fot: ARC
– Na ulicy, bieżni ciężko nam inwalidom kogokolwiek prześcignąć. Ale na wodzie nie ma żadnych barier - mówią jastrzębscy żeglarze
fot: ARC
Trójka byłych górników jastrzębskich kopalń jest żywym dowodem na to, że na wodzie nie ma żadnych barier. W wyniku wypadków górniczych Eugeniusz Rakowicz, Andrzej Bury i Marian Zakowicz stracili nogi albo dotknął ich paraliż kończyn dolnych, ale mimo poważnego inwalidztwa nie stracili wiary w sens życia.
– Im wiatr nie wieje w oczy, ale w żagle – przekonuje Ewa Nazarowska, prezes Stowarzyszenia Żeglarzy Niepełnosprawnych, która jest dumna z dokonań zahartowanego w twardej walce na wodzie górniczego tercetu z Jastrzębia. Stanowi on jedyną w kraju niepełnosprawną załogę, która z powodzeniem startuje razem z pełnosprawnymi żeglarzami.
Na górala tylko z kłonicą
Cała trójka nie zdobywałaby medali w zawodach żeglarskich, gdyby nie Bury, który przekonał kolegów, by zaczęli nowe życie. Był kombajnistą na „Manifeście Lipcowym” (obecnie „Zofiówka”), gdzie został przysypany przez skały stropowe.
– Miałem uszkodzony kręgosłup i, co za tym idzie, paraliż kończyn dolnych. Wylądowałem na wózku, ale nie zamierzałem spędzić na nim reszty życia. Jeszcze jako uczeń szkoły zawodowej zrobiłem patent żeglarski i tak to się zaczęło – nieśmiało opowiada o swoich przemianach twardy góral z Istebnej, jak o sobie mówi Bury. Czasami żartuje, że „górala to tylko kłonicą można załatwić”...
Rakowicz pochodzi z Podlasia. Zanim odkrył w sobie naturę wilka morskiego pracował w kopalni „Barbara-Wyzwolenie”. Po ukończeniu Technikum Górniczego chciał się rozwijać zawodowo i stąd decyzja o wyjeździe do Jastrzębia, gdzie przybysze z innych rejonów kraju odkrywali górnicze Eldorado.
I wtedy to się stało...
– Wtedy to nie było jeszcze miasto, ale wioska – przypomina Rakowicz. – W będącej w budowie kopalni „Jastrzębie-Moszczenica” był wybuch metanu w szybie, więc utworzono nowy oddział – wentylację. I mnie tam przeniesiono. Wypadek miałem w 1980 roku, a więc w okresie, gdy górnicy mocno się buntowali, domagali się wolnych sobót i niedziel. Jako sztygar zamówiłem ludzi do pracy na trzecią zmianę w niedzielę i wtedy to się stało. Nie wszyscy przyszli i osobiście pomagałem przy spinaniu przenośnika taśmowego. W pewnym momencie trzeba było napęd uruchomić i w ten napęd wciągnęło mi prawą nogę. Urwało mi ją powyżej kolana. Na szczęście pomoc nadeszła szybko i nie wykrwawiłem się na śmierć. Później lekarze musieli mi jeszcze udo amputować, więc nie mam całej nogi.
Rakowicz miał wówczas 40 lat i rodzinę na utrzymaniu. Teraz, gdy już 30 lat żyje z jedną nogą, wspomnienie koszmarnego wypadku nie powoduje cierpienia. Gdy po trzech latach wrócił do równowagi psychicznej, wrócił również do kopalni. Pracował na powierzchni, zajmując się papierkową robotą. Teraz może się pochwalić imponującym stażem – 31 lat przepracowanych w górnictwie.
Połączyła ich „Nadzieja”
Połączyło ich działające w Jastrzębiu Stowarzyszenie Ludzi Niepełnosprawnych Ruchowo „Nadzieja”. Tam się spotykali, tam ładowali życiową energię po tragicznych przejściach. Chyba najbardziej traumatyczne przeżycia miał ten trzeci, czyli Zakowicz. Jemu lekarze musieli amputować obie nogi. Jako maszynista pracował na przykopalnianej kolei. Wpadł pod lokomotywę i właściwie to cud, że stracił tylko obie kończyny. Dzięki namowom Burego, pozostała dwójka odkryła w sobie dar żeglowania, o którym nigdy wcześniej nie wiedziała.
– My byliśmy zieloni, więc Bury musiał nam wszystko podpowiadać – śmieje się Rakowicz. – W Rybniku zrobiliśmy patenty żeglarskie i tam właśnie wystartowaliśmy w pierwszych w życiu regatach. Na Zalewie Rybnickim zajęliśmy piąte miejsce w Pucharze Wiosny. Tak nam to zaimponowało, że od tej pory nie odpuściliśmy już żadnych ważnych zawodów. Pływamy na różnych jachtach, ale najczęściej na „Sasance 620”.
Rakowicz uważa, że lekarze powinni ordynować inwalidom żeglarstwo, jako formę skutecznej rehabilitacji. Dla niego i kolegów była ona na tyle skuteczna, że 5 razy zdobywali mistrzostwo Polski i tyleż samo Puchar Polski w gronie niepełnosprawnych żeglarzy. Dwukrotnie startowali w mistrzostwach świata. Godne podkreślenia jest jednak to, że w rocznym rankingu klasy T-1 na 80 załóg zajmują 10. miejsce. Przegrywają tylko ze ścisłą czołówką pełnosprawnych żeglarzy, dysponujących wysokiej klasy sprzętem i odpowiednim zapleczem finansowym.
– Na ulicy, bieżni ciężko nam inwalidom kogokolwiek prześcignąć. Ale na wodzie nie ma żadnych barier – zaznacza prezes Nazarowska, która często spotyka się ze swoimi podopiecznymi w „Starym Porcie” w Chorzowie. Tu, w tej jedynej na Śląsku tawernie żeglarskiej, byli górnicy z Jastrzębia mogą z kolegami swobodnie śpiewać szanty.