Łukjanow: Rosja straciła asa
Wacław Radziwinowicz: Kto więcej może stracić na konflikcie gazowym. Rosja czy Ukraina?
Fiodor Łukjanow, redaktor naczelny pisma „Rosja w Polityce Globalnej”:
Rozumiem, że chodzi o straty moralne, ryzyko utraty prestiżu, bo straty materialne oba kraje podliczać będzie jeszcze długo, ostro się przy tym kłócąc. A jeśli mówić o prestiżu, to znacznie więcej ryzykuje i traci Rosja.
Dlaczego?
- Związek Radziecki, a potem Federacja Rosyjska, rozmawiając z klientami europejskimi o gazie czy w ogóle o dostawach surowców energetycznych, zawsze miały w ręku argument, który na każdego logicznie myślącego partnera działał jak atutowy as. Powtarzaliśmy bowiem, że zawsze, przez 40 lat, nawet - jeśli tak można powiedzieć - w najgorętszych momentach zimnej wojny, nawet w czasie rozpadu ZSRR, kiedy waliło się imperium, nasze pompy tłoczące rurociągami gaz do Europy działały jak zegarek. Klienci zawsze i na czas mieli tyle gazu, na ile opiewały kontrakty. Gaz był, nikt nie marzł. A teraz straciliśmy swojego asa atutowego, pierwszy raz w historii gaz nie trafia do naszych klientów.
Jak to pierwszy raz? Przecież noworoczne konflikty gazowe między Rosją a krajami tranzytowymi stały się już w ostatnich latach tradycją?
- Tak, były niebezpieczne epizody w roku 2004, kiedy doszło do sporu gazowego z Białorusią, potem w 2006 był spór z Ukrainą. Ale to wszystko trwało krótko. I nikt na Zachodzie, który jest naszym najważniejszym klientem, nie ucierpiał. Dziś jednak marzną całe kraje i to przede wszystkim takie jak Grecja, Węgry, Bułgaria, czyli najlepsi nasi przyjaciele w Europie. A Moskwa nic nie może zrobić, bo inicjatywa wymknęła się nam z rąk. Przejęli ją Ukraińcy. Rosja, Gazprom mogą tylko reagować lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej nerwowo na ich posunięcia.
Uważa pan, że tę wojnę gazową wywołała Ukraina?
- Ona ją przygotowała. Gospodarka ukraińska jest w takim stanie, że nasi sąsiedzi nie są w stanie ani płacić za nowy gaz, ani spłacać długów za dostawy ubiegłoroczne. Więc tym razem uprzedzili nas i sięgnęli po broń, którą w czasie poprzednich konfliktów posługiwał się Gazprom. Myśmy do tej pory wykorzystywali swoją pozycję dostawcy monopolisty, oni teraz wykorzystują swój monopol na tranzyt gazu. Im dłużej klienci z Europy nie mają gazu, który zamówili w Gazpromie, tym więcej Gazprom traci pieniędzy i tym bardziej traci dobrą do tej pory reputację niezawodnego dostawcy. W Kijowie liczą, i może słusznie, że im dłużej będzie to trwało, tym lepsza będzie pozycja przetargowa Ukrainy w przyszłych rozmowach o dostawach rosyjskiego gazu dla Ukrainy i o warunkach tranzytu.
W czwartek pytałem premiera Władimira Putina, jak on ocenia ryzyko utraty przez Gazprom prestiżu niezawodnego dostawcy gazu w wyniku dzisiejszego kryzysu. Odpowiedział, że zależy ono od tego, na ile uczciwie sytuację będą przedstawiać media. On sam jednak nie uważa, że to ryzyko jest duże.
- Szef rządu nie może się przyznać do swoich obaw. Musi wyrażać pełen optymizm. Poza tym Putin dobrze się zna na gazie. Dziś docierają do niego głosy z Zachodu o tym, że czas najwyższy dywersyfikować dostawy gazu, rozwijać energetykę jądrową, byle tylko uniezależnić się od monopolisty rosyjskiego, na którym, jak pokazują ostatnie wydarzenia, polegać nie można. Ale Putin dobrze wie, że ani na krótką, ani na średnią metę z tych rozmów nic groźnego dla nas wyniknąć nie może. Europa musiałaby znaleźć nowych dostawców gazu, podpisać kontrakty z nimi, zbudować gazociągi omijające Rosję. To trwa lata. No, chyba że Amerykanie raptem dogadają się z Iranem. Wtedy nasza dominująca pozycja na europejskim rynku gazu bardzo szybko byłaby zagrożona. No, ale na razie na takie porozumienie się nie zanosi. Moskwa jednak nie powinna się uspokajać tym, że jej rynkowej dominacji nawet po obecnym kryzysie w najbliższych latach nic nie zagraża. Europa dostaje bolesną lekcję. I nawet kiedy gaz znowu popłynie, będzie już pamiętać, że na gazie dostarczanym tylko przez Gazprom polegać nie może.