Górnik na dachu Afryki
fot: Archiwum Artura Braszkiewicza
Po ubraniu Artura trudno się domyślić, że to Afryka. Wysokość robi jednak swoje. 5895 m n.p.m. musi być zimno!
fot: Archiwum Artura Braszkiewicza
Artur Braszkiewicz, nasz czołowy wspinacz z kopalni Halemba, oraz jego kompan Krzysztof Białas, kardiolog z rudzkiego szpitala, zdobyli najwyższy szczyt Afryki – Kilimandżaro (5895 m n.p.m.).
Nie ma wątpliwości, że była to jedna z najwspanialszych wypraw mojego życia – opowiada Artur Braszkiewicz, który pierwsze kroki po powrocie do Katowic skierował do Trybuny Górniczej, która patronowała tej wyprawie. Oddajmy mu zatem głos:
„Podejście na szczyt rozpoczęliśmy z Machame Gate, parku narodowego Kilimandżaro. Trasa prowadziła przez las deszczowy na wysokości ok. 2900 m.
Miłe przyjęcie
Szliśmy pewnie, nawet za szybko. Towarzyszący nam przewodnik i jego pomocnik krzyczeli w języku suahili »pole, pole« co znaczy »wolniej, wolniej«. To utwierdziło nas w przekonaniu, że jesteśmy dobrze przygotowani do wyprawy.
Po dotarciu do obozu czekała nas pierwsza miła niespodzianka – namioty i krzesła. Po dojściu wszystkich z naszej ekipy, czyli dziewięciu portersów, przewodnika, jego pomocnika i kucharza postawiono dodatkowy namiot przeznaczony na posiłki. Przed namiotami pojawiły się wieczorem miseczki i mydło. Pomyślałem sobie – pełny »wypas« i tak też było każdego dnia.
Rano o siódmej pobudka, toaleta, śniadanie, około południa, w połowie drogi między obozami, lunch, a po dojściu do kolejnego obozu kolacyjka – taki był rozkład dnia. Droga na Kilimandżaro była urozmaicona, od dużego krzaczastego wrzosowiska po skały. Na wysokości ok. 4600 m n.p.m. przeszło mi mocne przeziębienie, którego nabawiłem się jeszcze w Polsce.
Gdy zaszło słońce, ujrzałem gdzieś w dole odległe i oświetlone miasto Moshi, a za nami – potężny wierzchołek Uhuru Peak ze spływającymi lodowcami. Cały masyw Kilimandżaro składa się z trzech bardzo od siebie odległych wierzchołków: Shira, Uhuru Peak (najwyższy) i Mawenzi. 4 lutego pokonaliśmy najdalszy i najbardziej męczący odcinek wspinaczki. Trasa wiodła
to do góry, to znów na dół i tak cały dzień, aż w księżycowym krajobrazie dotarliśmy do ostatniego obozu, Barrafu Camp, na 4600 m n.p.m.
Byle naprzód
Atak na szczyt rozpoczął się nazajutrz, tuż po północy. Ruszyliśmy wolnym tempem, które zaczęło drażnić Krzysztofa. Chciał nawet zawracać, lecz wybiłem mu to z głowy, tłumacząc, że wcale aż tak wolno się nie poruszamy, skoro doganiamy tych, którzy wyszli dużo wcześniej przed nami. Najbardziej zdziwiłem się, gdy przewodnicy zaczęli sprowadzać w dół półprzytomnych uczestników innych wypraw. Zrozumiałem wówczas, że najtrudniejsze dopiero przed nami. Te 1 300 m podejścia pokonywaliśmy przez bite siedem godzin, by w końcu stanąć na tym najwyższym afrykańskim szczycie.
Co do samej Afryki i miejscowych, to odniosłem same pozytywne wrażenia. Na przedmieściach Nairobi spotkałem wielu bardzo biednych ludzi, którzy muszą znosić nie tylko trudne warunki życia, ale również okropne upały i brak wody pitnej. Mimo wszystko dobrze sobie radzą i są pozytywnie nastawieni do przybyszów odwiedzających ich kraj.
Teraz zarządzamy przerwę, chyba że spadnie nam cudownie z nieba 12 tys. zł. Na razie tak się jednak nie stało i najbliższą wyprawę zorganizujemy za rok.”