28 stycznia 2006 roku to dzień, w którym doszło do największej katastrofy budowlanej w kraju . Przy ulicy Bytkowskiej 1b w Chorzowie zawaliła się hala Międzynarodowych Targów Katowickich. Stało się to podczas Międzynarodowych Targów Gołębi. Zginęło 65 osób, a ponad 140 zostało rannych. Dzisiaj mija 20 rocznica tych wydarzeń. Pod pomnikiem odbyły się uroczystości.
Przewodniczył im wojewoda śląski Marek Wójcik. Przyszedł także jego poprzednik z 2006 roku Tomasz Pietrzykowski, który nadzorował akcję oraz gen. Janusz Skulich, który akcją ratowniczą dowodził.
- W akcji brali udział nie tylko strażacy. Byli ratownicy medyczni, fenomenalni ratownicy górniczy, GOPR-owcy, żołnierze, żandarmeria wojskowa, wolontariusze. Ta akcja to przykład jak może funkcjonować zintegrowany system ratowniczy, w którym różne podmioty działają w sposób autonomiczny, ale wzajemnie sobie pomagają - wspominał akcję gen. Skulich.
Przed laty opowiadał, że z duszą na ramieniu czekał na wyniki sekcji ciał ofiar. To był dla niego najtrudniejszy moment. Gdyby którakolwiek z osób zmarła z wychłodzenia uważałby, że sobie nie poradził, że nie dał rady dotrzeć na czas. Wśród przyczyn zgonu wychłodzenia ciała nie było. Po Skulich katastrofie zdecydował się zostać w służbie, mimo, że rząd PiS żądał przed tym wydarzeniem jego dymisji. Zamiast tego, po zmianie władzy, w niedługim czasie został komendantem głównym Państwowej Straży Pożarnej.
- To był środek karnawałowego weekendu. Zorganizowanie tak skomplikowanej akcji w ciągu krótkiego czasu to był cud organizacyjny. Nie musiałem się w nic na miejscu angażować, bo ta akcja była perfekcyjnie zarządzana - wspominał b. wojewoda Tomasz Pietrzykowski.
Wśród biorących udział w dzisiejszych uroczystościach był też Zdzisław Karoń, działacz związku gołębiarzy i dziennikarz z Częstochowy, jeden z poszkodowanych w katastrofie.
- Tego nie da się zapomnieć, ale nauczyliśmy się z tym żyć i funkcjonować, bo na początku to było bardzo trudne - mówł dzisiaj Karoń.
Jest jednym z tych, którzy ocaleli z katastrofy sprzed dwóch lat. Pod zwałami lodu i stali spędził prawie dwie godziny. Pomoc przyszła, gdy już stracił nadzieję na ratunek.
- Nigdy tego nie zapomnę. Jednak staram się iść do przodu, normalnie żyć. Na co dzień to się udaje. Ale gdy są takie chwile jak rocznica tragedii, zdarza się, że słowa z siebie nie mogę wydusić. Emocje biorą górę - opowiadał wtedy dziennikarce DZ.
Znalazł się na granicy życia i śmierci. Myślał, że umiera. Czuł jak słabnie. Jedyne co mógł robić, to modlić się.
- Do kościoła wszedłem dopiero po kilku miesiącach. Po roku nadal miałem barierę przed spowiedzią. Modlitwa ciągle kojarzyła mi się z katastrofą. Z tymi dwoma godzinami konania - wspominał hodowca.
Dzisiaj pod pomnik wraz z nim przyszły tłumy. Hodowcy gołębi, także osoby poszkodowane w katastrofie, rodziny ofiar, przedstawiciele służb ratunkowych i władz województwa. Uczcili pamięć zmarłych.
Jeżeli chcesz codziennie otrzymywać informacje o aktualnych publikacjach ukazujących się na portalu netTG.pl Gospodarka i Ludzie, zapisz się do newslettera.