Janina Stawisińska: - Nie wierzę w sprawiedliwość...
Stawisińska wspomina swój przyjazd do Katowic z Koszalina na wieść o strzelaninie 16 grudnia. Syn (wówczas 21-letni mężczyzna) miał przestrzelone półkule mózgu i przez 6 tygodni konał na oddziale reanimacyjnym szpitala w Ochojcu. Stawisińska zatrudniła się tam jako salowa, by móc codziennie czuwać przy synu. Potem przez kilkanaście lat pojawiała się jako niemy świadek na każdym z procesów sądowych w sprawie zabójstwa górników.
- Wymierzone kary były absolutnie nieadekwatne do ich czynu. Ci wszyscy zomowcy, którym odczytano te niby-wyroki, nie przebywają w więzieniu tylko w areszcie śledczym. Co to jest dla nich za kara? To jest śmieszne! - mówi \"Naszemu Dziennikowi\" Janina Stawisińska i wyjaśnia: - Ciągle dostaję z aresztów śledczych pisemka, że poszczególni zomowcy wychodzą 2-3 razy w miesiącu do domu na przepustkę. Oni mają dom, żony, dzieci - a mojego syna i kilku innych tego wszystkiego pozbawiono.
Matka Jana Stawisińskiego opowiada, jak syn zdecydował się pojechać na Śląsk do kopalni, marzył, by zostać geologiem, mieszkał u przyjaciół w Katowicach. Kobieta wspomina reakcje lekarzy, ludzi władzy i osób spotkanych na przełomie 1981-82 roku na Śląsku. Mówi o tym, jak trudno jest do dziś żyć jej i rodzeństwu Janka po jego stracie.
Komentuje też postawę kolejnych rządów po 1989 roku wobec tragedii górników \"Wujka\" i ich rodzin. Uważa, że władze RP przez 28 lat nic nie zrobiły, by godnie zakończyć sprawę, nie wypłaciły też do dziś odszkodowań: - Górnicy Katowickiego Holdingu Węglowego zgodzili się na to, żeby swoją ciężką pracą podzielić się z rodzinami ofiar \"Wujka\". Ale to jest jedynie gest dobrej woli górników, ludzki odruch, bezzwrotna zapomoga ze strony KHW a nie rekompensata od państwa - ocenia Stawisińska.
Jest rozgoryczona przewlekaniem postępowania przeciwko Czesławowi Kiszczakowi (w lutym ma rozpocząć się czwarty już proces, w którym ówczesny szef aparatu bezpieczeństwa oskarżony jest o wydanie szyfrogramu z zezwoleniem na użycie broni palnej przez milicjantów - przyp. red.)
- Chciałabym, żeby był osądzony należycie, ale naprawdę już nie wierzę w polską sprawiedliwość. Mimo to jeśli będę się dobrze czuła, to zamierzam w tym procesie uczestniczyć. Jeździłam do Katowic prawie na wszystkie procesy. Przez piętnaście lat częściej byłam w Katowicach niż w domu. W końcu powinni ich osądzić sprawiedliwie, jeżeli w naszym kraju rzeczywiście prawo znaczy prawo i jest ono takie samo dla wszystkich - mówi matka zabitego górnika w rozmowie na łamach \"Naszego Dziennika\".