Kiedy zmienia się górnictwo, zmienia się też otoczenie
W Państwowej Służbie Geologicznej najważniejsze jest to, żeby rzetelny pomiar szybko stawał się użyteczną informacją dla tych, którzy odpowiadają za bezpieczeństwo.
fot: PIG
W Państwowej Służbie Geologicznej najważniejsze jest to, żeby rzetelny pomiar szybko stawał się użyteczną informacją dla tych, którzy odpowiadają za bezpieczeństwo
fot: PIG
W Państwowej Służbie Geologicznej najważniejsze jest to, żeby rzetelny pomiar szybko stawał się użyteczną informacją dla tych, którzy odpowiadają za bezpieczeństwo.
Odwiedziliśmy Górnośląski Oddział Państwowego Instytutu Geologicznego w Sosnowcu. To właśnie z tego miejsca każdego dnia wyruszają w teren pracownicy Państwowej Służby Geologicznej. Zabierają z sobą sprzęt specjalistyczny, gumiaki, nieprzemakalne ubrania, kaski i żółte, firmowe kamizelki. Idą tam, skąd nadchodzą niepokojące informacje o podtopieniach. Żaden sygnał, żadna informacja, nie pozostają bez odpowiedzi.
W procedurze Instytutu widać roboczy rytm: dane z monitoringu są zbierane do końca miesiąca, treść raportu powstaje do czwartego dnia kolejnego miesiąca, weryfikacja i redakcja merytoryczna trwają do siódmego dnia, a zatwierdzony raport trafia na stół Międzyresortowego Zespołu ds. zapadlisk i podtopień, którego pracami kieruje Marian Zmarzły, wiceminister energii, w terminie do dziesiątego dnia każdego miesiąca. W takim układzie raport nie jest papierem dla papieru. To narzędzie decyzyjne: pomaga wskazać, gdzie wysłać pompy, gdzie sprawdzić grunt, gdzie zamknąć drogę, a gdzie dane nie pokazują nagłego ryzyka.
O tej części działalności informuje nas dr Małgorzata Woźnicka z PIG-PIB, odpowiedzialna za merytoryczną weryfikację i precyzję dokumentów trafiających do administracji.
- W Państwowej Służbie Geologicznej najważniejsze jest to, żeby rzetelny pomiar szybko stawał się użyteczną informacją dla tych, którzy odpowiadają za bezpieczeństwo. Nasz raport nie jest końcem pracy. Ma pomagać przewidzieć ryzyko, rozmawiać z samorządem i podjąć decyzję, zanim mieszkańcy zostaną z problemem sami – tłumaczy.
Ta wypowiedź dobrze pokazuje etos służby. Ważne jest to, żeby jej pracownik był w terenie wcześniej, miał dobrze opisany punkt pomiarowy, wiedział, co oznacza zmiana poziomu wody i umiał przełożyć wynik na prostą informację dla samorządu: tu trzeba pilnować, tam trzeba interweniować lub sprawdzić jeszcze raz.
Cichy inżynierski fundament
Tak działa Państwowa Służba Geologiczna. Zgodnie z procedurami zespół powołany przez dyrektora PIG-PIB, prof. Krzysztofa Szamałka, przy wsparciu sztabu kryzysowego funkcjonującego od czerwca 2025 r. w Oddziale Górnośląskim PIG-PIB, reaguje na zgłoszenia, bada niebezpieczne zjawiska hydrogeologiczne, mierzy poziom wód na wnioski samorządów i wskazuje realne punkty ryzyka.
To, że techniczne rozwiązania mają sens, pokazuje przykład z Hutek. W kwietniu prowadzono tam interwencyjne pompowanie wody z zalewiska Dąbrówka. Pompy pracowały przez 332 godziny, odpompowano około 141 690 m sześc. wody i obniżono lustro zalewiska o 0,51 m. To konkretna, inżynierska robota.
Ale z takich danych płynie też drugi wniosek. Pompowanie pomaga, lecz nie rozwiązuje całego procesu, jeżeli woda w górotworze nadal się odbudowuje. Dlatego niezbędny jest nie tylko sprzęt na miejscu, ale też plan na kolejne miesiące i lata.
- W Oddziale Górnośląskim PIG-PIB nieustannie szukamy przestrzeni, w której nasza wiedza specjalistyczna może bezpośrednio służyć mieszkańcom regionu. Chcemy aktywnie wspierać samorządy i lokalne społeczności. Wierzę, że tylko wspólnie jesteśmy w stanie zadbać o bezpieczeństwo i stabilność toczącej się na naszych oczach transformacji – mówi nam dr hab. Artur Dyczko, dyrektor Oddziału Górnośląskiego PIG-PIB.
Lekcja dla Śląska
Mieszkańców nie obchodzą spory kompetencyjne ani to, czy zalana droga jest gminna, powiatowa, leśna czy zakładowa. Oni chcą mieć pewność, że ich domy są bezpieczne. Lekcja z Małopolski Zachodniej to jasne ostrzeżenie dla całego Górnośląskiego Zagłębia Węglowego: skutki górnictwa nie kończą się wraz z zamknięciem bramy kopalni. Jeśli państwo likwiduje zakłady górnicze, albo zmienia system odwadniania, musi mieć gotowe odpowiedzi: co stanie się z wodą, kto będzie ją mierzył, jak często, gdzie może dojść do podtopień, które drogi, budynki i sieci są najbardziej narażone oraz kto zapłaci za interwencje. Bez takich odpowiedzi transformacja będzie wyglądała dobrze na slajdach, ale gorzej na podwórkach.
Na Śląsku nikomu tłumaczyć nie trzeba, że górnictwo było i jest czymś więcej niż branżą. To praca, infrastruktura, miasta, osiedla, drogi, wodociągi, rzeki i całe lokalne układy. Kiedy zmienia się górnictwo, zmienia się też otoczenie. Dlatego przy każdej decyzji o likwidacji, wygaszaniu albo zmianie sposobu funkcjonowania kopalni trzeba od razu pytać o skutki na powierzchni.
Od reagowania do zarządzania
Właśnie tu zaczyna się różnica między reagowaniem a zarządzaniem. Reagowanie jest wtedy, gdy zapadlisko już się pojawiło, droga jest zamknięta, a mieszkańcy czekają na informację. Zarządzanie jest wtedy, gdy wiadomo wcześniej, które miejsca obserwować, gdzie przygotować zrzut wody, gdzie ustawić pompy, gdzie sprawdzić grunt i komu przekazać ostrzeżenie.
W Małopolsce Zachodniej nie chodzi więc tylko o zapadliska. Chodzi o model pracy na terenach pogórniczych. Taki, który może być potrzebny także na Śląsku. Mniej akcyjności, więcej stałego monitoringu; mniej przerzucania odpowiedzialności, więcej jasnego podziału zadań. Mniej politycznego hałasu, więcej rozmowy z mieszkańcami i samorządami.
- Rola ekspertów jest tu oczywista, ale nie powinna zasłaniać sprawy. Geolodzy mają mierzyć, analizować i wskazywać ryzyka. Spółki mają wykonywać prace. Samorządy mają znać sytuację na swoim terenie. Państwo ma to spiąć w całość, zapewnić decyzje i finansowanie. Mieszkańcy mają dostać jasną informację, a nie tylko zapewnienie, że sprawa jest analizowana – słyszymy z ust jednego z urzędników załatwiających interesantów z terenów, gdzie woda wzbiera.
Jeżeli regiony górnicze mają przejść przez zmianę bez poczucia, że ktoś je zostawił, to sprawy po górnictwie muszą być traktowane poważnie. Nie jako kłopot po poprzednikach, nie jako lokalna uciążliwość, ale jako część odpowiedzialności za bezpieczeństwo ludzi.
I jeszcze jedno. Otóż zapadliska z Małopolski Zachodniej pokazują, że najgorszy wariant to czekać, aż problem sam się ujawni. Lepiej mieć dane, ludzi, sprzęt i procedury wcześniej, mówić mieszkańcom wprost, co się dzieje, co jest pod kontrolą, a czego należy przypilnować.
Na końcu liczy się prosta sprawa: człowiek ma bezpiecznie dojechać do pracy, posłać dziecko do szkoły, wejść na własne podwórko i nie zastanawiać się codziennie, czy ziemia pod domem jest pewna.