Kleofas, czyli na froncie walki ze złomiarzami

fot: Bartłomiej Szopa/ARC

Ochroniarze są zgodni, że łatwo odróżnić przygodnego, biednego zbieracza od członka gangu

fot: Bartłomiej Szopa/ARC

+9 Zobacz galerię

Galeria
(12 zdjęć)

To już prawdziwa wojna. Na kamienie i łomy. I psychologiczna - oceniają ochroniarze, strzegący rozbiórki kopalni Kleofas w Katowicach przed złodziejami złomu. Linia frontu przebiega kolejowym nasypem między dzielnicą Załęże a 20 hektarami zlikwidowanej kopalni, w której budynki płuczki przy ul. Obroki kryją jeszcze tysiące ton doskonałej stali.

Kleofasa zamknięto w 2004 r., a ostatni właściciel - Katowicki Holding Węglowy - próbuje odzyskać z zabudowań i instalacji metal wart wiele milionów złotych. Dotychczas sprzedano już 2,2 tys. t złomu, którego cena na rynku wynosi dziś ok. 1,2 zł/kg.

- Gra toczy się o stawkę dobrze znaną gangom złomiarzy, doświadczonych w plądrowaniu pobliskiej huty Baildon. Są nie tylko z Załęża. Przyjeżdżają z Chorzowa, Rudy Śl. i Zabrza. Niosą markowe palniki gazowe i agregaty prądotwórcze do zasilania szlifierek. Ktoś zlecił im kradzieże i wyposażył w sprzęt, którego sami by przecież nie kupili - ocenia Stanisław Cichy, szef ochrony kopalni Staszic, której oddziałom zlecono pilnowanie rozbiórki.

- Gdy dwa lata temu runęły wieże wyciągowe kopalni, dla złomiarzy popłynął sygnał, że trzeba kraść, ile wlezie - wspominają ochroniarze. Kilku ma licencje i tonfy - pałki bojowe, ale reszta to chłopcy z hipermarketów. - Przez kilka miesięcy z pilnowania Kleofasa zwolniło się kilkunastu, a paru po prostu uciekło z posterunków - mówi Wiesław N., dowódca ochrony.

Bierzesz w łapę albo...
Na placu pod płuczką żelazną piętrową konstrukcję szarpie szczypcami pneumatycznymi wielka maszyna. Z przodu jej operator ma kratownicę chroniącą przed odłamkami, lecz od nasypu, z tyłu i boków nic nie osłania go w kabinie przed kamieniami. Złodziejskie czujki na okrągło wysiadują w krzakach i gdy maszyna urobi już sporo budynku, na nasypie wyrastają złomiarskie bandy, każda po 10-20 mężczyzn. Najmłodsi mają po 16 lat, najstarsi ok. 40.

- Okrążają nas i zakradają się znienacka, trzeba wyłączać maszyny, bo jeszcze tego brakuje, żeby któryś zginął przygnieciony gruzami - mówi Krzysztof L., szef grupy ochroniarzy, który znalazł już dwukrotnie ludzkie zwłoki (jedne siedziały zwęglone na słupie trakcji, którą mężczyzna kradł na nasypie).

Złodzieje bezczelnie podchodzą do ochroniarzy i witają stałą propozycją: "Bierzesz w łapę 50 zł albo dostajesz wpierdol. Wybieraj!". Trzech mundurowych już ciężko pobito w głowę, jeden leży właśnie w szpitalu. Napadano na nich pod domem, na przystanku albo na placu rozbiórki. Krzysztof L. się nie uląkł, więc go spytali, czy nie boi się o rodzinę. Jest najodważniejszym z ochroniarzy. Zimą tego roku nieustaleni sprawcy napadli jego nastoletnią córkę, katując ją i gwałcąc. L. rzucił pracę, ale gdy córkę cudem odratowano, wrócił do ochrony.

- On się nie boi o własne życie, wie, że tu kiedyś dorwie tych, którzy skrzywdzili mu dziecko - kiwają głowami koledzy.

Bezradne organy ścigania
Policja, do której ochrona regularnie zwraca się z prośbą o pomoc, raz urządziła w Kleofasie skuteczną akcję: komandosi otoczyli teren i wyłapano 27 złodziei.

- Ale to było parę miesięcy temu! A niektórzy już dwa dni później gwizdali nam pogardliwie w nos! - wspominają ochroniarze, utyskując, że na co dzień funkcjonariusze nie bardzo palą się do interwencji. - Wczoraj np. banda wskoczyła po linach wspinaczkowych na drugie piętro płuczki, przyjechał radiowóz, postał i odjechał. A złodzieje obrzucali ich z góry pogardliwymi przezwiskami - opisują ochroniarze.

- Ci agresywni złodzieje przed sądem przeistaczają się w skrzywdzone baranki. Opowiadają bajeczki, że w domu bieda, głodna żona i płaczą chore dzieci. Że nie stać ich na lekarstwa. A zarobek przepijają w pobliskich barach i krzakach - opisuje ochroniarz Mariusz P.

- Cztery-sześć razy w miesiącu jeździmy do sądu jako świadkowie kradzieży. Niestety, kończy się symbolicznymi wyrokami. Niską grzywną, mandatem. Nawet znani policjantom recydywiści, którzy po przyłapaniu na kradzieży złomu powinni trafiać za kratki, dziwnym trafem chodzą wolno i dalej grabią cudzą własność - dziwi się Stanisław Ciepły. Obliczył, że złodzieje są tak zdeterminowani, bo świetnie żyją ze złomu: w cztery godziny w czterech lub pięciu potrafią wynieść mniej więcej tonę stali. To tylko pół dniówki, a podzielą ok. 700 zł. Paser sprzeda stal o pół tysiąca złotych drożej.

Niska szkodliwość czynu?
- Są zwinni i silni. Własnoręcznie wywlekli w całości 700-kilogramowy stalowy bęben. We dwóch biegiem prują przez nasyp z 5-metrową szyną. Ukrywają złom w krzakach po drugiej stronie, w małych kupkach, bo wtedy złapani odpowiedzą tylko za "niską szkodliwość czynu". Potem nocami ich samochody objeżdżają kryjówki, kompletując żelazny łup - opisuje Leonard Błaszczak, nadzorca terenu z ramienia KHW.

Ochroniarze są zgodni, że łatwo odróżnić przygodnego, biednego zbieracza od członka gangu.

- Pierwszy ze zmiętą reklamówką pochyla się po kawałek drutu, śrubkę. A gdy się podejdzie, przeprasza i odchodzi. Drugi woła kolegów i chwyta za łom - opisują.

- Frustracja rośnie w nas coraz bardziej. Nie wiemy, czy wszyscy czekają, aż ktoś tu padnie trupem?! - pytają ochroniarze i rzucają do nas przestrogę: - Uwierzcie, to nie są niewinni zbieracze, tylko rasowi przestępcy, którzy fachu uczyli się często w więzieniach. Zorganizowani w profesjonalne, gangsterskie struktury. Nawet gdy w Kleofasie zabraknie już łupu, znajdą inny. Nie przestaną rabować!

W galerii: Rozbiórka kopalni Kleofas (zdjęcia Bartłomiej Szopa - portal górniczy nettg.pl).

*) Imiona i inicjały ochroniarzy zostały zmienione na ich prośbę.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

O co chodziło w tym proteście? Ufam, że nie o czyjeś partykularne interesy

Wakacje się skończyły, a na zakończenie byłem pod czeską Pragą na Dniu Czołgowym i w świetnym Muzeum Lotnictwa. Kiedy czytacie te słowa, jestem na Słowacji na Dniach Salamandry w Bańskiej Szczawnicy, czyli miejscowym święcie górników, geologów, nafciarzy, geodetów i paru jeszcze pokrewnych branż. Zresztą w mediach pojawiły się już poważniejsze tematy.

Jerzy Markowski: „Nie obawiam się o perspektywy dla węgla”

Kredyt z Banku Światowego na restrukturyzację górnictwa, zadłużenie spółki węglowej wobec gminy Bytom, przyszłość węgla i uczniów szkół górniczych. O tym pisaliśmy dokładnie 30 lat temu w „Trybunie Górniczej” z 5 września 1996 roku.

Żyjemy na śladach górnictwa i to się w naszym regionie nie zmieni

Rozmowa z MARTĄ TOMCZOK, prof. dr hab. Uniwersytetu Śląskiego

Rozmowa netTG.pl - odcinek 55 - Wojciech Kuśpik | Prezes Grupy PTWP. Jak będzie wyglądał Śląsk za 5, 10, 15 lat?

Jak będzie wyglądać przyszłość gospodarcza Śląska za 5, 10 czy 15 lat? Czy przemysł obronny, medycyna i nowe technologie zastąpią odchodzące górnictwo i kurczącą się branżę automotive? O to zapytaliśmy Wojciech Kuśpika, Prezesa Grupy PTWP, organizatora m.in. Europejskiego Kongresu Gospodarczego oraz Future Mining Forum & Expo.