Jarosław Wójtowicz przepłynął Wisłę od Tyńca do Gdańska

Wojtowicz RS

fot: Ryszrad Stelmaszczyk

Tą żaglówką Jarosław Wójtowicz przepłynął niemal całą Wisłę

fot: Ryszrad Stelmaszczyk

Nadsztygar Jarosław Wójtowicz w kopalni „Zofiówka” pracował przez 36 lat i osiem miesięcy. Zaczynał jako ładowacz, bo nie miał wykształcenia górniczego. W ostatnich latach pracy, przez dwie kadencje był przewodniczącym Związku Zawodowego „Kadra” w kopalni. Od kwietnia tego roku jest na emeryturze.

– I wreszcie mogłem zrealizować swoje marzenie a zarazem zobowiązanie, jakie podjąłem ponad 30 lat temu, że popłynę łodzią Wisłą ze Strumienia, gdzie mieszkam, do Gdańska – wyjawia Jarosław Wójtowicz.

Z pływaniem zetknął się jako sześciolatek, pod koniec lat 50. minionego wieku – Ojciec zabrał mnie nad jezioro Goczałkowice. Oglądaliśmy regaty, a potem wziął mnie na przejażdżkę żaglówką – wspomina.

Kolejnym krokiem było wstąpienie do, działającej w Strumieniu, wodniackiej drużyny harcerskiej. Wójtowicz zaczynał w niej jako zuch. – Pływaliśmy po Wiśle kajakami. Często wypływaliśmy także na jezioro Goczałkowice – opowiada o tamtych czasach.

Dokończyć, co inni zaczęli

Skąd wzięło się zobowiązanie, żeby popłynąć Wisłą do Gdańska? Wójtowicz wymienia trzy zdarzenia, które go do tego skłoniły. Pierwszym był zorganizowany w 1973 r. turniej miast, w którym Strumień rywalizował ze Skoczowem.

– Ojciec ułożył wtedy słowa pieśni „Strumień moje miasto” – mój brat skomponował do niej muzykę – którą śpiewaliśmy w trakcie turnieju. Są w niej słowa podkreślające, że nasze miasto leży nad Wisłą. Wtedy po raz pierwszy zobowiązaliśmy się z bratem, że popłyniemy rzeką do Gdańska – relacjonuje Wójtowicz.

Kolejnym zdarzeniem, które go zainspirowało do wyprawy, był rejs kolegów, którzy chcieli dotrzeć do ujścia Wisły tratwą. Dopłynęli jednak tylko do Sandomierza.

– Miałem uczestniczyć w tym rejsie, ale akurat 28 września, 35 lat temu, brałem ślub, no i nie mogłem. Ale jak koledzy wrócili, powiedziałem sobie, że dokończę to, co oni zaczęli i jak będę na emeryturze to dopłynę Wisłą do Gdańska. Obiecałem to także bratu, który zginął w wypadku samochodowym w 2000 r. – wspomina.

Zaczęło się w Tyńcu

Kiedy w kwietniu tego roku Wójtowicz pożegnał się z kopalnią i przeszedł na emeryturę, od razu rozpoczął przygotowania do wyprawy. Planował, że popłynie wraz z kolegą w czerwcu. Złe prognozy pogody spowodowały, że musiał zmienić termin rejsu. Zdecydował się na sierpień. Ale musiał wyruszyć sam, bo kolega w tym miesiącu nie mógł z nim płynąć.

– Przygotowania rozpocząłem od zapoznania się z trasą – opowiada Wójtowicz. – Z tym nie było problemu, bo wszystkie informacje o każdym kilometrze biegu Wisły znalazłem w internecie. Wyremontowałem łódkę. Pomógł mi w tym Jan Breguła, szkutnik ze Strumienia. Dobrze wykonał swoją robotę, bo woda w łódce była tylko wtedy, gdy wylałem herbatę.

22 sierpnia, o godz. 14, łódź Wójtowicza została zwodowana na małej przystani w Tyńcu, koło klasztoru Benedyktynów. O 17 był już załadowany w niej cały bagaż i zaczął się rejs.

– Niewiele jednak przepłynąłem w tym dniu, bo było już późno. Na drugi dzień dotarłem najpierw do centrum Krakowa, pod Wawel. W sumie udało mi się pokonać 64 kilometry trasy. Z radia dowiedziałem się, że w Małopolsce jest powódź – relacjonuje początki rejsu Wójtowicz.

Skutki powodzi były widoczne na Wiśle już następnego dnia. Poziom rzeki podniósł się o 1,5 metra. Woda stała się mętna. Przez kolejne trzy dni rejsu łódka Wójtowicza płynęła w towarzystwie śmieci, w tym setek plastikowych butelek.

– Przez tę falę powodziową płynąłem znacznie szybciej, bo aż 15 kilometrów na godzinę. Chyba dzięki temu udało mi się też bez problemów pokonać odcinek koryta w okolicach Nowego Brzeska, gdzie Wisła ma szybki nurt, a jej dno jest usłane wystającymi kamieniami. O tym, że mogę się tam rozbić, ostrzegał mnie komandor krakowskich flisaków – mówi Wójtowicz.

W drugim dniu, dzięki fali powodziowej, udało się przepłynąć aż 102 kilometry. Ale wysoki poziom wody był powodem niebezpiecznego zdarzenia.

Wisła w naturze

– W Baranowie Sandomierskim jest prom na uwięzi – opowiada o zdarzeniu Wójtowicz.

– Przepływając pod liną łączącą oba brzegi Wisły, zapomniałem, że poziom rzeki jest wyższy i zaczepiłem o nią masztem, którego nie złożyłem. Próbując się uwolnić, nadziałem łódkę na wspornik promu. Jakimś cudem udało mi się ją wyrwać z tej pułapki i odpłynąłem.

Dalej rejs przebiegał bez większych problemów. Żaglówka napędzana silnikiem mijała kolejne miasta leżące nad Wisłą: Tarnobrzeg, Sandomierz, Kazimierz...

– Od Nowego Brzeska zaczęła się prawdziwa, naturalna Wisła – relacjonuje Wójtowicz.

– Ta rzeka jest piękna. W jednym miejscu wysokie, kredowe brzegi, w innym łagodne, piaszczyste. W nurcie natykałem się na łachy piasku, piaszczyste wysepki, na których nocowałem. Czułem się tam, jak pan na włościach.

Kolejne mijane miasta i miasteczka, to: Góra Kalwaria, Warszawa, Modlin, Nowy Dwór Mazowiecki, Płock, Wyszogród, gdzie jest jeszcze jedno przęsło najdłuższego mostu drewnianego w Europie, Włocławek.

– Zalew we Włocławku jest ogromny i piękny – zachwala Wójtowicz. – Z Płocka dopłynąłem tam na żaglach, pokonując 45 kilometrów. Spore wrażenie zrobiła na mnie
12-metrowa śluza na tamie we Włocławku.

2 września niespodziewane spotkanie na wodzie. – Rzeką płynęła tratwa – opowiada – a na niej 70-letni Niemiec. Spędziliśmy razem wesoły wieczór. Powiedział mi, że swoją tratwą przepłynął już Ren i Dunaj. Później spotkaliśmy się jeszcze w Chełmie i Toruniu.

Cumowanie w Gdańsku

Po 14 dniach rejsu, 6 września, Wójtowicz dostrzegł, że przed nim jest ujście Wisły do Bałtyku. – Rozpłakałem się ze szczęścia i zaśpiewałem nasz hymn: „Strumień, moje miasto”. Dopłynąłem do Gdańska, zacumowałem pod żurawiem na Motławie.

– Zadzwonił do mnie i krzyczał, „Jestem, jestem, stało się!” – wspomina ten dzień żona Wójtowicza, Róża. – Cieszyłam się razem z mężem, że dopłynął, że mu się udało.
Po kilku dniach odpoczynku w Gdańsku, Wójtowicz wrócił do Strumienia. Rodzina, przyjaciele i członkowie koła Macierzy Ziemi Cieszyńskiej zgotowali mu radosne powitanie.

– Było chyba ze 40 osób – wspomina. – Dostałem pamiątkową statuetkę z dedykacją, upamiętniającą mój wyczyn, i mapę, na której koledzy ze Strumienia zaznaczali chorągiewkami kolejne etapy mojego rejsu. Spotykali się codziennie w barze „Eldorado” i czekali na wiadomości ode mnie.

Opowiadając o swoim rejsie, Wójtowicz podkreśla, że na trasie spotykał wielu życzliwych ludzi. W jednym z warsztatów w Kazimierzu mógł naprawić łódkę uszkodzoną po zderzeniu z promem. W Górze Kalwarii bosman z barki zawiózł go do miasta po benzynę i jedzenie. W Gdańsku zgubił portfel z wszystkimi dokumentami i sporą gotówką.

– Kiedy zrezygnowany wracałem do łodzi, podszedł do mnie ochroniarz i zapytał: „Pan Wójtowicz?”. Natychmiast humor mi się poprawił, bo wiedziałem, że znalazł mój portfel – opowiada o zdarzeniu.

Komentując przebyty rejs, Wójtowicz mówi: – Cieszę się, że zrealizowałem swoje marzenie i zobowiązanie podjęte przed laty. Była to wspaniała przygoda. To, co przeżyłem i zobaczyłem na trasie, zapamiętam na zawsze.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Emigranci za chlebem. Niezwykłe losy polskich górników we francuskich kopalniach

Trudno dzisiaj oszacować, ilu Ślązaków i Zagłębiaków wyjechało przed drugą wojną światową do pracy we Francji. Ich ciekawe historie warte są zachowania.

Letnie święto na Nikiszu. Odpust u Babci Anny

Tegoroczny Jarmark u Babci Anny odbędzie się w niedzielę, 26 lipca. Jak zwykle będzie towarzyszył odpustowi w parafii św. Anny w katowickim Nikiszowcu.

W głębi ziemi i serc – wspomnienie św. Kingi. Górnicy solni uczcili swoją patronkę

24 lipca, w dniu liturgicznego wspomnienia św. Kingi – patronki górników solnych – w niezwykłej scenerii Kaplicy św. Kingi, położonej 101 metrów pod ziemią, odprawiona została uroczysta Msza Święta. Jak co roku podziemna świątynia zgromadziła tych, którzy od pokoleń powierzają swojej Patronce trud codziennej pracy, bezpieczeństwo kopalni oraz pomyślność całej wielickiej społeczności.

Carbotech w Łaźni Moszczenica. Elektroniczne brzmienia w industrialnej przestrzeni

Jastrzębie-Zdrój zyska nowe wydarzenie na kulturalnej mapie miasta. W sobotę, 1 sierpnia 2026 r., w Łaźni Moszczenica odbędzie się pierwsza edycja Carbotech — imprezy łączącej surową, pokopalnianą przestrzeń z muzyką elektroniczną.