Jastrzębie Zdrój to młode miasto
Jastrzębska Spółka Węglowa to największy w mieście pracodawca. Martwią pana problemy, jakie ma spółka z powodu kryzysu na rynku węgla koksowego?
Na razie tego nie odczuwamy. Ale wiemy, że sytuacja finansowa JSW się pogarsza i ona będzie rzutowała na to, co będzie w kolejnych miesiącach. Niepokojące są informacje, że spada cena i sprzedaż węgla koksowego. To może rzutować na sytuację spółki, a co za tym idzie i na sytuację mieszkańców Jastrzębia, pracowników należących do niej kopalń. Dzisiaj spółka ma jeszcze rezerwy finansowe, które wypracowała w poprzednich, dobrych latach. Znaczną ich część zaangażowała w inwestycje i to jest dobre, bo jednak kryzys wiecznie nie będzie trwał i front robót musi być przygotowany. Mam na myśli otwarcie pola „Bzie Dębina”. Spółka nie może liczyć tutaj niestety na pomoc państwa, na sfinansowanie inwestycji początkowych.
Władze miasta, nie bacząc na obecny kryzys, stawiają na górnictwo, o czym świadczy to, że chcą, aby więcej młodych ludzi kształciło się w zawodzie górnika.
Tak. Niedawno podpisaliśmy z JSW aneks do umowy, dotyczącej kształcenia przyszłych górników. Będzie więcej klas zawodowych i w technikum. Co jest ważne, uczniowie mają gwarantowaną pracę z zakładach JSW. Również dobrze funkcjonuje Zamiejscowy Oddział Dydaktyczny krakowskiej AGH. W górnictwie jest zapotrzebowanie na kadry, dlatego młodzi ludzie, którzy ukończą szkoły, znajdą zatrudnienie w kopalniach. Takie mamy deklaracje zarządu JSW.
Czy myśląc o przyszłości, zastanawiał się pan nad tym, żeby rynek pracy w mieście bardziej zdywersyfikować, aby nie był tak zdominowany przez górnictwo? Może dobrze by było, aby mieszkańcy Jastrzębia, a szczególnie młodzi ludzie, mieli inne możliwości wyboru kariery zawodowej.
Oczywiście, że o tym myślimy, bo wydłużoną żywotność kopalń, na kilkadziesiąt lat, jak wynika ze strategii JSW, mają tylko dwie kopalnie: „Pniówek” i „Zofiówka”. Dlatego przygotowujemy się na to, że w przyszłości będzie mniej kopalń. Dążymy do tego, aby w chwili, gdy niektóre będą zamykane, nie było potrzeby rewolucyjnej zmiany zawodu i problemów ze znalezieniem dobrej pracy. Robimy wiele, żeby nie zaskoczyła nas taka sytuacja, jak to się zdarzyło w innych miastach Polski, że nagle upada jakiś zakład pracy i poza nim nie ma nic. W 2008 r., kiedy jeszcze była dobra sytuacja ekonomiczna w kraju, obserwowaliśmy w Powiatowym Urzędzie Pracy dużo ofert pracy i to nie tylko z branży górniczej. Firmy, które już u nas są i okrzepły, szukały nowych pracowników.
Kopalnie to miejsca pracy, wpływy do budżetu gminy, ale też i szkody górnicze. Czy uciążliwości związane ze szkodami górniczymi są kłopotliwe dla miasta i mieszkańców?
Jest to w jakiś sposób uciążliwe, bo zmniejsza nam możliwości inwestycyjne. Tam, gdzie występują szkody górnicze musimy ograniczać budownictwo jednorodzinne, są mniejsze możliwości tworzenia stref usługowo-przemysłowych. Mamy jednak podpisaną umowę z JSW, że jeżeli szkody górnicze obniżą wartość obiektów czy działek, to spółka nam zrekompensuje straty. Miasto nie ponosi z tego tytułu dodatkowych kosztów. Z tego, co obserwuję wynika, że mieszkańcy Śląska, inwestorzy ze Śląska, albo z naszego miasta, nie traktują szkód górniczych jako przeszkody dla działalności gospodarczej. Jak przyjeżdża ktoś z innego, regionu kraju, albo z zagranicy i słyszy o szkodach górniczych, to go to odstrasza. Natomiast tutaj, lokalnie, nie.
Konfliktów z powodu szkód górniczych pomiędzy miastem a JSW nie ma?
Nie, bo jak są problemy, to my się spotykamy, rozmawiamy, dyskutujemy. Są niektóre sprawy, które wymagają wspólnego rozstrzygnięcia. I muszę powiedzieć, że w ostatnich latach raczej się dogadywaliśmy. Tam, gdzie był problem, spółka deklarowała, że zapewni środki na usunięcie szkód. I to zarówno indywidualne, dla mieszkańców, jak i na obiekty miejskie. Tak jak w przypadku wiaduktu na ul. Pszczyńskiej. On jest ważny i dla JSW, jeżeli chodzi o komunikację kolejową i dla miasta, bo to jest droga wojewódzka i wylot na drogę krajową, a w przyszłości na autostradę A-1.
Mocną stroną miasta jest sport. Siatkarze to krajowa czołówka, hokeiści dobrze sobie radzą w ekstralidze, a piłkarze w I lidze. To dobra wizytówka Jastrzębia?
Tak, na pewno. Dzięki siatkarzom Jastrzębskiego Węgla, piłkarzom GKS-u i hokeistom, nasze miasto jest znane w Polsce. Wiele lat temu ustaliliśmy z zarządem JSW, że miasto inwestując w sport, będzie dbało o obiekty sportowe, których jest właścicielem. Te obiekty sportowe udostępniamy klubom. Dzięki temu koszty ich funkcjonowania są niższe. To dotyczy piłki nożnej, w większym stopniu hokeistów, w mniejszym siatkarzy, bo oni mają własną halę. Spółka finansuje działalność bieżącą klubów. Ostatnie lata były dobrymi, tłustymi. Problem zaczyna się w tym roku, kiedy, z tego co wiem, JSW obcina budżet na sport.
Miasto korzysta z możliwości, jakie stwarza dostęp do funduszy Unii Europejskiej?
Tak i to w znaczącym stopniu. Obecnie kończymy bardzo duże zadanie, kanalizację miasta. Razem z gminami Godów i Mszana dostaliśmy na to z funduszy unijnych 34 mln euro. Mamy także pieniądze na dokończenie obwodnicy, która da możliwość ominięcia Jastrzębia i wjazdu na autostradę A-1. Koszt tej inwestycji to ponad 45 mln euro. Ponad 35 mln euro dostajemy na to ze środków unijnych. Mamy jeszcze dodatkowe 10 mln euro, poza konkursem, na pięć zadań, które wydzieliliśmy jako samorządowcy w Subregionie Zachodnim. Są już pieniądze przyznane na budowę drogi na terenie byłej KWK „Moszczenica”. To są dotacje na inwestycje. Mamy również przyznane środki, tzw. miękkie, dotyczące pomocy społecznej, dla przedszkoli, itp. Martwi nas jeden problem. Jak będziemy mieć mniejsze budżety w gminach, a tak się teraz robi, że obcina się samorządom coraz bardziej dochody, to w pewnym momencie możemy się znaleźć w takiej sytuacji, że zabraknie nam wkładu własnego, żeby skorzystać z dofinansowania z funduszy unijnych. Będą więc wielkie pieniądze unijne do wzięcia, a my nie będziemy mogli z nich skorzystać, bo nie będzie nas na to stać. To jest wielkie niebezpieczeństwo, o którym rząd i parlament powinien pomyśleć.
Jastrzębie jest miastem ludzi młodych, rozwijającym się?
To jest młode miasto. Dopiero drugie pokolenie, to są ludzie, którzy się tutaj urodzili. Zaczyna się pojawiać trzecie – wnuki. Zauważamy, że społeczność Jastrzębia zaczyna się coraz mocniej integrować. Wielu ludzi, którzy przyjechali tutaj w latach 60. i 70. minionego wieku do pracy w kopalniach mówiło: a popracuję, zarobię i wrócę w rodzinne strony. Dzisiaj już takiego myślenia nie ma. Są oczywiście tacy, którzy wyjeżdżają, bo mają gdzieś tam rodzinne domy, ale w większości tak się nie dzieje. Bardzo wiele osób buduje domy na obrzeżach miasta. Na pewno potrzeba jeszcze wielu lat, żeby integracja mieszkańców Jastrzębia była pełna. No bo trudno nam się jeszcze równać z takimi miastami z okolicy, jak Cieszyn, Racibórz czy Pszczyna. One mają za sobą kilkaset lat istnienia, my kilkadziesiąt. Tam jest silna tożsamość. U nas jest ona w starych dzielnicach: Bzie, Szeroka, Jastrzębie Zdrój czy Jastrzębie Górne. Na osiedlach takiego mocnego utożsamienia z miejscem jeszcze nie ma. Ale to jest normalne. Jeszcze musi trochę potrwać, żeby tak było.