawdopodobnie wygrywanych na punkty przez związkowców. Rząd musi wygrać przynajmniej jedną rundę i będzie to zapewne runda ostatnia, która może zakończyć się tylko nokautem.
felietony Adama Maksymowicza