Karpie mają dobry węch i słaby wzrok. Wytrawny wędkarz potrafi to wykorzystać

fot: ARC

Dariusz Jaświn prezentuje ponaddwudziewstokilogramowego karpia, jednego z największych w swojej karierze wędkarskiej

fot: ARC

Siedzą nad wodą i nęcą, bo takie mają hobby. Dariusz Jaświn i Arkadiusz Zawistowski z ruchu Marcel kopalni ROW to wytrawni wędkarze. Z wody wyłowili już niejednego karpia-olbrzyma.

Po szychcie pędzą nad wodę ile tchu. Sprzęt, który zabierają z sobą, wygląda imponująco. Duże wrażenie robi zwłaszcza wędkarska łódź zanętowa wyposażona w system lokalizacji GPS i pilota. Steruje się nią z brzegu jeziora.

- To łódź bezzałogowa. Wysyłamy ją wraz z zanętą w określone miejsca. Te najlepsze na jednym ładowaniu pracują nawet kilka godzin. Liczą przeciętnie ok. 70 cm długości. Mają zasięg sterowania od 300 do 400 m i zasięg nawigacji GPS 1000 m. Zabierają z sobą nawet 1,5 kg zanęty. Wiele modeli posiada oświetlenie wabiące zainstalowane na dnie. Naturalnie cała łódź jest oświetlona diodami. W pamięci komputera zapisuje się nawet do ośmiu punktów nęcenia. Dzięki kamerze doskonale penetrują dno akwenu. Można dostrzec pływające ryby wraz z całą strukturą dna w miejscu, w którym zamierza się łowić – opowiada Dariusz Jaświn.

Sezon na karpia w zasadzie zaczyna się już w drugiej połowie kwietnia. Wówczas biorą sztuki ważące po trzy, cztery kilogramy. Wczesne, wiosenne wypady nad jeziora są konieczne w celu ustalenia, czy w ogóle karpie żyją w zbiorniku i jakimi drogami przemieszczają się do żerowisk.

Jest pole do popisu
- W maju ryba bierze już w sam raz i to w biały dzień, gdy słońce mocno grzeje wodę. Nocą natomiast można łowić w lipcu. Karpie łatwo się płoszą i żerują daleko od brzegu. GPS w takiej sytuacji jest niezbędny. Łódka zupełnie znika nam z oczu, a tylko system sygnalizuje wszystko, co się z nią i pod nią dzieje. Bywa, że smacznie śpimy w namiocie, a tu łódka wysyła sygnał, że trzeba chwytać za wędkę i ciągnąć. Wtedy jest pole do popisu. Ciągnięcie do brzegu dwudziestokilogramowego karpia na 40-metrowej lince to jest sztuka – śmieje się Arkadiusz Zawistowski.

W lipcu i sierpniu karpie biorą już niemal jednakowo w dzień i w nocy. Po dwóch, trzech miesiącach regularnych wizyt nad jeziorem wędkarze dobrze znają sytuację, a ryby, które łowią, to prawdziwe olbrzymy.

- Gdy łowimy za dnia, wystarczy lornetka, żeby zaobserwować spławiające się ryby. Doświadczony wędkarz rozpozna sytuację na wodzie bez problemu. Inaczej ryby zachowują się w gliniankach, inaczej w żwirowniach. Nie zniechęcamy się, gdy przez kilka dni karpie nie dają oznak życia. Zwykle potem pojawia się ich całe mnóstwo, że wędek nie starcza – przyznaje Zawistowski.

O tym, czy ryba weźmie, decyduje w dużej mierze przynęta. Truskawka, róża, banan, mięso kraba, śledzia i wątroba – to zapachy, które karpie uwielbiają. Mają dobry węch i słaby wzrok. Wytrawny wędkarz potrafi to wykorzystać. Nęcić rybę trzeba wytrwale i cierpliwie. Gdy karp w danym miejscu nie znajduje nic do jedzenia, opuszcza łowisko, a wędkarz niepotrzebnie traci czas. Cechą pożądaną u wędkarza jest zatem cierpliwość.

Taaaka ryba
Największe okazy karpi, którymi mogą się poszczycić wędkarze z Marcela, ważyły prawie 21 kg.

- Jak się taką rybę holuje, to tylko modlić się, żeby wędka wytrzymała. Kije bywają różne, w zależności od rodzaju. Miękkie potrafią się wygiąć. Doskonale amortyzują szarpnięcia. No i oczywiście trzeba tak ustawić wędki, żeby przypadkiem nie poplątały się żyłki, bo wtedy jest już po łowieniu. Tylko najbardziej doświadczeni wędkarze potrafią wyjść obronną ręką z takich sytuacji. Wielu z nas łowi zazwyczaj na więcej niż jedną wędkę – opowiada Dariusz Jaświn.

Każdy złowiony karp, po wykonaniu pamiątkowego zdjęcia i opatrzeniu rany, jest wypuszczany z powrotem do wody. Wędkowanie zasiadkowe jest bowiem sportem, formą obcowania z przyrodą. Jak powiadają wędkarze z Marcela – nie ma powodu, aby bać się ryb, ale...licho nad wodą nie śpi. Obaj przeżyli już kilka mrożących krew w żyłach chwil.

- Pewnego razu siedzimy sobie w namiocie i śledzimy informacje przekazywane z łodzi, a tu nagle do naszych uszu dochodzi charakterystyczne pomrukiwanie. Bynajmniej nie były to karpie, ani żaden potwór wodny, a liczne stado dzików, które nas otoczyło. Wypadało zachować ciszę i czekać, aż sobie pójdą. Jak na złość nasze miejsce wędkowania przypadło im do gustu i dość długo zwlekały z jego opuszczeniem – wspomina Arkadiusz Zawistowski.

 



 

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Ocalić język hutników. Śląski projekt w finale ogólnopolskiego plebiscytu

Projekt „Hutniczo mowa we modych gowach. Na ratunek znikającemu socjolektowi hutniczemu”, realizowany przez Muzeum Hutnictwa w Chorzowie, został nominowany w plebiscycie „Wydarzenie Historyczne Roku 2025” w kategorii Edukacja. Internauci decydują o wygranej, a głosować można do 10 sierpnia 2026 r.

Przywódca strajku w stanie wojennym w kopalni Wujek wystosował apel w sprawie przyszłości zakładu

Stanisław Płatek, przywódca strajku w kopalni „Wujek" w stanie wojennym, zabiera głos w sprawie przyszłości terenów kopalni zakładu. 

Małysz i historia skoków pod jednym dachem. Nowa atrakcja turystyczna Wisły

Historia skoków narciarskich, trofea Adama Małysza i jego rajdowy samochód, życiorysy innych znanych narciarzy z Beskidów, sprzęt sportowy oraz interaktywne i multimedialne wystawy pod jednym dachem – we wtorek, 14 lipca 2026 r., w Wiśle otwarte zostanie Beskidzkie Centrum Narciarstwa im. Adama Małysza.

Od kopalni Max do Parku Tradycji

Historia kopalni Michał w Michałkowicach, dziś dzielnicy Siemianowic Śląskich, to opowieść o narodzinach przemysłowego miasta, dramatycznych wojennych losach i powojennej transformacji przestrzeni poprzemysłowej w miejsce pamięci i kultury.