Losy: pamiętam płonące wieżowce
fot: Kajetan Berezowski
- Nie wykluczam, że w momencie ataku terrorystycznego mogłem znaleźć się w samym centrum wydarzeń, w World Trade Center - przyznaje Zbigniew Traczyk
fot: Kajetan Berezowski
Nie mówi, że otrzymał drugie życie. O tragicznych wydarzeniach sprzed dziesięciu lat opowiada spokojnie, bez emocji, jakby relacjonował film katastroficzny. 11 września 2001 r. Zbigniew Traczyk, informatyk z Centralnego Ośrodka Informatyki Górnictwa, był w Nowym Jorku. Mógł znaleźć się w samym epicentrum wydarzeń, ale szczęśliwym trafem tego dnia korzystał z urlopu.
Był słoneczny poranek, gdy o 8.46 w północną wieżę WTC uderzył pierwszy z uprowadzonych samolotów Boeing 767 linii American Airlines. Szesnaście minut później w drugą wieżę wbił się inny Boeing 767, należący do United Airlines. Uderzenia wypełnionych po brzegi paliwem maszyn spowodowały olbrzymie wybuchy i pożar.
- Byłem wówczas w domu, wziąłem urlop. Nagle słyszę, dzwoni telefon. Odbieram, a to kolega z pracy informuje mnie, że jakaś awionetka uderzyła w bliźniacze wieże na Wall Street. Pomyślałem sobie: „To ci dopiero”. Lecz gdy podszedłem do okna i ujrzałem w oddali ogromne kłęby dymu, uświadomiłem sobie, że stało się coś gorszego. I nie myliłem się. Niebawem telewizyjne wiadomości podały całą gorzką prawdę. Dosłownie zdrętwiałem z przerażenia - przyznaje Traczyk.
Jak domek z kart
Trudno o racjonalne zachowanie w podobnych sytuacjach. Jedne myśli biją się z drugimi. Jechać do firmy, a może tylko zatelefonować? Najpierw należałoby jednak uspokoić bliskich w Polsce. Lecz po kwadransie jest już na wszystko za późno. Nowojorska komunikacja przestaje funkcjonować, nie można się z nikim porozumieć telefonicznie.
- Nie wykluczam, że w momencie ataku terrorystycznego mogłem znaleźć się w samym centrum wydarzeń, w World Trade Center - przyznaje Zbigniew Traczyk.
- Biura banku, w którym pracowałem, znajdowały się na Manhattanie, dwie ulice dalej od WTC, ale w podziemiach jednej z wież mieliśmy zainstalowaną drugą serwerownię, zapasowe centrum przetwarzania danych. Często się tam chodziło. Pamiętam wnętrze wieżowca. Wielkiego wrażenia nie robiło. Skromne, bez jakiegoś przepychu. Drapaczami zarządzało miasto. Miały tam swoje siedziby setki drobnych firm, głównie banków inwestycyjnych. Szkopuł jednak w tym, że to właśnie takie przedsiębiorstwa budowały od dziesiątek lat amerykańską potęgę gospodarczą. I nagle wszystko runęło jak domek z kart. Często wracam myślami do tamtych chwil. Ale odnoszę wrażenie, że gdybym znalazł się 11 września rano w podziemiach World Trade Center umknąłbym śmierci. Takiej szansy nie mieli ludzie znajdujący się na wysokich piętrach. Jeśli od razu nie spłonęli żywcem, uciekali przez okno. Skakali, bo co im pozostało? Nie mam pojęcia, w jaki sposób zginął jeden z naszych pracowników. Miał pecha, został zaproszony na konferencję, gdzieś na górną kondygnację. Poszedł i przepadł bez wieści... - przerywa Traczyk.
Tamtego dnia długo spoglądał z okna swego mieszkania na dymiące wieże. Dzieliło go od nich czterdzieści kilometrów, ale przy bezchmurnym niebie widoczność była bardzo dobra, zwłaszcza przez lornetkę. Wieczorem mieszkańcy osiedla, którzy ocaleli z katastrofy, zaczęli wracać do domów. Niektórzy robili wrażenie, jakby wyjechali na powierzchnię po szychcie w kopalni. Ich twarze były czarne od wszechobecnego pyłu i dymu, a odzież przypominała ubrania robocze. O spotkaniu z nimi opowiadał podczas niedzielnej mszy miejscowy proboszcz. Ludzie opuszczali kościół w milczeniu. Musiało upłynąć kilka dni, zanim pojęli ogrom tragedii.
Wymarła okolica
- Na Manhattanie pojawiłem się tydzień później. Nie dotarłem do miejsca, w którym stały wieże, bowiem drogi dojścia były zablokowane przez policję. Okolica, tętniąca jeszcze nie tak dawno życiem przez okrągłą dobę, robiła wrażenie wymarłej. Wszędzie unosił się fetor spalenizny. Bank, w którym odpowiadałem za bezpieczeństwo danych, poniósł straty rzędu 10 mln dolarów. Tyle kosztował zatopiony w podziemiach WTC sprzęt, ale nie utraciliśmy najważniejszego - danych. Bez nich musielibyśmy pakować manatki. Większość firm mieszczących się w bliźniaczych wieżach nie przetrwało, ponieważ nie posiadały zapasowych serwerowni. Ich dane przepadły bezpowrotnie. Na takie ryzyko amerykański biznes nie był wówczas przygotowany. Nie pomogły milionowe odszkodowania i nowi menedżerowie. Interes zwyczajnie przestał się kręcić i skutki tego trwają do dzisiaj – kończy swoje wspomnienia Zbigniew Traczyk, który wchodzi obecnie w skład zespołu odpowiadającego za bezpieczeństwo danych w katowickim COIG.
Jak ustalono, w zamachu al-Kaidy na World Trade Center w Nowym Jorku śmierć poniosło 2749 osób. 26 nadal oficjalnie uznawanych jest za zaginione. Bardzo duże straty dotknęły służby miejskie. W trakcie akcji ratunkowej poległo ponad 300 strażaków i policjantów. W zamachu zginęło także sześcioro Polaków. We wrześniu 2002 r. odsłonięto w Parku Skaryszewskim w Warszawie płytę poświęconą ich pamięci.