fot: ARC
Grzegorza Kuberę fascynuje zdobywanie szczytów i wyprawy w daleki świat
fot: ARC
Inżynierski dyplom w specjalności maszyny oraz urządzenia górnicze i wiertnicze Kubera uzyskał przed 22 laty w Politechnice Śląskiej. – Pierwszy na roku, w piątek obroniłem pracę dyplomową, natomiast już w poniedziałek stawiłem się do pracy w kopalni „Dębieńsko” – wraca do ówczesnego przeskoku od studenckiego do prawdziwego już życia.
W cieniu wież szybowych
W przypadku Kubery o wyborze górniczej profesji przesądziło otoczenie. – Nikt z najbliższych mi osób nie był przedtem górnikiem. Ale w Czerwionce zewsząd otaczało nas górnictwo. Dorastałem w cieniu wież wyciągowych „Dębieńska”. Po likwidacji tej kopalni znalazłem się w „Szczygłowicach” – wspomina Grzegorz Kubera.
Poza zawodową biografią fascynacją Kubery od zawsze były góry. Zrazu Beskidy i Tatry, dokąd jeszcze w czasach studenckich wyjeżdżał ojcowskim „maluchem”. – Z kolegą z uczelni, Tomkiem Lubszczykiem upodobaliśmy sobie słowacką stronę Tatr. Dlaczego? Raz dlatego, że w tamtych czasach takie wyprawy wychodziły po prostu taniej. Ale po drugie, dlatego, że te nasze, i słowackie Tatry bardzo się różnią. Jest otóż prawidłowością, że wiatry nad tym masywem wieją od południa. Zazwyczaj zdarza się więc tak, że nad Zakopanem wiszą chmury, pada śnieg lub leje deszcz, natomiast nieopodal, 40 km dalej, jest przepiękna, słoneczna pogoda – tłumaczy tę wyższość Tatr po słowackiej stronie.
Spokój, piękno, ryzyko...
Co takiego osobliwego jest w górach? – Jest spokój, jest nieprawdopodobnie piękne otoczenie, jest las, są wschody słońca, wynurzającego się zza gór, jest wysiłek, jakim odmierza się zwycięstwa nad własnymi słabościami, jest niebezpieczeństwo, jest ryzyko... Wszystko to jest bardzo zbliżone do doświadczeń górniczych. Toż podziemne pochylnie w kopalni ciągną się nieraz parę kilometrów. Idziesz, z trudem łapiesz powietrze. Aby wyjść z rejonu trzeba się nieźle napocić. Podobnie jest w górach. Człowiek leniwy, gnuśny, nie nadaje się ani do kopalni, ani do gór – odpowiada Kubera.
Z tamtych, wczesnych wypraw pamięta pierwszy „alpinistyczny” sukces swojej starszej córki, która samodzielnie weszła na Rysy, mając niespełna 4 lata.
– W nagrodę zafundowałem jej przepyszne racuchy z jagodami – opowiada o kolorycie tego osiągnięcia.
Właśnie w Tatrach – gdzie pełno było już Anglików, Francuzów, Niemców i turystów innych nacji – uzmysłowił sobie, że żyje w otwartym świecie, nie reglamentowanym paszportowymi wędzidłami. I postanowił z tego otwarcia skorzystać.
Alpejska inicjacja
– Poszperałem w internecie i odnalazłem dwa kluby: Polski Klub Alpejski oraz Klub Annapurna. Ku mojemu zaskoczeniu – oba w Tychach – wspomina.
Z tyskimi alpejczykami wybrał się w prawdziwie wysokie góry. W 2007 roku zaliczły Grossglockner (3798 m) i Elbrus (5642 m). W rok później – Kazbek (5033 m), Ararat (5137 m), Kala Pattar (5550 m), Island Peak (6189 m) i Ama Dablam (6854 m). W ubiegłym roku – Jebel Toubkal (4167 m) i Matterhorn (4478 m).
– Wydawałoby się, że góra, to góra. Ale tak naprawdę – pominąwszy trudności w ich zdobywaniu – każda z nich to historia, to legenda, to spotkania z fascynującymi ludźmi. Ot, weźmy Kazbek. Legenda głosi, że do tej właśnie góry został przykuty mitologiczny Prometeusz, który, oszukując Zeusa, dał ludziom ogień. Kiedy się pod nią znalazłem, dostrzegłem, że tutejszy masyw rzeczywiście ma kształt mitycznego smoka. Góra Ararat ma być tym miejscem, gdzie miała osiąść Arka Noego – opowiada himalaista z Czerwionki.
Grzegorz Kubera zauważa przy tym, że, owszem, pociąga go zdobywanie kolejnych szczytów, niemniej każdy ze swoich sukcesów traktuje jako jedynie epizod swoich wypraw w świat.
Odmienni, lecz tacy sami
– Na górę wchodzisz w kilka-kilkanaście dni. Ale jest jej otoczenie, klimat, koloryt, ludzie. W Kaukazie godzinami mogłem przesiadywać nad górską rzeką, podziwiając jej siłę, wsłuchując się w szum kotłującej się wody. Gruzja. Niesłychanie przyjaźni ludzie. Gdyby mnie tam nie było, nigdy nie poznałbym jaskiń, gdzie – według tutejszych opowieści – chrześcijanie chronili się przed prześladowaniami. Albo Nepal. Siadałem na stopniach świątyni i przyglądałem się ludziom – ich strojom, zachowaniom... Ta rozmaitość kultur, religii, obyczajów jest fascynująca. Ale później przychodzi refleksja, że – mimo całej różnorodności – tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami. W tych obserwacjach tkwi sedno i piękno podróżowania – przekonuje Grzegorz Kubera.
Latem planuje wyprawę do północnych Indii. Nieprzypadkowo o tej porze roku. Żona, Katarzyna jest nauczycielką, toteż kalendarz tego wyjazdu został podporządkowany szkolnym wakacjom.
– Chcielibyśmy posmakować „jedwabnego szlaku”, a też spróbować dotrzeć do Dalajlamy – już cieszy się tą przyszłą przygodą.