fot: ARC
Krzysztof Misiewicz lubi trudne wyzwania
fot: ARC
Zawsze mnie interesowało, jak pływa żaglówka. Jak to się dzieje, że wiatr wieje z różnych kierunków, a łódka płynie zawsze do przodu – tak Krzysztof Misiewicz, inżynier ds. obudowy i kotwienia górotworu w kopalni „Borynia”, mówi o tym, skąd się wzięło u niego zainteresowania żeglarstwem.
Aby poznać odpowiedzi na te pytania, zapisał się w 1995 r. na kurs żeglarski. Pływając zdobywał wiedzę, doświadczenie i kolejne uprawnienia żeglarskie. Jest już jachtowym sternikiem morskim i od 2003 r. instruktorem żeglarstwa.
O żeglowaniu Krzysztof Misiewicz mówi tak: – To bardzo miła forma spędzania czasu. Zawsze mnie to odstresowuje. Najlepsze pływanie jest na Morzu Północnym, bo tam są trudne warunki. Na Adriatyku pływa się przyjemnie, ale jest nudno, jak na Mazurach – komentuje.
– Chociaż – dodaje zaraz – jeziora mazurskie też mogą dać w kość, o czym nie raz się przekonałem.
Opowiadając o ciekawych rejsach, Misiewicz wspomina dwutygodniową wyprawę jachtem „Joseph Conrad” (15 metrów długości, 140 m kw. żagli) z Gdańska do Amsterdamu.
– To duży jacht na 15 osób załogi – relacjonuje. – Miało nas płynąć 12, a zostało sześciu, wraz z kapitanem. Z tego powodu kapitan był zmuszony stanąć na wachcie. Dopłynięcie do Amsterdamu tak dużym jachtem, przy tak małej załodze, było sporym wyczynem. Jak na Morzu Północnym dopadł nas sztorm, 8 stopni w skali Beauforta, to brakowało rąk do żagli.
Nie posłuchałem wtedy teściowej, która mówiła, żebym zabrał rękawice, i potem żałowałem, bo ręce mi grabiały. Teraz zawsze mam je ze sobą.
Inny ciekawy rejs, który zapadł w pamięci Misiewicza, to przepłynięcie z Dublina do Edynburga przez jezioro Loch Ness. – Tam były fascynujące widoki – wspomina. – Jezioro jest położone wśród surowych, pięknych gór. Musieliśmy płynąć też kanałami i przez system śluz. Tylko pierwszą uruchamiał operator, następne otwieraliśmy i zamykaliśmy już sami.
Wydarzeniem, które wspomina z sentymentem, była msza św. odprawiona na wodach Zalewu Rybnickiego. – Ołtarz był zamontowany na dwóch łodziach – opowiada. – Wokół niego na łodziach byli żeglarze. Komunię ksiądz rozdawał, jeżdżąc motorówką.
Misiewicz wyznaje, że sztormy znosi „kiepsko, ale dzielnie”. Na jachcie może pracować w każdych warunkach. Po tym, jak podkreśla, poznaje się dobrego żeglarza.
Uprawnienia, jakie posiada, pozwalają mu pływać na wszystkich łodziach do 18 m długości. Misiewicz zastrzega się, że nigdy w trakcie rejsu nie chciał być kapitanem, bo pływanie traktuje jako formę odpoczynku. – A kapitan – komentuje – musi o wszystkim myśleć; czy starczy pieniędzy, ustalać wachty i kursy.
W tym roku żeglarz z „Boryni” wybiera się w rejs, który określa jako wypoczynkowy. – Na wyspie Rodos wynajęliśmy wygodną łódkę – wyjaśnia. – Są na niej prysznice, szerokie koje, kotwicę opuszcza się i wyciąga przyciskając guzik. Naciśnięciem guzika zwija się także grota.
Porównując warunki żeglowania sprzed kilkunastu lat z dniem dzisiejszym, Misiewicz podkreśla, że „teraz jest łatwiej”. – Kiedyś żeglarz musiał umieć wszystko naprawić – mówi. – Teraz jak nawali silnik, to szybko można go wymienić. Łodzie są lżejsze, lepiej i nowocześniej wyposażone.
Krzysztof Misiewicz jest szefem wyszkolenia w Klubie Żeglarskim „Nava” w Rybniku. Zajmuje się także prowadzeniem zajęć z adeptami żeglarstwa. A chętnych do zdobycia patentu nie brakuje. – Na każdym kursie jest 15-20 osób, mimo tego, że nad Zalewem Rybnickim prowadzą je cztery kluby – informuje.