fot: Jarosław Galusek
Grzegorz Wałowski pracując w biedaszybach zrobił dyplom inżyniera
fot: Jarosław Galusek
– Byłem kopaczem. Nie górnikiem, tylko kopaczem. Kopałem węgiel w wałbrzyskich biedaszybach. Każdego dnia schodziłem wraz z grupą kolegów do dziury i kopaliśmy węgiel. Nie robiliśmy tego dla zabawy. Po prostu, tak nam przyszło. U nas roboty nie ma, a żyć trzeba. Zapytano mnie kiedyś, czy w takiej dziurze jest niebezpiecznie. Ja odpowiem w ten sposób: jak się pracę z głową zorganizuje i przestrzega bezpieczeństwa, to nawet nie. Znacznie gorzej wygląda spotkanie z policją, oskarżenia i sądy. Kolejnymi wyrokami niszczy się aktywnych społecznie ludzi, którzy pozostali bez pracy, zamiast próbować im pomóc – wyjawia Wałowski.
Cztery wyroki
Sam ma na koncie cztery prawomocne wyroki – za zaangażowanie się w życie środowiska górników z biedaszybów – powiada bez wdawania się w szczegóły.
Właśnie mija dwadzieścia lat od chwili zlikwidowania Dolnośląskiego Zagłębia Węglowego. W krótkim czasie wiele tysięcy ludzi straciło pracę i środki do życia. Ich rodziny stanęły na granicy rozpaczliwej nędzy.
– Na obiecankach samorządowców, że nasza sytuacja znajdzie cudowne rozwiązanie, nie można było polegać. Poszliśmy więc do roboty, tak jak staliśmy. Ten, kto miał jakąkolwiek wiedzę górniczą, był kimś. Jeden zdobył mapy, drugi kopał dół, trzeci znał się na obudowie i szło się przed siebie. Potem role się zmieniały. Jeden był na kilofie, drugi na kołowrotku, trzeci nosił. Węgiel pakowany w worki zabierały ciężarówki. I to nie byle jaki węgiel. Dobry jakościowo i trzy razy tańszy, niż na legalnym składzie – wspomina Wałowski.
W obronie kopaczy
Ciągłe naloty straży miejskiej oraz policji, procesy sądowe, nękanie przez władzę nasunęły pomysł zawiązania w 2004 r. Stowarzyszenia „Biedaszyby”. Jego podstawowym celem była i jest nadal walka z bezrobociem, utworzenie na terenach pokopalnianych aktywnej strefy przedsiębiorczości oraz występowanie w obronie „dzikich” górników.
Były kopacz z podwałbrzyskiej Głuszycy zdaje sobie sprawę z faktu, że wydobywanie węgla jest koncesjonowane, a to, co robią ludzie z biedaszybów, jest łamaniem prawa.
– Zgoda, ale w biedaszybach rozgrywają się ludzkie dramaty. Stowarzyszenie działa z wyższych pobudek. Nasze postępowanie usprawiedliwiają względy etyczne i moralne. Pytam więc, jakie postępowanie będzie bardziej akceptowane społecznie: okradanie mieszkań, czy nielegalne wydobywanie węgla? – denerwuje się Grzegorz Wałowski.
Widać, że bardzo przejmuje go sytuacja w wałbrzyskim. Gdyby mógł ją odmienić, zrobiłby to zaraz. Ale nie jest cudotwórcą. Postanowił więc działać powoli i z rozwagą. Jako człowiek ambitny rozpoczął studia w Politechnice Opolskiej. Skończył je w ubiegłym roku, poświęcając swą pracę inżynierską problematyce podziemnego zgazowania węgla. Niedawno ukazała się książka jego autorstwa zatytułowana „Wałbrzych: od biedaszybów do...”.
No właśnie... Do czego? Grzegorz Wałowski nie ma wątpliwości, że do wznowienia eksploatacji złóż tradycyjnymi metodami górniczymi nie dojdzie ze względów ekonomicznych. Jest za to przekonany, iż nowoczesne technologie wydobycia surowca zostaną w końcu wykorzystane właśnie w wałbrzyskim. I kto wie? Może pierwsze instalacje powstaną na terenach, gdzie dziś kopią nielegalni?
Pozytywnie zakręcony
Niespełna trzydziestoletni inżynier z Głuszycy, potrafiący ze szczegółami opisywać technologię podziemnego zgazowania węgla, odwiedza kolejnych naukowców, rozmawia z nimi, bierze udział w konferencjach, namawia, zachęca, nawiązuje coraz to nowsze kontakty. A na dodatek chce się dalej kształcić.
– Przy wsparciu ze strony państwa, upatruję w dolnośląskim węglu ratunku na nieuchronnie nadchodzący kryzys energetyczny. Stworzenie nowoczesnego górnictwa otworowego jest w zasięgu ręki. Chciałbym dożyć tych czasów – wzdycha.
– To doprawdy pozytywnie zakręcony facet – mówią o Wałowskim, który stara się być wszędzie tam, gdzie dyskutuje się o przyszłości polskiego górnictwa. W kwietniu dość nieoczekiwanie pojawił się w Katowicach na Europejskim Kongresie Gospodarczym. Spotkał się m.in. z prof. Jerzym Buzkiem. Podarował mu jeden egzemplarz swego dzieła. Zrobił pamiątkowe zdjęcie. Jak twierdzi – udało mu się zainteresować pomysłem zgazowania kilku poważnych inwestorów.