Kiełbasa, musztarda i kromka chleba za "Bóg zapłać" do muzyki górniczej orkiestry. Pamiętasz te festyny?
Na 22 lipca w restauracjach osiedlowych pojawiało się też piwo, o którym w zwyczajne dni można było jedynie pomarzyć. Władze Polski Ludowej starały się, aby zaopatrzenie dla ludu pracującego miast i wsi było w tak ważne święto lepsze.
fot: fot.: Kajetan Berezowski
Komu w drogę temu czas, ale wcześniej warto wyregulować silnik
fot: fot.: Kajetan Berezowski
Na 22 lipca w restauracjach osiedlowych pojawiało się też piwo, o którym w zwyczajne dni można było jedynie pomarzyć. Władze Polski Ludowej starały się, aby zaopatrzenie dla ludu pracującego miast i wsi było w tak ważne święto lepsze.
Dawne Święto Niepodległości sprzyja wspomnieniom. 22 lipca był jedną z najważniejszych dat w kalendarzu PRL. Ogłoszono go ustawą Krajowej Rady Narodowej 22 lipca 1945 r., czyli rok po obwieszczeniu Manifestu PKWN. Było obchodzone do 1989 r., uroczyści, a jakże. W Warszawie odbywała się defilada, a w innych miastach koncerty i festyny. Kilka wspomnień utkwiło mi w pamięci.
W przeddzień można było kupić ciekawe towary z grupy określanej mianem deficytowych. Władze Polski Ludowej starały się, aby zaopatrzenie dla ludu pracującego miast i wsi było lepsze niż na co dzień. Ja miałem (nie) przyjemność zakupić w sklepie ZURiT odbiornik telewizyjny Wella, ale się zepsuł po tygodniu i na rozpatrzenie reklamacji czekałem potem pół roku. A poza tym do sklepów trafiały sprzęty AGD i sporo kiełbasy marki „zwyczajna”, do dziś zresztą dostępnej w supermarketach. Częstowano nią także z bagażówek w parkach.
Kiełbaska, musztarda i kromka chleba za „Bóg zapłać”, a jak ktoś miał sąsiada górnika to i na ćwiartkę wódki Vistuli 40 proc. mógł się załapać. Była na kartki i strasznie paliła w gardle. Gdy zabrakło popitki ludzie biegali z parku w kierunku najbliższego saturatora na gazowaną z sokiem. W telewizji zaś od rana puszczano polskie filmy przeplatane relacjami z placów budów, hut i kopalń. Przedstawiano przodowników pracy reprezentujących rozmaite profesje. Na śląskich osiedlach i stadionach swój repertuar prezentowały górnicze orkiestry.
Któregoś roku po południu – pamiętam – na Stadionie Śląskim rozegrano mecz ligowy Ruch Chorzów- GKS Katowice. Byłem, choć wyniku nie pamiętam. Zrobiono wówczas wyjątek, bo na stutysięczniku liga grała tylko na szczególne okazje. Zresztą od białego rana władza liczyła na masowy udział obywateli w imprezach, więc szykowała niespodzianki dla dorosłych i dla dzieci. Mile widziane były czyny społeczne, czyli nieodpłatne wykonywanie robót fizycznych dla dobra ojczyzny. Jeśli święto wypadło w sobotę, to w niedzielę mur beton trzeba było machać łopatą w parku, żeby się w poniedziałek pracodawca nie przyczepił. Niektórzy z moich znajomych odczuwali takie absencje ostatniego dnia miesiąca na pasku z wypłaty, a młodszych odpytywano we wrześniu w szkole w jaki sposób spędzali 22 lipca. Jeśli nie potrafili podać szczegółów obniżenie stopnia z zachowania było najczęstszą karą.
To były koncerty!
W Warszawie, albo innym mieście, na 22 lipca zwoływano też posiedzenia działaczy Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, którym towarzyszyły występy gwiazd. Można się było załapać na koncert Maryli Rodowicz lub Urszuli Sipińskiej, które po latach odżegnywały się od komuny, a w rzeczywistości za swoje występy inkasowały całkiem przyzwoite pieniądze, porównywalne tylko z wypłatami sztygarów w śląskich kopalniach.
W głównych miastach odbywały się też pokazy motoryzacyjne. Schodziły się na nie tłumy. Każdy chciał podglądnąć, co też nowego szykują rodzimi producenci samochodów. Wielu fanów miało w kieszeni talon na malucha i z niepokojem oczekiwali na wiadomość z fabryki, że czas już go odebrać. Szczytem marzeń był duży Fiat, ale warszawką z drugiej ręki mało kto pogardził. Ach, ta tylna kanapa, mięciuteńka. Można było na niej spać, albo – jak zwykł mawiać jeden z moich sąsiadów – oddawać się innym rozkoszom, gdy brakowało wolnej chaty.
Na 22 lipca w restauracjach osiedlowych pojawiało się też piwo, o którym w zwyczajne dni można było jedynie pomarzyć. Mam na myśli tyskie „tańcowane” w butelkach typu beczułki. W lepszych knajpach podawano je tylko do konsumpcji. Wówczas kelner kasował piwko wraz z przekąską, którą można było sobie darować, ponieważ od rana przechodziła od stolika do stolika i po kilku godzinach rozpływała się na talerzu.
A wieczorem o 19.30 w Dzienniku Telewizyjnym dumnie prezentowali swe oblicza ojcowie narodu otwierając nowe inwestycje, od placów zabaw po szpitale. W tym akurat byli dobrzy.
A kto pamięta naboje do syfonu, te małe, a jak bracie kupiłeś już jakieś lepsze autko, dajmy na to syrenkę, no to trzeba było za tylną kanapą postawić pieska, i to koniecznie z kiwającą się główką. A w domu – meblościanka Kama z Opolskiej Fabryki Mebli, stolik okolicznościowy na cienkich nóżkach i dwa fotele z drewnianymi oparciami. Toż to był prawdziwy luksus. I pomyśleć, że dziś takie rzeczy są w cenie! Polacy mają dość tandety z Ikei i chcą wracać do PRL-u.
Młodzi rodacy w kraju bardzo chętnie kupują „perełki” z czasów młodości ich rodziców. O tamtych czasach niewiele wiedzą, więc wystarczy im data produkcji i już biorą w ciemno obojętnie czy to szafkę, biurko, stoli lub wersalkę. Czy to wszystko faktycznie ma jakąś wartość? Zapytałem o to dr. Aleksandra Niedzielskiego, artystę malarza i historyka sztuki z Gliwic.
- PRL to czasy ,,biednej architektury bogatej’’ polegającej na budowaniu łuków w przedpokojach z tapetą w cegły lub drogi kamień, mebli z płyt wiórowych oraz solidnych meblościanek. Te ostatnio cieszą się sporym wzięciem. Uzupełnieniem są fotele ala Lalique Art Deco, proste trójnogie stoły i wiele innych sprzętów komponujących się z szarością i bielą modnej obecnie kolorystyki. Osobnym tematem jest zdobywanie i pozyskiwanie tych przedmiotów. Jakkolwiek domy pełne są owych skarbów PRL-u to coraz mniej jest wartościowych rzeczy godnych uwagi – uczula Niedzielski.
Trabanty i maluchy
Proces tworzenia po wschodniej stronie muru w większości polegał na improwizacji. Do dziś echa złotej rączki u dziadków pokutują, ponieważ każdy umiał naprawić trabanta i na każdym podwórku każdy potrafił wyregulować zawory w maluchu, czy pospawać progi.
- Wszystko było dziełem rękodzieła z odpadów poprodukcyjnych i było ,,załatwiane”. Powiedzenie „zrób na fuchę” znaczyło - ma być zrobione jak w zachodnim katalogu i udawać wysokiej klasy rzecz, ale solidniej zrobioną niż w pracy. Można by powiedzieć, że były to autorskie egzemplarze wszystkiego do dziś niezniszczalnego. W pomysłowości i rękodzielnictwie tkwi właśnie owa tajemnica popularności stylu peerelowskiego. Z kolei toporna i solidna konstrukcja pozwoliła na wieloletnią eksploatację niektórych przedmiotów. Powiedzenie nie ,,gniotsja nie łamiotsja’’ dotyczyło mebli, garnków, łóżek wózków, poręczy czy krat wykonanych np. z prętów zbrojeniowych. Taki hardcorowy design odpowiada dzisiejszym trendom w architekturze wnętrz. Ceny tych rzeczy mają dwojaką wartość. Pierwsza to wartość materialna, druga wartość sentymentalna, czyli podświadome dążenie do posiadania tego, co się gdzieś widziało w dzieciństwie. Gdy owe wartości się zbiegną, to przedmiot niezależnie od ceny jest chętnie kupowany – wyjaśnia dalej dr Aleksander Niedzielski.
Mebli peerelowskich jest na rynku stosunkowo mało. Wyspecjalizowane salony sprzedają je często za całkiem niezłe pieniądze. Najbardziej interesują się nimi restauratorzy. Z braku oryginałów zamawiają nawet nowe, stylizowane na peerelowskie.
- PRL był brutalnym okresem w życiu niejednego z nas. Posiadanie pamiątki ,,obozowej” świadczącej o kawałku przeżytej traumy należy do dobrego tonu w dzisiejszym świecie artystycznym. Smaku dodaje wymiana tzw. myśli racjonalizatorskiej w wyrobach przywożonych przez ,,kontraktowców- szczęściarzy’’ ze wszystkich demoludów. Zegarki zaria, wastok, wałna, wiesna, poliot, ruhla z niebieską tarczą, odmierzały czas wszędzie znów są w cenie. Jeżeli więc mamy okazję kupić coś fajnego z epoki PRL-u, to kupujmy, póki nie jest za późno. Serdecznie do tego zachęcam, jako kolekcjoner – podsumowuje dr Aleksander Niedzielski
Kupować, nie kupować, ale na pewno warto powspominać czasy, w których żyło się na kartki od pierwszego do pierwszego. Bo przecież teraźniejszość zaczęła się w przeszłości.