Rozmowa z Włodzimierzem Lubańskim, zwycięzcą plebiscytu „Trybuny Górniczej” i portalu nettg.pl na najpopularniejszego sportowca klubów górniczych w latach 1945–2010
Wygrał Pan wiele plebiscytów i zdobył mnóstwo laurów zarówno na boisku, jak i poza nim. Jak ważne dla Pana jest zwycięstwo w plebiscycie „Trybuny Górniczej”?
Rzeczywiście, sporo tego się zebrało, ale wygrana w „Trybunie Górniczej” jest dla mnie szczególna. To właśnie środowisko górnicze, z którego wywodzili się w większości kibice Górnika, stało za moimi sukcesami, jak również za sukcesami mojego klubu. Jestem bardzo wdzięczny tym, którzy pamiętali o Lubańskim i oddali na mnie głos. Znalazłem się w bardzo szacownym gronie, wszak za mną jest Leszek Blanik czy też wspaniali siatkarze, którzy byli mistrzami olimpijskimi.
13 lat gry w Górniku Zabrze z pewnością zapisało się w świadomości ludzi węgla, dla których ciągle jest Pan ikoną polskiej piłki.
Dla mnie każde zwycięstwo w plebiscycie czy też konkursie to duże wyróżnienie i naprawdę jest mi bardzo miło, że ludzie o mnie pamiętają. Zwłaszcza kibice Górnika, bo wyobrażam sobie, że to oni w pierwszej kolejności na mnie głosowali.
7 razy był Pan mistrzem Polski, 6 razy zdobywcą Pucharu Polski, 4-krotnie najlepszym snajperem polskiej ekstraklasy – te wszystkie tytuły i zaszczyty osiągnął Pan dzięki wsparciu braci górniczej. To był najważniejszy sponsor wielkiego klubu, jakim był wówczas Górnik.
Udało mi się zdobyć wiele zaszczytów w polskiej piłce ligowej i wielokrotnie to powtarzałem, że Górnik miał i ma wspaniałych kibiców, którzy do ostatniego miejsca wypełniali stadion w Zabrzu bądź Stadion Śląski, gdzie graliśmy wielkie mecze pucharowe. A górnictwo było prawdziwym sponsorem nie tylko śląskiej, ale – można tak powiedzieć – całej polskiej piłki. Górnikom, którzy ciężko harowali pod ziemią, dostarczaliśmy wiele niezapomnianych emocji. Klubowi bardzo pomogło Zabrzańskie Zjednoczenie Przemysłu Węglowego, a tak naprawdę to wszystkie kopalnie Zjednoczenia. Ministrem górnictwa i energetyki w czasach wielkich sukcesów Górnika był Jan Mitręga. I on bardzo nam pomagał. Ale była też cała armia anonimowych ludzi z górnictwa, którzy wspierali nas na każdym kroku.
Pański ojciec był sztygarem w kopalni „Sośnica”. Nie myślał Pan o tym, by pójść jego śladami? Czy zjeżdżał Pan do kopalni, poznał specyfikę pracy pod ziemią?
Jakoś nie myślałem o tym, by iść jego śladami. Ale w domu nasłuchałem się wielu opowieści ojca o ciężkiej pracy górnika, codziennym trudzie i wypadkach. Rodzinną Sośnicę zapamiętałem jako małe miasteczko, pełne górników z charakterystycznie „podmalowanymi” od pyłu węglowego oczami. A w kopalni byłem tylko raz, bodajże były to „Szczygłowice”. To była wycieczka, ale za wiele tej specyfiki górnictwa nie poznałem, gdyż zjechaliśmy na pokład położony niezbyt głęboko. Grając w Górniku ja i koledzy byliśmy oddelegowani z kopalni do klubu i mieliśmy to szczęście, że mogliśmy na świeżym powietrzu uprawiać nasz zawód. A prawdziwym górnikom byliśmy wdzięczni za to, że mogliśmy spokojnie trenować i wygrywać mecze.
Gdy czasami zdarza się Panu cofać kartki w kalendarzu, to nie żal Panu, że mógł osiągnąć jeszcze więcej? Może w obecnych czasach zagrałby Pan w Lidze Mistrzów, zdobył europejski puchar?
To przenoszenie się w czasie nie ma sensu. W trakcie kariery zawodniczej osiągnąłem bardzo wiele i niczego, co się wtedy zdarzyło, nie żałuję. Teraz w piłce są wielkie pieniądze i wielka sława, ale ja swoje zdobyłem. Reprezentując blok państw socjalistycznych, toczyliśmy często nierówną walkę z drużynami krajów zachodnich. I nie byliśmy od nich gorsi.
Mistrzostwa świata w Argentynie i niejasna w nich rola trenera Jacka Gmocha, który odsunął Pana od podstawowego składu, długo odbijały się czkawką?
Nie chciałbym w szczegółach wracać do sprawy, o której już tak wiele powiedziano. Akurat po ciężkiej kontuzji kolana nie byłem w Argentynie w najwyższej formie, ale strzeliłem później w barwach belgijskiego Lokeren blisko 100 bramek. Jak na „kulawego piłkarza” to był niezły wyczyn. W Argentynie mogło być inaczej, ale nie będę oceniał Gmocha.
Nie martwi to Pana, że w roli trenera nie zrobił Pan tak dużej kariery, jak można się było spodziewać? Rola szkoleniowca, wcześniej menedżera, to był dobry pomysł na nowe życie?
Jako trener nie miałem wielkich ambicji. Dla mnie to była duża frajda pracować przez 4,5 roku w Lokeren w roli drugiego trenera. Teraz są nowe wyzwania. Jakie? Pracuję na rzecz Euro 2012, mam dużo spotkań marketingowych i reklamowych, pomagam promować mistrzostwa w Polsce. Ponadto jestem ambasadorem ośrodka sportowego w Gniewinie na Wybrzeżu. Promuję go w Europie jako centrum pobytowe Euro 2012. Myślę, że właściwie ułożyłem sobie życie i naprawdę czuję się spełnionym człowiekiem.
Godnie uczczą zamordowanych górników. Centrum Dziewięciu z Wujka zmienia się nie do poznania
Jeszcze w tym roku Śląskie Centrum Wolności i Solidarności im. Dziewięciu Górników z Wujka (ŚCWiS) zamierza rozpocząć drugi etap adaptacji przestrzeni kopalni Wujek, kopalnianej łaźni łańcuszkowej, pod kątem m.in. widowiska multimedialnego.