Korski: Sentymentalna szychta po godzinach, czyli górnicy to niewinne, skrzywdzone istoty
Czytając nagłówki artykułów poświęconych kopalniom czy, szerzej, górnictwu węglowemu zauważyłem, że coraz więcej tekstów poświęconych jest życiu kopalń po życiu, czyli po zakończeniu wydobycia. Obrońcy górnictwa są aktywni w komentarzach, ale w sposób, który raczej do nich zniechęca, bo często używają inwektyw - pisze Jacek Korski, ekspert górniczy.
fot: Katarzyna Zaremba-Majcher
Jacek Korski
fot: Katarzyna Zaremba-Majcher
Czytając nagłówki artykułów poświęconych kopalniom czy, szerzej, górnictwu węglowemu zauważyłem, że coraz więcej tekstów poświęconych jest życiu kopalń po życiu, czyli po zakończeniu wydobycia. Obrońcy górnictwa są aktywni w komentarzach, ale w sposób, który raczej do nich zniechęca, bo często używają inwektyw - pisze Jacek Korski, ekspert górniczy.
Nie można bowiem używać argumentów, że wszyscy są źli, a tylko górnicy to niewinne, skrzywdzone istoty. Przez wiele lat węgiel kamienny stanowił energetyczny motor rozwoju gospodarczego, ale później pojawiły się nośniki energii bardziej wygodne w użyciu, jak ropa naftowa i gaz ziemny. Jeszcze później pojawił się atom. W Polsce nasz węgiel był tym motorem dłużej i ciągle jeszcze trochę jest, bo nie mieliśmy i nadal nie mamy własnej ropy i gazu w dostatecznej ilości. Po Czarnobylu straciliśmy zapał do energetyki jądrowej i nadal idzie nam z nią jak po grudzie, choć jesteśmy na nią skazani. W międzyczasie pojawił się temat odpowiedzialności paliw kopalnych za globalne ocieplenie.
A u nas? Mieliśmy węgiel i opartą głównie na węglu kamiennym i brunatnym energetykę. Paliwa te są dostępne w Polsce, co z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego jest bardzo korzystne. Jednak problem w tym, że złoża w istniejących kopalniach się po prostu kończą. Zapał młodych ludzi do uczenia się zawodu górnika jakoś osłabł, być może wskutek niechętnej górnictwu atmosfery. To wszystko oznacza, że mimo dużych zasobów geologicznych, w nieodległej przyszłości nie będzie gdzie i komu wydobywać węgli kopalnych. Do tego dochodzi niechęć lokalnych społeczności do budowy na ich terenie nowych kopalń. Musimy zatem pogodzić się z tym, że rola węgla w polskiej energetyce będzie niestety maleć. Choć jako górnikowi trochę mi żal…
Górnictwo to jednak nie tylko węgiel. Przez lata byliśmy potentatami w wydobyciu i przetwórstwie rud cynku i ołowiu w rejonie Bytomia i Olkusza. Górnictwo tych rud i srebra jest nawet starsze od Bochni czy Wieliczki. I jakoś tak bez wielkiego rozgłosu kilka lat temu wydobycie rud cynkowo-ołowiowych w naszym kraju się zakończyło. Nadal działają huty metali nieżelaznych, choć po nagłośnionej w „Ołowianych dzieciach” hucie w Szopienicach niewiele zostało. Jest tam niewielkie muzeum hutnicze przypominające co nieco z tego przemysłowego fragmentu historii Górnego Śląska. Ostatnio będąc w Bukownie, znalazłem się w świecie, którego już nie ma. Odwiedziłem „Kopalnię Wiedzy o... Cynku” w miejscu, gdzie działały kiedyś Zakłady Górniczo-Hutnicze Bolesław. Pierwszy raz byłem tam, kiedy kombinat działał pełną parą, ponad pięćdziesiąt lat temu. Pamiętam mecz na inaugurację nowego stadionu i piękny basen. Dziś część hutnicza nadal działa, produkując cynk i jego stopy. Obok znajduje się właśnie wspomniana „Kopalnia Wiedzy o Cynku”, której widocznymi z daleka elementami są zachowane maszyny górnicze, które kiedyś pracowały w podziemiach kopalń cynku i ołowiu rejonu Olkusza. Maszyny podobne do tych, które znam z KGHM czy innych podziemnych kopalń rud na świecie.
Najpiękniejsze jednak zobaczyłem w niewielkim budynku, który w przeszłości był siedzibą dyrekcji jednej z działających tam kiedyś niedużych kopalń prywatnych. Dziś w tym obiekcie mieści się świetne multimedialne muzeum, które zrobiło na mnie bardzo duże wrażenie. W niewielkim budynku znajduje się wszystko, co powinno być pokazane od geologii po technikę i technologię górnictwa i hutnictwa cynku oraz ołowiu. Wszystko przedstawione w przystępny i zrozumiały sposób. Nie zabrakło też ekspozycji pokazującej, jak żyli górnicy i czym zajmowali się po pracy. Po muzeum oprowadzali nas byli pracownicy kopalń i chyba pasjonaci utrwalania pamięci o tym, co już stało się przeszłością.
* * *
Kolejny raz obejrzałem ostatnio w Operze Śląskiej w Bytomiu „Halkę” Stanisława Moniuszki. Co mniej więcej 10 lat wystawiana tam jest nowa inscenizacja tej opery, która z Bytomiem związana jest w sposób szczególny. W 1920 roku w niemieckim wtedy mieście wystawiono tę operę dla pokrzepienia i wzmocnienia ducha polskiej ludności. Wtedy wystąpili tam artyści Opery Warszawskiej. Obecna inscenizacja z wykorzystaniem nowoczesnych multimedialnych dekoracji bardzo mi się spodobała.