Hajer za sterami żaglowca

fot: ARC

Za sterem...

fot: ARC

Przygoda z morzem Marka Soboty, pracownika Działu Mierniczo-Geologicznego PG Silesia, zaczęła się w dzieciństwie. Do dziś wspomina, jak żeglował wraz z ojcem po Jeziorze Żywieckim. W wieku 18 lat miał już w kieszeni patent żeglarski. Jako miejsce swoich letnich wypraw wybrał Mazury. Kurs sternika jachtowego i motorowodnego zaliczył w 1989 r. Namawiany przez swego kolegę z kopalni Piotra Gostyńskiego, dał się w końcu wyciągnąć nad Zatokę Gdańską. Obaj wypłynęli w morze.

- Wtedy zakochałem się w Bałtyku. Robiłem wszystko, aby zaliczyć kolejne egzaminy. Najpierw na jachtowego sternika morskiego, który zdałem w 1996 r. w Gdyni. Później były kursy na operatora łączności bliskiego zasięgu, ratownictwa oraz instruktora żeglarstwa. Od tej pory pływałem już na wielu jednostkach, włączając w to 36-metrowego Zawiszę Czarnego, flagową jednostke ZHP, 40-metrowego Fryderyka Chopina oraz mniejsze: Polonusa, Smugę Cienia, Barlo Vento, Dar Bielska i wiele innych. Poznałem te żaglowce i jachty na wylot. Na Zawiszy Czarnym pełniłem funkcję pierwszego, drugiego, trzeciego i czwartego oficera - opowiada Marek Sobota.

Grunt to sprawdzona załoga
Na morzu przeżył niejedną przygodę. Do najpiękniejszych wypraw zalicza podróż ze Szkocji przez Kanał Kaledoński i Jezioro Loch Ness na Orkady i dalej, do norweskiego Bergen. Równie malowniczy był rejs z polskiego wybrzeża do Szwecji, a następnie Kanałem Goeta do Goeteborga, cieśninami duńskimi i Kanałem Kilońskim do Amsterdamu.

- Najważniejsze to mieć sprawdzoną i pewną załogę. Kapitan, trzech oficerów i pięciu żeglarzy - tylu śmiałków wystarczy, aby popływać sobie po Bałtyku 15-metrowcem. Wielu ludziom wydaje się, że oficerowie tylko leżą w kajutach do góry brzuchem. Nic bardziej mylnego. To oni pilnują nawigacji i kursu. Ten, kto w życiu po morzu nie pływał, nie zdaje sobie nawet sprawy z faktu, jaki jest czasami na nim tłok. To swoista wodna autostrada. I to zarówno w dzień, jak i nocą. Fachowo morską autostradę określa się mianem "ruta". Olbrzymie kontenerowce i promy walą po niej z prędkością nawet do 45 km/h. A dobry żaglowiec osiąga ledwie 17 do 18 km/h. Do zadań oficera należy m.in. precyzyjne ustalenie momentu przepływu przez rutę. Jak się do tego zabiera, to musi mieć oczy dookoła głowy i maksymalnie się skupić. W przeciwnym razie kolizja z inną jednostką jest murowana. Takie przypadki się zdarzają. W 2000 r. 14-metrowy jacht żaglowy Bieszczady zatonął w wyniku zderzenia z tankowcem Lady Elena u wybrzeży Danii, na Morzu Północnym. Z ośmioosobowej załogi przeżyła tylko 19-letnia dziewczyna - wspomina żeglarz.

Dziewięć w skali Beauforta
I jemu nie brakowało przeżyć, które mogły zakończyć się na tamtym świecie. Któregoś razu na rejs ze Świnoujścia stawiło się zamiast 10 tylko dwóch członków załogi - Marek i kapitan. Plan zakładał, że wypłyną do Sztokholmu. Na szczęście na łajbie był jeszcze zaokrętowany na stałe bosman. Postanowili wyruszyć w trójkę. Po dwóch dniach żeglugi zmieniła się pogoda. Zaczęło niemiłosiernie wiać.

- Było już po zmroku. Zaczął się niezły sztorm. Było 9 w skali Beauforta. Jak na złość nie przypiąłem się szelkami. Nagle jednostka przechyliła się mocno na bok. Wypadłem i przekoziołkowałem przez pokład do morza. Jakimś cudem następna fala rzuciła mnie na reling. Chwyciłem go oburącz i podciągnąłem się z powrotem na pokład. Reszta załogi w tym czasie smacznie chrapała. Nie mieli pojęcia, co się ze mną działo. Nie pisnąłem im nawet słówka o mojej przygodzie. W końcu sam zawiniłem. Gdyby nie ten reling, to dziś nie byłoby mnie wśród żywych - przyznaje Marek Sobota.

Na innym rejsie siedział w kokpicie, gdy nagle poczuł pod stopami wodę. Szkopuł w tym, że pogoda była piękna, może spokojne jak nigdy, a o deszczu można było jedynie pomarzyć. Jakby tego było mało, woda miała słony posmak. "A żeby to jasny szlag!" - wycedził przez zęby, uderzając w dzwon. Część załogi wzięła się z mety za odpompowywanie zalanego pokładu, a reszta zanurkowała szukać awarii.

- Po kilku godzinach zlokalizowaliśmy przeciek. Pościł zawór, którym woda morska schładzająca silnik wypływała na zewnątrz. Już myślałem, że pójdziemy na dno. W tym samym czasie doszło jak na złość do rozszczelnienia się zbiorników z wodą pitną. Trzeba było zawijać do pierwszego lepszego portu - wspomina żeglarz z czechowickiej Silesii.

Zdarzyła się też awaria steru i wpłynięcie podczas mgły na mieliznę w okolicach Rugii, u wybrzeży Niemiec. Kilkakrotnie przeżył również potarganie żagli. Na dużych, 36-metrowych jednostkach załoga musi postawić nowe ręcznie.

- Adrenalina jest wtedy, że ho, ho. Na maszt wchodzi się po wąskiej drabince nawet 30 m w górę. To tak, jakby wdrapać się na 10-piętrowy wieżowiec. Dobrze jest, gdy nie wieje, ale tę czynność trzeba umieć wykonać w różnych okolicznościach. Rejs to nie wczasy. Nie można w nieskończoność wyglądać lepszej pogody - podkreśla Marek Sobota.

Jak powiada, najbardziej lubi pływać po Bałtyku, bo jest pełen uroku. Marzy jednak o wyprawie przez Atlantyk.

- Zapraszam na nią wszystkich chętnych. A może tym razem ktoś inny potrzebuje do załogi jakiejś nowej twarzy i mnie zaprosi? Skorzystam, a jakże. Właściwie to jestem gotów płynąć już dziś - zapewnia.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Z notatnika sztygara Onderki: Sztygar nie miał czasu

Wcale nie twierdzę, że wszyscy wokół łamią nagminnie przepisy BHP, bo wielu jest takich, co je przestrzegają, nawet do przesady. Znałem kiedyś pewnego sztygara, który we wszystkim widział zagrożenie dla siebie i załogi. Pewnego dnia się przeliczył, bo zapomniał o jednym. Mianowicie, że robotę trzeba koordynować. 

Zielona Pracownia pod Chmurką w Skrzydlowie otwarta. Nowa eko-inwestycja w gminie Kłomnice

Szkoła Podstawowa w Skrzydlowie zyskała nowoczesną, ekologiczną przestrzeń do nauki na świeżym powietrzu. 15 maja oficjalnie otwarto tam „Zieloną Pracownię pod Chmurką”, która ma pomóc w praktycznym poznawaniu przyrody. Inwestycja warta ponad 177 tys. zł została zrealizowana przy wsparciu WFOŚiGW w Katowicach

Polskie kopalnie zachwycają świat, podczas gdy inne zniknęły. Eksperci: to dziedzictwo nie przetrwa samo

Przez cztery dni Wieliczka i Tarnowskie Góry były miejscem spotkań ekspertów, muzealników, naukowców i przedstawicieli ośrodków górniczych z ponad dwudziestu krajów świata. Tegoroczna konferencja odbywała się pod hasłem „Dziedzictwo górnicze w szybko zmieniającym się świecie”.

Nie żyje Piotr Pyzik, były wiceminister od górnictwa

W wieku 69 lat zmarł Piotr Pyzik, były poseł PiS i były wiceminister aktywów państwowych odpowiedzialny za górnictwo.