Janusz Moszyński: Nikt nam kryzysu nie wymyślił
fot: Jarosław Galusek
fot: Jarosław Galusek
.
Bacznie Pan obserwuje wydarzenia, które w ostatnich tygodniach targają polskim górnictwem. Jak Pan sądzi, czy to początek kryzysu, czy może wręcz przeciwnie – wychodzenie na prostą z trudnej sytuacji?
Janusz Moszyński: - Dla podenerwowanych ludzi, bombardowanych sprzecznymi informacjami, sytuacja może wydawać się nie do zniesienia. Sądzę jednak, że są to chwilowe kłopoty. Przez wiele lat dla węgla, jako surowca energetycznego, nie będzie alternatywny. Tak zwane źródła odnawialne mogą zaspokoić zapotrzebowanie na energię na poziomie kilku, góra kilkunastu procent. Polska jest krajem płaskim, nie mamy warunków do piętrzenia rzek, czyli nie mamy rezerw dla elektrowni wodnych. Można trochę megawatów uzyskać z elektrowni wiatrowych czy biomasy, ale to nie zastąpi nam węgla. Zwiększanie importu gazu i dalsze uzależnianie się od dostawców tego surowca nie jest żadnym rozwiązaniem, byłyby zbyt ryzykowne. Dlatego, dopóki nie powstaną poważne przedsięwzięcia jądrowe, w Polsce rola górnictwa nie będzie zagrożona. Dla rodzimej energetyki są tylko dwie możliwości: atom lub węgiel. Pierwsze bloki jądrowe powstaną nie wcześniej niż w 2020 roku. Na razie Polska nie jest przygotowana do rozwoju energetyki jądrowej. Nie ma nawet wskazanych miejsc lokalizacji przyszłych elektrowni, na których budowę też trzeba czasu. Wydobycie węgla spada, Polska staje się importerem tego surowca.
Czy w niedalekiej przyszłości nie grozi to nam trzęsieniem ziemi na rynku pracy w województwie śląskim?
- Szkoda, że w czasach dobrej koniunktury nie podjęto robót przygotowawczych do uruchomienia nowych frontów wydobycia węgla. Górnictwo na pewno czekają trudne momenty i miesiące. Konia z rzędem, jeżeli ktoś obecnie potrafi przewidzieć wynik Produktu Krajowego Brutto na koniec bieżącego roku. Obawiam się, że ten wynik nie będzie najlepszy. A to oznacza spadek zapotrzebowania na energię i węgiel. Według prognoz w 2010 roku gospodarka polska zacznie odrabiać straty, nawet jeśli wpadnie w lekką recesję, to kłopoty będą przejściowe. Nie sądzę, aby górnictwo miało w najbliższych miesiącach negatywny wpływ na sytuację na rynku pracy w naszym regionie. Zagrożona zwolnieniami jest branża motoryzacyjna. Koncerny międzynarodowe, gdy maleje zbyt, ograniczają produkcję samochodów i zamykają niektóre swoje zakłady. Pojawiły się informacje, że taki los może czekać fabrykę silników w Tychach. Ponad tysiąc miejsc pracy z takiego powodu ubędzie np. w Rawiczu. W przypadku górnictwa nie ma zagrożenia zwolnieniami, co najwyżej nie będzie przyjęć nowych pracowników do kopalń.
Biorąc pod uwagę niedobrą koniunkturę dla motoryzacji, czy żałuje Pan, że sprowadził Opla do Gliwic?
- Faktycznie przygotowywałem ofertę Gliwic dla GM i bynajmniej tego nie żałuję. Był to bowiem potężny impuls do powstania Specjalnej Katowickiej Strefy Ekonomicznej, która przecież generuje po dziś wiele nowych miejsc pracy. Ponadto, żaden kryzys nie trwa wiecznie. Niektórzy związkowcy uważają, że pracodawcy grają na histerii kryzysowej, by kosztem pracowników maksymalizować zyski.
Czy widzi Pan takie symptomy w górnictwie?
- Namawiam do spokoju, to nie jest dobry moment do bijatyki związkowców z pracodawcami. Niektóre rzeczy zależą od rządu, niektóre od menedżerów, a jeszcze inne od pracowników. Trzeba jednak zauważać czynniki zewnętrzne. Kryzysu nikt nam nie wymyślił, to nie jest tak, że ktoś wpadł w histerię, ale fakt, z którym musimy się liczyć. Finansiści amerykańscy są źródłem zamieszania światowego, my Polacy na to wpływu nie mamy, ale skutki odczuwamy na każdym kroku. Eksperci twierdzą, że gospodarka światowa takiego kryzysu jeszcze dotąd nie ćwiczyła. W polskiej tradycji rola związków zawodowych jest silna, ale to nie jest dobry czas na próbę sił z pracodawcami, bo zakłady mogą upaść. Konflikt jest z definicji wpisany w istotę funkcjonowania związków zawodowych. W obecnej sytuacji gospodarczej trzeba jednak zauważyć, że siedzi się w tej samej łodzi. Jeśli nawet bezpośrednio przy burcie nie widać, że woda jest wzburzona, to trzeba się rozejrzeć, spojrzeć znacznie dalej niż na doraźne interesy.
Był Pan orędownikiem metropolii. Czy są jeszcze szanse na realizację tego marzenia?
- W sytuacji, gdy dominującą cechą Polaków jest narzekanie, warto cenić, gdy się coś udaje. Mówi się, że gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania. A na Śląsku 14 prezydentów potrafi mówić wspólnym głosem. Gdy w parlamencie są nieustanne kłótnie, w naszym regionie doszło do porozumienia i powstania Górnośląskiego Związku Metropolitalnego. Metropolia Silesia ma przed sobą dobrą przyszłość. To jest to ewenement na skalę Polski. Można oczywiście narzekać, że nie zrobiono więcej. Nie wyszukujmy i nie podgrzewajmy lokalnych konfliktów i awantur, ponieważ w naszym interesie jest współpraca. Prezydenci ustalili np. listę pięciu dużych przedsięwzięć, które będą wspólnie wspierać. Mam nadzieję, że wreszcie pojawi się ustawa metropolitarna i że będzie dotyczyła trzech organizmów: Silesii, Trójmiasta oraz Warszawy z przyległościami. Dla tych obszarów odrębne uregulowania są niezbędne. Cała reszta aspirujących do miana metropolii kieruje się głównie ambicjami, a nie realiami. Wierzę, że po następnych wyborach samorządowych nie trzeba będzie wszystkiego zaczynać od nowa. W naszej samorządności czynnikiem stabilizującym są bezpośrednie wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów. To daje nadzieję, że wielu z 14 prezydentów, którzy zawarli porozumienie, będzie je kontynuować.