Co tak naprawdę zadecydowało o tym, że rozstaje się Pan z zabrzańskim klubem?
- Mogę powiedzieć jedno, że zostałem sprowadzony do Górnika po to, by uratować zespół przed spadkiem. Miałem misję przywrócenia klubowi należytego miejsca. Ale życie jest życiem. W sporcie nie wszystko można zaplanować i nikt z nas nie przypuszczał, że ten zespół może spaść do pierwszej ligi. Prawda okazała się brutalna i wszyscy bardzo tego żałujemy. Ten sezon to była porażka. W przypadku niepowodzenia sportowego najczęściej odpowiedzialność spada na szkoleniowca... Ja myślę, że takie pytanie możemy sobie zadać.
Mianowicie: kto zawinił?
- Biorę pełną odpowiedzialność, nie ma co dodatkowo tłumaczyć. Wizerunek klubu jest fantastyczny, trafiło to wszystko na wspaniałych właścicieli klubu. Allianz nie żałował pieniędzy w okresie transferowym, robiliśmy wszystko, by poprawić sytuację drużyny. Ale się nie udało. Szczególnie jest mi żal kibiców. Trzeba ich pochwalić, oni bardzo pomogli drużynie. Ale niech media nie wymyślają bzdur. Ani ja, ani też prezes nie wiedzieliśmy nic o spotkaniu kibiców z drużyną. To było jawne oszczerstwo. Jestem człowiekiem honorowym i nie mogę tego tak zostawić. Nigdy nie wchodziłem w układy z kibicami, zaś im samym życzę, by dalej dopingowali drużynę i by wróciła ona jak najszybciej do ekstraklasy. Spadek, obecna sytuacja, zmusiły mnie do działania. Zdecydowałem się odejść z klubu, doszedłem do porozumienia z działaczami i rozchodzimy się.
Można więc powiedzieć, że nie sprostał pan wyzwaniu, jakim było utrzymanie klubu w ekstraklasie…
- Tak, nie sprostałem wyzwaniu, nie powiodło mi się w Zabrzu. I już nie ma dla mnie miejsca w tym klubie. Byliśmy jak alpinista, który zdobywa szczyt, jest już na ostatnim stopniu, robi ostatni krok i spada… Nie osiągnęliśmy celu.
Jakie elementy zadecydowały o tym, że Górnik po 30 latach nieprzerwanych występów pożegnał się z ekstraklasą?
- Jak coś nie zagra, to odpowiedzialność spada na trenera. Wspomniany wcześniej przeze mnie przykład alpinisty dużo mówi. Było dużo zmian w zespole, które miały wpływ na jego postawę. Gdyby jednak wziąć pod uwagę same tylko wyniki wiosennych spotkań, to mamy szóste miejsce. Gdybyśmy wygrali ostatni mecz z Polonią Warszawa, to skończylibyśmy sezon na 12., a nie 16. pozycji. Wiosną był więc postęp, zaś nie utrzymaliśmy się, gdyż zabrakło nam w drugiej rundzie jednego, dwóch wygranych spotkań. Zespół się ustabilizował pod względem gry defensywnej, wiosną straciliśmy tylko 11 bramek. Problemem była jednak słaba skuteczność – tylko 12 goli w drugiej rundzie. Zremisowane mecze z Arką, Lechem na pewno nam zaszkodziły.
Co dalej z Henrykiem Kasperczakiem? Ma pan już na oku nową posadę trenerską, czy też zamierza pan przez krótki okres odpocząć od ligowych stresów?
- Nic nie przewidziałem na przyszłość. Na razie będę myślał tylko i wyłącznie o piłce nożnej. Jestem w stowarzyszeniu trenerów PZPN i na pewno w tym kierunku będę się udzielał. Póki co, nie mam żadnej oferty i nie wiem, co będę robił dalej. W poniedziałek w Warszawie, na zebraniu trenerów powiedziałem, żeby nie załatwiać swoich spraw przez media. Nasze środowisko powinno być solidarne i problemy należy załatwiać we własnym gronie.
Spadek Górnika z ekstraklasy to pana największa porażka w karierze szkoleniowca?
- Były różne porażki w karierze i na pewno ta z Górnikiem bardzo boli. Co tu dużo mówić, ta sytuacja jest dla mnie bardzo przykra i nie ma co polemizować. Zawsze można coś nowego skonstruować, ale na bazie sukcesu. Stworzyliśmy w Górniku nowe struktury młodzieżowe. Mamy teraz cztery kategorie młodzieżowe, które w przyszłości się rozwiną. Na koniec powiem tak, w pociągu będzie dobrze tylko wtedy, gdy lokomotywa dobrze chodzi… No i nie można zapomnieć o wagonach.
W galerii: \"Górnik Zabrze\" w obiektywie Jarosława Galuska