fot: Jerzy Chromik
Miłośnicy przygód mogli poznać pierwszą książkę Mieczysława Bieńka i jej autora 22 kwietnia na spotkaniu w katowickim Kinoteatrze „Rialto”
fot: Jerzy Chromik
Mieczysława Bieńka Czytelnicy „Trybuny Górniczej” znają od dawna. Ilekroć bowiem ten emerytowany górnik kopalni „Wieczorek” wracał ze swoich licznych podróży po świecie, następnego dnia wpadał do naszej redakcji z bagażem niesamowitych opowieści i przebogatą kolekcją zdjęć.
Po każdej z takich wypraw zabierał nas w podróż po dzikim świecie łowców głów, afgańskich talibów, czy też potomków wojowników Aleksandra Wielkiego. Bo Bieniek to facet, dzięki któremu zwykłe, szare życie przemienia się w ciąg niekończących się przygód.
Z książką za pazuchą
Kolejna wizyta Mietka sprzed kilku dni była inna od poprzednich, ponieważ tym razem wyjął z zanadrza pierwszy z trzech próbnych egzemplarzy swojej dopiero co wydrukowanej książki „Hajer jedzie do Dalajlamy”. Prezent opatrzył dedykacją: „Dla Trybuny Górniczej, która zawsze chętnie mnie gości”.
Każdy, kto kocha się w przygodach i jest ciekaw egzotycznego świata, mógł poznać tę pierwszą książkę Mietka Bieńka i jej autora 22 kwietnia, o godz. 18.00, na spotkaniu w katowickim Kinoteatrze „Rialto”.
Promocyjny wieczór z górnikiem-podróżnikiem zorganizowało warszawskie Wydawnictwo Annapurna, które wydrukowało jego książkę.
Podczas swoich wypraw Mietek stara się przede wszystkim dotrzeć do ludzi, poznać ich prawdziwy świat i myśli. Przy tym gardzi wygodą, omija kilkugwiazdkowe hotele i klimatyzowane autobusy, odrzuca ucukrowany powab i blichtr turystycznych folderów. W podróży hajera do Dalajlamy poznajemy kontynent azjatycki nie taki z przewodników, ale widziany oczyma kogoś, kto zatapia się w codziennym życiu tubylców i choć na moment staje się jednym z nich.
Szalony podróżnik
Na ten koloryt podróżnika zwraca też uwagę we wstępie do książki jej wydawca Roman Gołędowski. „Można ruszyć w świat – pisze – kupując po prostu bilet i bez żadnych zbędnych przygotowań stawać oko w oko z tym, co nam los przyniesie. Akurat ten wariant wybrał nasz bohater – Miecio Bieniek. Z pewnością bardziej szalony, ryzykowny, ale zarazem o ileż bardziej pasjonujący. Zwłaszcza, że Autor wcale nie zamierzał kroczyć utartą ścieżką, wyznaczoną poprzez kolejne wspaniałe zabytki i inne atrakcje turystyczne, a wybrał własny sposób zanurzania w ten nieznany dla siebie świat. Na tym szlaku czekały go coraz to bardziej niespodziewane przygody, wynikające właśnie z tego na wpół szalonego podejścia do wojaży”.
Jak na literacki debiut, Mietek zaskoczył też niebywale interesującym, żywiołowym sposobem narracji. Zrezygnował więc z dokładnych opisów przemierzanych krajów. Relacja z tytułowej podróży jest barwnym witrażem, poukładanym z krótkich, lekko i ze swadą opowiedzianych epizodów.
Witraż ułożony z przygód
Każdy kolejny, to świeża przygoda, która przydarzyła mu się w podróży. Bieniek sam przyznaje, że słuchacze jego niesamowitych historii często powątpiewają w ich autentyczność i otwarcie dopytują, czy aby nie koloryzuje. Ba, wśród tych niedowiarków była także jego żona, Iwona. Cóż, postanowił zabrać ją do indyjskiego Ladakhu. Przestała wątpić. Dlaczego? Przeczytajcie. Zwłaszcza zwieńczenie tytułowej podróży, odbytej – jak to u Mietka – na wariata, bez znajomości protokołu.
Oto krótki fragment z relacji, jak doszło do spotkania:
– Wasza Wysokość, przybyłem z Polski, przyjechałem się modlić... – plotę jak potrzaskany, z przejęcia nie za bardzo wiedząc, co powiedzieć.
Dorwała mnie ochrona. Ale Dalajlama tylko się uśmiechnął i mówi do mnie:
– Ale po co? Jesteś buddystą?
– Nie, katolikiem.
– To dlaczego do mnie przyjechałeś?
– Bo jesteś dobrym człowiekiem.
– To przyjdź jutro o dziewiątej.
Mietek przekonuje wreszcie niedowiarków – to jeszcze jeden fascynujący walor jego książki – wspaniałymi zdjęciami, wykonanymi podczas egzotycznych, na wpół zwariowanych eskapad. My wiemy, że ma ich niezliczoną ilość. Ale już obiecuje, że pierwsza książka nie będzie ostatnią.