„Górnik do biurowca? Byłbym ostrożny”. Prof. Drobniak o przebranżowieniu załóg kopalń
O tym, jak mądrze zarządzić procesem transformacji regionu, wyciągając lekcje z lat 90. i czerpiąc z sukcesu takich miast jak Żory, ale też o realnych lękach górniczych załóg przed utratą dochodów oraz twardych danych z badań, które jasno pokazują potrzebę stworzenia konkretnej wizji Śląska „po węglu”, rozmawiamy z prof. Adamem Drobniakiem z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach.
fot: Katarzyna Zaremba-Majcher
Profesor Adam Drobniak
fot: Katarzyna Zaremba-Majcher
O tym, jak mądrze zarządzić procesem transformacji regionu, wyciągając lekcje z lat 90. i czerpiąc z sukcesu takich miast jak Żory, ale też o realnych lękach górniczych załóg przed utratą dochodów oraz twardych danych z badań, które jasno pokazują potrzebę stworzenia konkretnej wizji Śląska „po węglu”, rozmawiamy z prof. Adamem Drobniakiem z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach.
Panie profesorze, „transformacja” to pojęcie odmieniane dziś przez wszystkie przypadki przez polityków, samorządowców, związkowców górniczych czy przedsiębiorców. Gdybyśmy jednak zdjęli z niego tę całą PR-ową otoczkę i wysłali województwo śląskie na kompleksowe badania okresowe, to co by wykazały wyniki?
Rzeczywiście, mniej więcej do 2020 roku transformacja zdominowała debatę w wielu sferach w mediach, nauce i polityce. Wiązało się to przede wszystkim z dwoma czynnikami. Z jednej strony otrzymaliśmy znaczące środki z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, a z drugiej zostaliśmy silnie „dobodźcowani” przez Unię Europejską, aby skierować nasze plany rozwojowe na tory gospodarki niskoemisyjnej.
Dla naszego województwa kluczem w tym procesie jest przede wszystkim poszukiwanie nowych ścieżek rozwoju gospodarczego, czyli nowych przemysłów i obszarów działalności. Towarzyszy temu głęboka przemiana społeczna. Musimy zacząć myśleć w takich kategoriach, że węgiel oczywiście wciąż jest ważny, ale musimy równolegle planować, co zbudujemy w regionie „po węglu”.
W ramach projektu HORIZON DUST wykonaliśmy w 2025 roku badanie społeczne, tzw. Transformatorium, na próbie ponad 550 respondentów. 20% osób bardzo pozytywnie ocenia przyszłość naszego regionu, ale duża część społeczności, bo 36% jest mocno zaniepokojona wpływem transformacji energetycznej, czy wygaszaniem działalności górniczych na województwo śląskie.
Osoby z tej grupy podkreślają m.in., że nie posiadamy wyraźnej i dobrze komunikowanej społecznie wizji Śląska „po węglu” oraz że obecnie bez węgla nie jesteśmy w stanie zapewnić bezpieczeństwa energetycznego kraju. Stąd też wydłużenie procesu transformacji jest bardzo pożądane, ponieważ daje nam czas na stworzenie nowych działalności gospodarczych, które powinny wyróżniać nasz region.
A czego jeszcze w związku z transformacją najbardziej obawiają się mieszkańcy i pracownicy przemysłu ciężkiego? Tego, że zamiast dotychczasowych - dajmy na to - 8 tysięcy złotych będą zarabiać w nowym miejscu pracy dwa razy mniej? Czy boją się też utraty tożsamości regionu?
W ramach badań nad tzw. laboratoriami przyszłości realizowanymi we wspomnianym projekcie HORIZON DUST prowadziliśmy rozmowy z różnymi grupami: z górnikami, młodzieżą z rodzin górniczych oraz seniorami. Jasno pokazują one, że osoby czynne zawodowe najbardziej obawiają się tego, co powstanie w zamian za górnictwo. Pytają o konkretny pomysł na rozwój gospodarczy regionu, a w konsekwencji – o to, gdzie bezpieczne, uczciwe i godziwe miejsca pracy znajdą ich dzieci i kolejne pokolenia. To były obawy formułowane w pierwszym kroku.
Kolejne lęki dotyczyły właśnie tożsamości. Mieszkańcy podkreślają, że musimy pamiętać o naszych korzeniach, o tym, że wyrośliśmy z działalności przemysłowej, i nie możemy tego zatracić na nowych ścieżkach rozwoju. W tym dziedzictwie tkwi nasza siła. Nie możemy odcinać się grubą kreską od przeszłości i mówić, że to, co było, było złe czy niepotrzebne.
Wręcz przeciwnie – na tym fundamencie zbudowaliśmy bardzo silny region, pod względem PKB drugi w Polsce. Moim zdaniem powinniśmy to przemysłowe dziedzictwo wykorzystać jako atut i przekształcić je na przykład w kierunku nowoczesnego przemysłu oraz nowoczesnej energetyki.
Cofnijmy się na chwilę w czasie do końca lat 90., do ówczesnego etapu restrukturyzacji górnictwa. Jak pan ocenia tamten okres z dzisiejszej perspektywy? Czy wyciągnęliśmy wnioski z tamtych lekcji i czy błędy, które wtedy popełniono, już się nie powtórzą? Myślę głównie o kosztach społecznych zmian i fakcie, że część górników, którzy odeszli z kopalń, nie poradziła sobie na rynku pracy.
Nie nazywałbym tamtych działań jednoznacznie błędami. Pamiętam lata 90., sam wchodziłem wtedy na rynek pracy, a bezrobocie rzędu 20–30% było dla młodego człowieka przerażające. Trzeba jednak pamiętać, że rząd premiera Jerzego Buzka borykał się z ogromnymi problemami finansowymi. Nie było wtedy praktycznie żadnego wsparcia osłonowego ze strony europejskiej. Byliśmy też na zupełnie innym poziomie wiedzy o tym, jak skutecznie zarządzać tak trudnym procesem w regionie tradycyjnego ciężkiego przemysłu. A z drugiej strony redukcja mocy produkcyjnych była nieunikniona ze względu na wskaźniki efektywności finansowej.
Dziś jesteśmy w całkowicie innym punkcie. Na 1,5 miliona wszystkich miejsc pracy w województwie śląskim około 230 tysięcy jest powiązanych z przemysłem tradycyjnym. W samym górnictwie zatrudnionych jest około 70 tysięcy osób. Jeśli posłużymy się unijnym współczynnikiem wpływu i pomnożymy to przez 1,21, to w otoczeniu górnictwa mamy kolejne 90 tysięcy miejsc pracy. Gdy dodamy do tego hutnictwo, branże okołohutnicze oraz energetykę konwencjonalną wraz z jej zapleczem, dojdziemy do około 220–225 tysięcy miejsc pracy.
Statystycznie w skali całego rynku pracy regionu sytuacja nie jest więc tragiczna, ale musimy mieć świadomość, że przemysł tradycyjny wciąż stanowi rdzeń naszej gospodarki. Zapewnia wiele dobrze płatnych posad, organizuje życie społeczne, kształtuje wartości kulturowe, nawyki i zwyczaje. Dlatego musimy projektować działania o charakterze strategicznym, które z jednej strony tworzą nowe sektory, a z drugiej dywersyfikują obecną działalność przemysłów tradycyjnych. Powinniśmy dać szansę i przestrzeń tym firmom, które są zainteresowane wchodzeniem w nowe sektory, testowaniem nowoczesnych technologii czy ekspansją na rynki światowe – a część z nich takie kroki już z powodzeniem stawia.
W jakich branżach osoby odchodzące z górnictwa czy hutnictwa z powodzeniem mogą szukać zatrudnienia? Często powtarza się opinię, że pracownicy ci dysponują wysokimi kompetencjami, które łatwo przetransferować do innych sektorów.
Tutaj byłbym ostrożny. Z pewnością część zawodów związanych z górnictwem, hutnictwem czy energetyką znajdzie zastosowanie w innych branżach. Mamy duży popyt na pracowników w budownictwie, transporcie i logistyce. Ogromne zapotrzebowanie widać też w służbie zdrowia, sektorze IT, informatyce, komunikacji czy w branży nowoczesnych usług biznesowych (BPO) lokalizowanych w budujących się u nas biurowcach. W tych ostatnich przypadkach nie ma jednak prostego, automatycznego przełożenia kompetencji.
Dlatego doradzałbym dwutorowość. Z jednej strony powinniśmy rozwijać branże średnio zaawansowane, takie jak wspomniana logistyka i budownictwo czy produkcja przemysłowa, co już na Śląsku dynamicznie się dzieje. Z drugiej strony musimy stawiać na dywersyfikację istniejących przedsiębiorstw. Obok przyciągania zewnętrznych inwestorów i pobudzania przedsiębiorczości – co zresztą może lepiej zafunkcjonować w młodszym pokoleniu – dywersyfikacja to jedna z głównych ścieżek transformacji. Chodzi o to, by uratować potencjał firm okołogórniczych, okołohutniczych i okołoenergetycznych i płynnie wprowadzić je na nowe rynki i do innych – niż dotychczas - technologii.
Mieszkańcy Śląska mają w ogóle poczucie sprawczości w procesie transformacji? Czy raczej dominuje przeświadczenie, że to politycy w Warszawie albo w Brukseli dyktują nam, jak ma wyglądać nasza przyszłość?
Dotknął pan bardzo czułego punktu. Rzeczywiście, w ramach realizowanych przez nas projektów międzynarodowych, w tym prowadzonych warsztatów, które miały kończyć się rekomendacjami dla decydentów, uczestnicy często wyrażali obawę o tę sprawczość. Ludzie faktycznie boją się, czy to, co zostało wspólnie wypracowane przez mieszkańców i naukowców, w ogóle zostanie wysłuchane. Zawsze istnieje ryzyko, że głos tzw. normalnego obywatela nie przebije się na poziom politycznych decyzji.
Nieskromnie powiem, że nasz Wydział Transformacji Regionów na Uniwersytecie Ekonomicznym służy właśnie temu, by być pomostem. Prowadzimy projekty badawczo-wdrożeniowe, które pozwalają przekładać głos mieszkańców i różnych grup zawodowych na konkretne doradztwo strategiczne czy rekomendacje dla polityk na szczeblu decyzyjnym.
A jakie postulaty i głosy na tego typu warsztatach czy spotkaniach płyną od mieszkańców najczęściej?
Patrząc na wyniki projektu HORIZON DUST, wypracowaliśmy kilka kluczowych priorytetów. Pierwszym z nich było zachowanie dziedzictwa poprzemysłowego i kulturowego w celu budowania nowoczesnego wizerunku regionu. Co mnie pozytywnie zaskoczyło, młodzież bardzo wyraźnie podkreślała dumę z naszej architektury poprzemysłowej.
Drugą kwestią był silny nacisk na przekwalifikowanie zawodowe oraz wsparcie zdolności adaptacyjnych lokalnych społeczności związanych z górnictwem. Chodzi o pracę od podstaw w dzielnicach silnie uprzemysłowionych, które często nazywamy „miejscami pozostawionymi sobie” – jak Szopienice, Załęże, Bobrek czy Lipiny. Tam potrzeba ogromnego wysiłku społecznego, by dać młodemu pokoleniu realne szanse na odnalezienie się w nowej gospodarce.
Trzecim priorytetem okazało się mieszkalnictwo – poprawa warunków bytowych i dostępność mieszkań. Co ciekawe, ten obszar w ogóle nie jest objęty Funduszem Sprawiedliwej Transformacji. Tu właśnie ujawnia się luka między realnymi potrzebami ludzi a tym, co decydenci wpisują w oficjalne dokumenty programowe.
Czwarty punkt to transformacja energetyczna, która akurat w funduszach jest w miarę dobrze zabezpieczona.
Bardzo interesujący był natomiast priorytet piąty – metropolizacja. Uczestnicy naszych badań zauważyli, że Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia (GZM) może być kluczowym motorem transformacji, pod warunkiem, że inteligentnie przeprowadzimy proces integracji. Jestem daleki od natychmiastowego tworzenia jednego megamiasta.
Chodzi raczej o ściślejszą współpracę i pójście w kierunku zielonej metropolii postindustrialnej. Stworzenie wspólnych usług wysokiej jakości na poziomie metropolitalnym pozwoli nam awansować w globalnych sieciach miast, a to przyciągnie zupełnie nowych inwestorów i nowoczesne branże. O tym potencjale w kontekście sprawiedliwej transformacji również mówi się zbyt mało.
A jak sprawić, by w czasie tych zmian dystans rozwojowy między gminami-liderami, takimi jak Katowice czy Gliwice, a pozostałymi miastami regionu nie pogłębiał się?
Jedyną odpowiedzią jest partnerska współpraca. W naszym kolejnym projekcie, Silesia Nova, zastanawiamy się właśnie nad integracją metropolii. Widzimy ogromną presję ze strony mieszkańców, którzy oczekują, że miasta zaczną ze sobą ściśle współdziałać. Chodzi o to, by unikać silnej polaryzacji, w której dwa lub trzy ośrodki dynamicznie uciekają do przodu, a reszta zostaje w tyle. Rozwój niesiony przez metropolię musi być bardziej równomierny.
Receptą jest tu dojrzałość liderów samorządowych – zarówno w tych silniejszych, jak i w słabszych miastach. Ta dojrzałość powinna przejawiać się w realizowaniu wspólnych projektów inwestycyjnych. Mieszkańcy naturalnie oczekują lepszego transportu, ale wyzwań jest znacznie więcej: wspólne zagospodarowanie terenów poprzemysłowych, jednolita polityka przyciągania inwestorów, a także współpraca w zakresie infrastruktury społecznej, jak domy kultury, polityka mieszkaniowa czy racjonalne utrzymanie szkół podstawowych w obliczu zmian demografii.
Pamiętam, że jako przykład mniejszej miejscowości z regionu, której transformacja w pełni się udała, wskazywał Pan kiedyś Żory. Dlaczego akurat to miasto? Czy to drogowskaz dla innych ośrodków, które nie mają takich budżetów jak Katowice, a bardzo obawiają się zmian?
Żory to niezwykle inspirujący przypadek. Dokładnie miesiąc temu miałem przyjemność prowadzić debatę panelową z prezydentem Żor podczas III Katowickiego Forum Sprawiedliwej Transformacji i pytałem go o receptę na ten sukces. Statystyki dla Żor są znakomite: notują bezrobocie niższe niż średnia wojewódzka, wysoki przyrost miejsc pracy i – co jest ewenementem wśród miast średniej wielkości na Śląsku – realny przyrost liczby mieszkańców.
Prezydent zdradził, że kluczem było oparcie strategii na kilku filarach. Po pierwsze, postawiono na bardzo odważną i konsekwentną politykę budownictwa komunalnego. Po drugie, od lat prowadzono organiczną, pozytywistyczną pracę nad przyciąganiem małych i średnich inwestorów przy współpracy z Katowicką Specjalną Strefą Ekonomiczną. Po trzecie, bezbłędnie wykorzystano walory lokalizacyjne – położenie między „Wiślanką” a autostradą A1.
Połączenie dbałości o dostępność mieszkań z aktywną walką o inwestorów dało świetny efekt w perspektywie kilku kadencji. Dla nas Żory są świetnym punktem odniesienia, chociażby przy doradzaniu Bełchatowowi, który stoi przed podobnymi wyzwaniami i ma zbliżoną strukturę ludnościową. Pokazujemy im, że sukces jest możliwy, choć pamiętajmy, że w latach 90. Żory miały około 30% bezrobocia i były w krytycznym położeniu.
A czy poza Żorami widzi pan w regionie inne, równie optymistyczne przykłady?
Pod kątem liczby miejsc pracy i wskaźników zatrudnienia bardzo dobrze rozwijają się Mikołów oraz Bieruń. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że te miasta startowały z wyższego pułapu i nie były w tak dramatycznej sytuacji w latach 90. jak Żory.
W Bieruniu dużą rolę odgrywa dynamiczne podejście burmistrza. Prowadzimy dla nich projekty typu Urban Lab i widzimy, jak niesamowicie otworzyły się tam możliwości inwestycyjne dzięki budowie nowej drogi S1 oraz sprytnemu uwolnieniu terenów gospodarczych leżących w niedalekiej odległości od KWK „Piast”.
Gdybyśmy chcieli dziś porozmawiać o planach transformacji na przykład do roku 2040, to na jakie wskaźniki powinniśmy spojrzeć za 14 lat, by obiektywnie ocenić sukces tego procesu?
Niedawno przygotowywaliśmy taki zestaw wskaźników na potrzeby strategii transformacji Bełchatowa. Zależy nam na tym, aby te mierniki odzwierciedlały realną zdolność adaptacyjną oraz odporność (rezyliencję) miast.
Najważniejszym z nich jest skorygowana liczba mieszkańców. Sama statystyka GUS bywa nieprecyzyjna, bo nie wszyscy się meldują – dla przykładu szacujemy, że w Katowicach realnie mieszka i funkcjonuje o około 100 tysięcy ludzi więcej, niż wskazują oficjalne rejestry. Liczbę meldunkową trzeba więc zderzyć z liczbą użytkowników funkcjonalnych, czyli studentów czy osób codziennie dojeżdżających do pracy.
Drugim fundamentalnym miernikiem jest liczba pracujących. Pokazuje ona rzeczywisty potencjał gospodarczy, a transformacja w naszym wydaniu to przecież przede wszystkim transformacja gospodarcza. Jeśli miasto przechodzące głębokie zmiany utrzyma w 2040 roku zbliżony potencjał rynku pracy do tego, który mieliśmy w roku 2026, będziemy mogli mówić o ogromnym sukcesie.
Kolejna sprawa to dochody mieszkańców. Należy badać realny, a nie tylko nominalny poziom wynagrodzeń, czyli zdyskontować przyszłe płace do siły nabywczej z 2026 roku. Ważna jest też dynamika powstawania i kondycja lokalnych przedsiębiorstw.
Nie możemy zapominać o wskaźnikach środowiskowych, skoro celem zmian jest dekarbonizacja. Kluczowe będzie zbadanie, jak istotnie spadł poziom emisji zanieczyszczeń, zwłaszcza dwutlenku węgla czy tlenków azotu.
Na koniec dodałbym jeszcze jeden niezwykle istotny wskaźnik demograficzny: udział w strukturze społecznej grupy osób w wieku od 18 do 45–50 lat. Jeśli w 2040 roku liczebność tej najbardziej dynamicznej, produktywnej i aktywnej zawodowo grupy wzrośnie lub utrzyma się na stabilnym poziomie, będzie to ostateczny dowód na to, że transformacja miasta zakończyła się sukcesem.