Kolędnicy z certyfikatem, czyli nie jest łatwo zostać dziadem

fot: Kajetan Berezowski

Okres Bożego Narodzenia to raj dla różnej maści kolędników odwiedzających domostwa jak Beskid długi i szeroki

fot: Kajetan Berezowski

+10 Zobacz galerię

Galeria
(13 zdjęć)

Idą kolędnicy, sławią narodziny Jezusa, odpędzają złe moce, strzelają z biczów. Na próżno dziś wypatrywać ich w mieście, ale na wsiach, zwłaszcza w okolicy Zwardonia i Żywca, na Boże Narodzenie aż roi się od przebierańców.

Pachołek, Cygan, Żyd, ksiądz, diabły, śmierć, niedźwiedź, zbereźny fotograf, turoń z gwiazdą, a bywa, że i górnik znajdzie się w tym rozbawionym towarzystwie. Jak co roku w trzecią niedzielę adwentu kolędnicy spotkali się w chorzowskim skansenie.

- Trzeba was tu wszystkich obsypać owsem, plewami, powinszować, potańcować, pośpiewać, narobić dużo huku i hałasu, bo to złe moce z końcem roku łodganio. Przyjechali my, żeby dobrego ducha na nowy rok wam zaszczepić - tłumaczyli ze sceny członkowie grupy Jukace z Żywca. 

W barwnych, stożkowych maskach rzeczywiście narobili sporo hałasu. Jakby tego było mało, strzelali z batów przy dźwiękach dzwonków przytwierdzonych do pasów.

- Diabły, baba, śmierć, ksiądz, a ten w czerwonym to kasjer – wylicza postacie biorące udział w przedstawieniu Czarek, jeden z kolędników.

Zgodnie z ludową tradycją Jukace wychodzą w teren na Sylwestra. O piątej rano w Nowy Rok w swoich kolędniczych strojach uczestniczą we mszy „dziadowskiej”, jedynym w swym rodzaju nabożeństwie odprawianym w ich intencji w kościele parafialnym w Żywcu-Zabłociu. Potem salwą z batów oznajmiają nadejście Nowego Roku.

W Zwardoniu żywa jest wciąż tradycja strzelania z batów na wiwat.

- Do bata trza mieć rękę. Są dwa ich rodzaje, długie i krótkie. Na takim długim bacie to się można i rok uczyć bez żadnego pozytywnego skutku. Zawsze na Boże Narodzenie jest u nas we wsi konkurs strzelania. Miałem zamiar tym razem wystąpić, ale chyba zrezygnuję i jeszcze potrenuję – zwierza się Jasiu Pawełek, jeden z najmłodszych dziadów, czyli kolędników z okolic Zwardonia.

Ich barwne pióropusze, wymyślne maski, żwawe tańce i zaśpiewy przypominają bardziej zwyczaje amerykańskich Indian niż polskich kolędników.
Jedni wychodzą w teren jeszcze przed Wigilią, inni odwiedzają domostwa w Boże Narodzenie, jeszcze inni chodzą po kolędzie od św. Szczepana do Trzech Króli.

- Nie jest łatwo zostać dziadem. Trzeba uczyć się tańcować, śpiewać, składać życzenia i strzelać z bata tak jak Jasiu, albo dąć w róg, ile sił w płucach, jak jego dziadek Andrzej – tłumaczy Szymek z Zabłocia.

Bałamuty, bo o nich właśnie mowa – mają swojego komendanta. To Mariusz Bury, kolędnik z krwi i kości.

- Odwiedzamy domostwa zaraz po Bożym Narodzeniu, nie wcześniej. Przed nami kolędują Szlachcice, a po nas mali chłopcy z koronami – rozwiewa wątpliwości grupki ciekawskich.

Dziadowskie kolędowanie wpisane zostało niedawno na Listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Bałamuty mają w tym swoją zasługę. Zebrali teksty pieśni, opisami prezentowane obrzędy i wysłali to wszystko razem do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. 

- Urzędnicy się długo nie zastanawiali, ino przesłali certyfikat – wyjaśnia Bury.

Teraz kolędnicy ze Zwardonia szykują kolejny wniosek, o wpis na listę UNESCO.

Jak co roku Bałamuty pokazały w Skansenie jak się „goni dziada”, czyli zło. 

W sukurs odzianym w barwne stroje młodzieńcom przyszły konie i niedźwiedzie symbolizujące siłę i dostatek. Zwieńczeniem przedstawienia jest taniec koni i niedźwiedzi. Na rozkaz pachołków konie skaczą przez leżące Niedźwiedzie, tańczą, po czym same padają jak martwe. Po chwili ożywają i tańczą ze zdwojoną energią.

- W ludowej tradycji taniec ten symbolizuje walkę śmierci i odrodzenia, wiosny z zimą i dobra ze złem – tłumaczy Bury.

W zespole Bałamutów uczestniczą także Cygan i Żyd dla podkreślenia przekroju społeczeństwa, a także zbereźny fotograf, uosabiający zmieniającą się w szybkim tempie rzeczywistość. 

Kolędnicy z różnych zakątków naszego regionu zawsze różnili się przebraniem, rodzajem odgrywanych scen i akcesoriami. W grupach typowo kolędniczych na Śląsku występują zwykle: policjant, kominiarz, lekarz, górnik i niedźwiedź obtańcowujący panny. 

- Kolędnicy z reguły odgrywali jasełka, czyli przedstawienie o narodzeniu Chrystusa. Ci, którzy paradowali z gwiazdą, śpiewali bożonarodzeniowe pieśni, a tzw. herody odgrywały przedstawienie o Bożym Narodzeniu i królu Herodzie – przypomina Marek Szołtysek, znawca śląskich tradycji.

W galerii: Spotkanie kolędników w chorzowskim skansenie. (zdjęcia: Kajetan Berezowski - portal netTG.pl).

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

1758694244 wielki piec

Spektakl "Wielki Piec... Ginter Łostoń" bezpłatnie już w niedzielę, 11 października. Nie przegap

Już w niedzielę, 11 października 2026 r. o godz. 16.00, Śląski Teatr Impresaryjny im. Henryka Bisty w Rudzie Śląskiej zaprasza na wyjątkowe - bezpłatne wydarzenie kulturalne. Na deskach teatru zadebiutuje najnowszy spektakl w reżyserii Zbigniewa Stryja pt. „WIELKI PIEC... GINTER ŁOSTOŃ”.

Pozwał Netflix za serial Ołowiane dzieci. Broni pamięci babci

Prof. Stanisław Torbus, wnuk prof. Bożeny Hager-Małeckiej, znanej śląskiej lekarki, pozwał platformę Netflix. Zarzuca twórcom serialu „Ołowiane dzieci”, że zniekształcili historię jego babci, która zmarła w 2016 roku.

Z notatnika sztygara Onderki: Feralny piątek

Nasze kopalnie pustoszeją. Tajemnicą poliszynela jest, że nie ma ludzi do pracy. W ostatnich miesiącach odeszli na świadczenia górnicy z wydobycia i przygotówek, kombajniści z doświadczeniem, elektrycy, strzelniczy, ludzie z dozoru, kierownicy i dyrektorzy. Tymczasem słyszę i czytam ostatnio w mediach, że wracamy do węgla, bo stanowi on nasze zabezpieczenie energetyczne, zwłaszcza teraz, gdy okazuje się, że gazu brak, a jego ceny jeszcze wystrzelą w górę. Ja Wam powiem, że jest to sytuacja wypisz, wymaluj z moich czasów. 

Jak Rambo wyjeżdżał z szychty i pędził prosto na próbę zespołu Myslovitz

Rozmowa z WOJCIECHEM „LALĄ” KUDERSKIM, perkusistą Myslovitz, który w 1998 roku odszedł z branży górniczej