Legia Akademicka i proza górnictwa - felieton Jacka Korskiego

fot: Katarzyna Zaremba-Majcher

fot: Katarzyna Zaremba-Majcher

Oglądałem w telewizji debatę sejmową poświęconą bezpieczeństwu Polski i przygotowaniom obronnym oraz polityce międzynarodowej. Wiele słów poświęcono między innymi liczebnemu powiększeniu naszej armii i, ogólnie, obronnemu przygotowaniu naszego społeczeństwa.

I wtedy przypomniały mi się dwie sytuacje z naszej niedawnej przeszłości. Pierwsze, bardziej osobiste wspomnienie, to sytuacja, kiedy mój syn zgłosił się na studiach do odbycia szkolenia wojskowego. Część teoretyczną zaliczył, ale na praktykę już się nie dostał. Studiował w pierwszej dekadzie tego wieku elektronikę, i to w języku angielskim. Powinien być zatem cennym zasobem, ale został pierwszym w naszej rodzinie od ponad stu lat, który nigdy nie założył żołnierskiego munduru. Drugie zdarzenie miało miejsce jeszcze przed pandemią. Było to po gali wieńczącej kolejną ze Szkół Eksploatacji Podziemnej. Młodzi laureaci Turnieju Wiedzy Górniczej nie chcieli zostać na poczęstunku, ponieważ spieszyli się do powrotu do miejsca zamieszkania, gdzie mieli następnego dnia dobrowolne szkolenie wojskowe w ramach Legii Akademickiej. Warto przypomnieć, że to reaktywowane w 2017 r. przedsięwzięcie w zakresie wojskowego przygotowania młodzieży akademickiej ma tradycje sięgające 1918 r. To, że młodzi ludzie chcieli, z własnego wyboru, brać udział w wojskowym ćwiczeniu, wzbudziło przed kilku laty zdziwienie wielu moich kolegów. Ja pogratulowałem im decyzji.

W lipcu 1997 r., kierując akcją przeciwpowodziową w południowych dzielnicach Zabrza, mogłem skorzystać z istniejącego wtedy Zakładowego Oddziału Samoobrony, którego członkami byli pracownicy kopalni Makoszowy przeszkoleni w zakresie tzw. obrony cywilnej. W tamtej dekadzie zaniechano wojskowego szkolenia studentów, a w kolejnej przestały istnieć oddziały obrony cywilnej, bo wojny już nigdy miało u nas nie być. Dziś, ponad trzy lata od wybuchu tej pełnoskalowej wojny w Ukrainie, ciągle więcej o tym mówimy, niż dzieje się coś praktycznie.

Pisałem coś kiedyś o „jutraniu”, czyli odkładaniu wszystkiego na jakieś potem, i myślę, że powinniśmy się tego oduczyć najszybciej, jak to możliwe.

Dotyczy to też polskiego górnictwa węglowego, gdzie szybciej, niż zapisano to w umowie społecznej, skończą się ludzie do kopania węgla, zwłaszcza pod względem jakości pracowników. To refleksja, która towarzyszy mi od kilku lat. Na uczelniach górniczych niewielu adeptów górniczej sztuki, a i z tych nie wszyscy, trafią przecież do przemysłu. Nie podzielam krytycznego stosunku do kolejnego pokolenia młodych ludzi, bo czasy są inne, zmieniają się wartości i to akurat jest… niezmienne.

Słuchając raportów prezentowanych na SEP, zauważyłem, że w jednej z grup górniczych roczna wydajność spadła do poziomu ledwie około 500 t na zatrudnionego rocznie. Kiedy tego słuchałem, przypomniała mi się rozmowa, którą odbyłem latem 2003 r. z ówczesnym prezesem Południowego Koncernu Energetycznego, panem Janem Kurpem. PKE zamierzał powiększyć swoje węglowe aktywa przez przejęcie kolejnej kopalni lub kopalń, w tym Bolesława Śmiałego, któremu wtedy dyrektorowałem. Padło wtedy oczekiwanie, że powinniśmy osiągnąć wydajność 840 t na pracownika rocznie, a kiedy odchodziłem ze stanowiska, uzyskaliśmy ponad 1000 t, bo choć fedrowaliśmy w cienkich pokładach, to nie utrudniał nam życia metan i tąpania. Dziś przy średniodobowym wydobyciu ze ściany na ciągle malejącym poziomie, który w ubiegłym roku osiągnął kolejne dno, czyli ok. 2,5 tys. t na dobę, pytanie: czy to ma jeszcze sens? Oburzą się z pewnością czynni zawodowo górnicy, bo to ich praca i źródło utrzymania ich rodzin, ale strata górnictwa węglowego przekroczyła za ubiegły rok według szacunków ponad 11 mld zł. Możliwe, że w obecnych warunkach politycznych mogłoby to być konieczne do zaakceptowania, ale pod warunkiem zapewnienia stabilności wydobycia i jakości wydobywanego węgla. W obliczu innych niezbędnych wydatków naszego państwa może to być coraz trudniejsze.

I tak przeszliśmy od Legii Akademickiej do szarej prozy polskiego górnictwa węglowego.

Jacek Korski

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Ceny gazu w Europie spadają wraz z poprawą ruchu statków w cieśninie Ormuz

Ceny gazu w Europie spadają wraz z poprawą ruchu statków w cieśninie Ormuz - informują maklerzy.

Jak hale pneumatyczne radzą sobie z ekstremalnymi warunkami pogodowymi?

Hale pneumatyczne są coraz częściej wybierane jako zadaszenie kortów tenisowych, boisk piłkarskich i innych obiektów sportowych. Pozwalają ograniczyć wpływ deszczu, śniegu, wiatru oraz niskich temperatur na codzienne użytkowanie obiektu. Dzięki temu sezon sportowy może trwać znacznie dłużej, a w wielu przypadkach obiekt może być wykorzystywany także w okresie jesienno-zimowym.

Enea zabezpiecza dostęp do gazu z terminalu na Bałtyku i wkracza na globalny rynek

Enea uzyskała rezerwację mocy w terminalu gazowym FSRU 2. Oznacza to zabezpieczenie dostępu do infrastruktury, która umożliwi odbiór skroplonego gazu ziemnego (LNG) dostarczanego drogą morską. To kolejny ważny krok w realizacji strategii dywersyfikacji źródeł dostaw gazu oraz wzmacniania bezpieczeństwa energetycznego Grupy Enea. 

Jest porozumienie w górniczej spółce w sprawie pełnej realizacji funduszu płac

Dwunastu centralom związkowym reprezentującym załogę Polskiej Grupy Górniczej i zarządowi spółki udało się zawrzeć porozumienie w sprawie pełnej realizacji niewykonanego funduszu płac przewidzianego na pierwsze półrocze 2026 roku. Górnicy otrzymają swoje pieniądze wraz z pensją za czerwiec.