Jak Rambo wyjeżdżał z szychty i pędził prosto na próbę zespołu Myslovitz
Rozmowa z WOJCIECHEM „LALĄ” KUDERSKIM, perkusistą Myslovitz, który w 1998 roku odszedł z branży górniczej
fot: Katarzyna Zaremba-Majcher
Wojciech „Lala” Kuderski spędził 8 lat, pracując pod ziemią w KWK Mysłowice
fot: Katarzyna Zaremba-Majcher
Rozmowa z WOJCIECHEM „LALĄ” KUDERSKIM, perkusistą Myslovitz, który w 1998 roku odszedł z branży górniczej
Spotykamy się na terenie dawnej KWK Mysłowice. Jakie emocje w Tobie budzi ten widok po latach?
Patrzę na miejsce, gdzie znajdowały się szyby Sas i Jagiełło, Łokietek jeszcze stoi. To, co tu zastaliśmy, to naprawdę jest bardzo smutny obrazek. No wiadomo, czas nie stoi w miejscu, wszystko idzie do przodu, nowe technologie wyrastają jak grzyby po deszczu, ale jednak jest trudno przejść obok tego obojętnie. Spędziłem w KWK Mysłowice osiem lat – w tym konkretnym miejscu przepracowałem 3,5 roku, a kolejne 4,5 roku na Szybie Wschodnim.
Skąd u Ciebie w ogóle wzięło się górnictwo? Ktoś z rodziny pracował na kopalni, czy to był po prostu naturalny wybór w Mysłowicach?
Mówiąc szczerze, zawsze chciałem mieć swoje pieniądze, już od najmłodszych lat. Więc zamiast iść do liceum czy technikum, poszedłem do zawodówki. Myślałem, że pójdę do szkoły górniczej, ale kumpel namówił mnie na Energomontaż na Brzezince. Tam nawet lepiej płacili za praktyki niż w szkole górniczej! Więc złożyłem papiery. Zrobiłem tam trzy lata szkoły zawodowej, potem trzy lata szkoły wieczorowej, napisałem maturę, no a potem już praca, praca, praca...
A na kopalnię trafiłem w zasadzie przypadkowo. Przyjąłem się we wrześniu 1990 roku, ale z racji tego, że 18-tkę kończyłem dopiero w listopadzie, pani w kadrach powiedziała mi, że nie może mnie po prostu wysłać na dół. Przez kilka miesięcy musiałem pracować na powierzchni. Poszedłem do oddziału ME1 i poznałem tam przecudownych ludzi – Mariana, Andrzeja i wielu innych, których potem oczywiście spotykałem już także, zjeżdżając na dół.
Po tych pięciu czy sześciu miesiącach poszedłem do oddziału szybowego. Bardzo miło to wspominam, bo to była dla mnie lekcja życia. Ja zawsze miałem coś takiego w głowie, że prawdziwy mężczyzna to musi iść na kopalnię i do wojska. Do wojska mi się nie udało pójść ze względu na muzykę, ale z tą kopalnią wyszło.

Dobrze wtedy zarabiałeś?
Nie pamiętam już dokładnie, ile to było, ale to nie były jakieś kokosy w szybowym. Pensja urosła, jak już przeszedłem do oddziału hydraulicznego. Wtedy tak naprawdę odczułem, co to jest praca na kopalni, poszedłem pierwszy raz na ścianę – tam, gdzie kombajn po prostu wyrywa węgiel ze ściany, a widoczność jest może na półtora metra. Bo wcześniej w szybowym to miałem trochę tak, z całym szacunkiem, jakbym zjeżdżał do piwnicy – zawsze można było szybko wyjechać na powierzchnię.
Pamiętam doskonale pierwszą „nockę” na hydraulicznym. Poszliśmy na taką niską ścianę, miała może z metr dwadzieścia wysokości. Pamiętam, że siedziałem tam z kumplem, jedliśmy sznity, a w duszy mówiłem sobie: „Panie Boże, co ja tutaj robię? Gdzie ja się wpieprzyłem w ogóle? Przecież ja tu sobie nie dam rady”.
Tak ogromny był przeskok z oddziału szybowego do hydraulicznego. Pamiętam takie momenty, że trzeba było wejść za sekcje i wbić jakiś sworzeń – gdyby wtedy się coś zawaliło, to koniec, po chopie. No ale ostatecznie zostałem, wdrożyłem się, poznałem tam również świetnych ludzi, którzy mi bardzo dużo pomogli.
Patrząc z perspektywy kogoś, kto przepracował na ścianie parę lat: jak reagujesz, gdy słyszysz ludzi spoza Śląska mówiących, że górnicy to darmozjady i za dużo zarabiają?
Oczywiście, że z tym się spotykam. Jest to krzywdzące, ale trzeba zwrócić uwagę na to, że intensywność pracy w różnych miejscach na grubie znacząco się różni. „Górnik-górnik” to tak naprawdę kombajnista i ten, co zapieprza na ścianie. To oni fedrują w tych najbardziej niebezpiecznych miejscach. Ale jest też wiele oddziałów, które wiążą się z nieporównywalnie lżejszą robotą, jak ten wspominany tu wcześniej szybowy. Albo np. niektórzy elektrycy. Mimo wszystko apelowałbym jednak do osób, które nigdy nie były na dole, o wstrzymanie się z jakimikolwiek komentarzami dotyczącymi górnictwa.
W 1992 roku zaczynasz pierwsze próby z zespołem Freshmen, który dwa lata później przeobraża się w Myslovitz. Jak udawało Ci się godzić pracę na kopalni z graniem?
Na początku nie miałem problemów, bo załatwiłem sobie z dyrektorem kopalni, że będę pracował tylko na nocki. Na rano w szybowym mogli pracować tylko ci, co mieli dobre układy albo pracowali już odpowiednio długo. Popołudnie nie wchodziło w grę, bo najczęściej o 18.00 mieliśmy próby.
Po wydaniu pierwszych płyt zaczęliśmy więcej koncertować, ale dzięki uprzejmości wspomnianego dyrektora mogłem skorzystać z bezpłatnych urlopów. A jak już zacząłem pracować w oddziale hydraulicznym na Szybie Wschodnim, to załatwiłem sobie, że pracuję tylko rano. Dzwoniłem do planisty, mówiłem, jak chciałbym pracować w kolejnym tygodniu, i tak mi rozpisywał szychty. Nie będę ukrywał, że wiele zawdzięczam uprzejmości różnych ludzi w kopalni.
A jak reagowali koledzy z pracy, gdy pierwsze kawałki Myslovitz, np. „Peggy Brown”, zaczęły lecieć w radiu?
Bardzo cudownie reagowali! Był bardzo pozytywny oddźwięk, ludzie starali się pomóc, nikt się nie wyzłośliwiał. Raczej wszyscy mówili mi: „Szacun, Rambo”, bo taką miałem ksywę na kopalni.
Z czego to wynikało? A bo kiedyś chyba jakiś galar sam podniosłem, jak wypadł z torów, i kumpel mi powiedział: „Tak nie rób, nie bądź jak Rambo, bo sobie kręgosłup złamiesz”. I tak zostało.
Kiedyś, po latach, zjechałem na dół w ramach wycieczki na kopalnię – z rodziną, kolegami z zespołu i jakimiś aktorami. Idziemy na ścianę, a tam wszystko wyczyszczone, elegancko, ściana nie fedruje, no bo „turyści” przyjechali. Na miejscu przeżyłem gigantyczny szok, bo poznali mnie, chłopcy krzyczą: „Rambo, kurde, gdzieś ty był tyle czasu?”. Niesamowicie przyjemne przeżycie. No i ja od razu do kombajnisty: „Weź no tam trochę pokręć”. Nagle się zrobiło ciemno, cała wycieczka wyjechała z czarnymi twarzami.
Pamiętam doskonale, jak pierwszy raz wyjechałem z szychty w ścianie, idę pod prysznic, a po wszystkim i tak wychodzę z „obwódkami” pod oczami. Byłem wtedy mega dumny! Jak wychodziłeś z takimi oczami, to było doskonale widać, że idzie chop, prawdziwy chop. Poważanie było.
Do dziś zresztą, jak jedziemy na koncert i zwiedzamy jakąś kopalnię, to rozmawiam z przewodnikiem i on od razu mówi: „O, widać, żeś robił na grubie!”. Choć śląskiego słownictwa kopalnianego już trochę zapomniałem, bo jak człowiek nie przebywa w tym na co dzień, to mu to umyka.
Po ośmiu latach pracy odchodzisz z kopalni i bierzesz odprawę. To był rok 1998, Myslovitz był już po trzech płytach, ale cały czas wahaliście się, czy wyżyjecie z muzyki. Wielkiego sukcesu komercyjnego jeszcze nie było.
Trzeba było w końcu wybrać: albo kopalnia, albo muzyka. Zdecydowałem się na muzykę. Nie było to łatwe. Pamiętam, że akurat ktoś w robocie wspominał o odprawach – że jak podpiszesz i zadeklarujesz, że nie wrócisz na kopalnię, to dostaniesz trzydzieści parę tysięcy złotych. Pani w kadrach powiedziała mi nawet: „Panie Wojtku, pan by się chyba na to załapał”. I tak się stało, byłem drugi na liście do odpraw na całej kopalni.
Wziąłem te pieniądze, był to zastrzyk dla mojego budżetu domowego. Dużo moich znajomych też wzięło te odprawy i niestety nie wyszli na tym najlepiej. Każdy myślał, że zostanie biznesmenem, pootwierali jakieś małe sklepiki, piwiarnie etc. Większość z nich szybko poszła do innych prac albo wrócili na kopalnię, bo potem znów brakowało ludzi. Niektórzy źle skończyli – pieniądze szybko wyparowały, ludzie poszli w mocne picie. Część tych znajomych już nie żyje. Ja ostatecznie nigdy nie żałowałem decyzji o wzięciu odprawy.
Dosłownie rok po Twoim odejściu z kopalni wydajecie płytę „Miłość w czasach popkultury” i stajecie się niekwestionowaną gwiazdą polskiego rynku muzycznego.
Nie ma co porównywać – bycie muzykiem jest dużo lepsze niż praca na ścianie. Choć bycie muzykiem też nie jest bardzo łatwe, bo cały czas jesteś na walizkach i w trasie. Ale praca jest przyjemniejsza, poznajesz mnóstwo ludzi. Mogliśmy przecież występować przed Simple Minds, The Corrs czy Iggym Popem. Kosmos!
Na pewno trudnym momentem było dla nas odejście Artura Rojka – mieliśmy po drodze różnych wokalistów, nie wiedzieliśmy, czy wrócimy. Dziękuję Panu Bogu, że znaleźliśmy Mateusza i znów wydajemy płyty i koncertujemy, bo nie wiem, co bym robił dalej bez muzyki.
Mysłowice lat 90. tętniły życiem wokół kopalni. Jak miasto radzi sobie dzisiaj, gdy to wydobycie zniknęło?
Kiedy kopalnia fedrowała, Mysłowice zdecydowanie bardziej tętniły życiem. Było życie społeczne, kulturalne, piwko po pracy, rozmowy, wyjazdy na wakacje... To nas spajało. Teraz tego brakuje. Mam duży sentyment do kopalni i smutno się na to patrzy. Nie jestem ekonomistą, nie wiem, czy to wszystko stało się nieopłacalne, nie siedzę tam, gdzie wyliczają pieniądze, ale bez kopalni w mieście jest lekka stagnacja. Nie ma tylu pubów, ciężej o klienta na kawę, ciastko czy piwo. Jest inaczej, to zmiana na gorsze.
A jak dzisiaj, po latach, wspominasz świętowanie Barbórki?
Bardzo miło! Biesiady były z partnerkami, a karczmy z kolegami, dobrze pamiętam? Byłem na jednych i drugich. Na jedną karczmę na kopalni Wesoła zabrałem nawet brata [Jacek Kuderski, basista Myslovitz – przyp. red.] i Wojtka Powagę [gitarzysta Myslovitz]. Cały czas jest zabawa, śpiewy z kuflem, przyjeżdżają kabarety... Od czasu do czasu ktoś spod stołu naleje czegoś mocniejszego, a potem wjeżdża to cudowne, duże, gotowane golonko, które wzmacnia ciało przed dalszym biesiadowaniem. Nawet jak już nie pracowałem na kopalni, kumpel załatwiał mi wejście i jechało się na karczmę powariować z chłopcami. To jeden z piękniejszych górniczych zwyczajów!
Rozmawiał: Tomasz Czoik
Fot.: Pola Kuderska