Makoszowy - ofiara styczniowego porozumienia
fot: ARC
- Problem kopalni Makoszowy w tej chwili polega nie tylko na tym, że jest w SRK i nie można znaleźć na nią kupca. Problem polega też na tym, że ta kopalnia fedrowała i nie miała na ten rok nawet jednej umowy na sprzedaż węgla - uważa Sławomir Starzyński, redaktor naczelny gazety "Nowy Górnik"
fot: ARC
- To wszystko, co się dzieje z kopalnią Makoszowy wynika z grzechu pierworodnego, którym była koncepcja zrobienia ze Spółki Restrukturyzacji Kopalń, czegoś w rodzaju sanatorium czy szpitala uzdrowiskowego. Kopalnie miały z niej wychodzić w dobrej formie i normalnie funkcjonować. To było totalną pomyłką, bo najpierw trzeba było sprawdzić, czy z punktu widzenia prawa europejskiego jak i krajowego taki zabieg jest możliwy. Teraz Makoszowy za to płacą - stwierdza redaktor naczelny dwutygodnika "Nowy Górnik" Sławomir Starzyński w rozmowie z portalem górniczym nettg.pl.
Redaktor zwraca także uwagę na błędy, które popełniono przed lat, gdy łączono Makoszowy z Sośnicą. Za takim rozwiązaniem stała wówczas możliwość eksportu węgla dla energetyki niemieckiej. Ówczesny prezes Kompanii Węglowej Maksymilian Klank negocjował warunki długoterminowej umowy. Z węgla z obu kopalń miało być przygotowywane paliwo dla konkretnych odbiorców. Uroczyście odprawiono pierwszy pociąg, miały być doprecyzowane szczegóły wieloletniego kontraktu. Zmienił się zarząd Kompanii Węglowej i zmieniła się koncepcja. W założeniach połączenie obu ruchów miało być działaniem faktycznym, łącznie ze wspólnym zakładem przeróbczym, a skończyło się jedynie na zmianach administracyjno-prawnych.
- To była taka zmiana bez zmiany. Po tym posunięciu nikt nie potrafił już ocenić, która z tych kopalń jest bardziej efektywna. Mało tego, kopalnie zaczęły przynosić straty, bo nie wykonano działań zapisanych w planie połączenia. I tak wszystko zaczęło się sypać. W tej chwili mamy efekt tego grzechu sprzed 10 lat i grzechu rządu PO-PSL, który doszedł do wniosku , że będzie można wykorzystać SRK na zasadzie: wrzucimy tam jakąś kopalnię, ona dojdzie do formy, a potem ją sprzedamy i będzie dobrze - kwituje Starzyński i przypomina porozumienie, które w styczniu 2015 r. podpisał rząd i strona społeczna.
- Nikt parafując to porozumienie nie zastanawiał się, jakie będą koszty tej operacji. To było gaszenie pożaru, a powszechnie było wiadomo, że górnictwo ma problemy od wielu lat. W tej chwili bez względu na to, kto będzie dalej tę operację naprawy górnictwa wykonywał, musi się liczyć z z tym, że pewnych rzeczy nie da się już odkręcić. Klasycznym przykładem są właśnie Makoszowy. Nawet obecnie gdyby znalazł się inwestor, który chciałby kupić tę kopalnię, to musi na dzień dobry oddać 150-170 mln zł pomocy publicznej. Jeśli kupi ją za symboliczną złotówkę plus VAT, to poza zwrotem pomocy publicznej, będzie musiał jeszcze wyłożyć sporo na inwestycje - tłumaczy redaktor, który zwraca też uwagę na wewnętrzne problemy kopalni. - Po co kupować kopalnię ze sztywnym układem pracy i bez rynku zbytu? - pyta.
- Nie rozumiem, dlaczego nikt wcześniej nie zauważył, że SRK nie jest przygotowana do tego, żeby sprzedawać węgiel. Problem kopalni Makoszowy w tej chwili polega nie tylko na tym, że jest w SRK i nie można znaleźć na nią kupca. Problem polega też na tym, że ta kopalnia fedrowała i nie miała na ten rok nawet jednej umowy na sprzedaż węgla. Dla mnie jest to sytuacja paranoiczna, że fedrujemy sobie, choć nie mamy kontrahenta. Oczywiście, w pełni rozumiem dyrektora i załogę, bo ci ludzie chcą z czegoś żyć. Jak fedrują, żyją z dotacji. Dziwię się jednak, że ta sytuacja była tolerowana - uważa Starzyński, który podkreśla, że na przestrzeni ostatnich lat co chwilę zmieniała się koncepcja na funkcjonowanie dawnej Kompanii Węglowej, do której należały Makoszowy.
- Plany zmieniały się tak często, jak zmieniali się prezesi. W tej chwili okazuje się, że jest taki bałagan, że ciężko określić, które zagrożenia dla branży są realne, a które są efektem czyichś fobii czy wymysłów. W tej sytuacji nie dziwię się ministrom Tchórzewskiemu i Tobiszowskiemu, że funkcjonują na zasadzie gaszenia tych największych "pożarów". Moim zdaniem, żeby sytuację unormować, potrzebny jest przynajmniej jeszcze rok. To będzie rok ciężki nie tylko pod względem finansowym, ale też ze względu na to, że trzeba szybko ogarnąć ten bałagan. A Makoszowy? Mogą polec, bo nikt nie wnikał w szczegóły, kiedy było zapotrzebowanie na spokój społeczny - stwierdza redaktor.