– Sama się dziwię, że mi się to przytrafiło w wieku 50+! Przepracowałam 36 lat w kopalni, w księgowości nad tabelkami liczb. Dwa lata temu przypadkowo znalazłam ogłoszenie, że w Gliwicach-Sośnicy ruszają warsztaty teatralne dla wszystkich chętnych. Poszłam. I teraz już wiem, że aktorstwo to jest to, co naprawdę chciałabym robić w życiu. Marzę o prawdziwej scenie. Kiedy zaczynam grać, wszystko wokoło przestaje mieć znaczenie! - mówi Jolanta Kiszka, pracownica Zespołu Pozostałych Rozliczeń z Dostawcami w Biurze Rachunkowości Polskiej Grupy Górniczej.
Kobieta uśmiecha się, że jej najbliżsi na szczęście życzliwie przyjmują nową pasję mamy i żony. Chodzą na przedstawienia Grupy Aktorskiej Chaos, której próby i występy przeważnie odbywają się w miejskim Saloniku Kulturalnym w Sośnicy przy ul. Skarbnika. Mamie kibicuje córka Karolina – trenerka piłki siatkowej po katowickiej AWF. Syn Paweł (19 lat) niedawno oznajmił, że po maturze w technikum chce złożyć papiery na wydział wokalno-aktorski i ćwiczy w domu śpiew solowy, nagrywa też na Youtube.
– Ten talent syn ma po mężu, który pięknie śpiewał już w dzieciństwie, gdy był ministrantem! Ale mąż jako jedyny w rodzinie odnosi się z odrobiną politowania do tego mojego aktorstwa. Ja go nawet rozumiem. To były górnik dołowy i stuprocentowy Chłop Górnośląski, no więc występy przed publicznością to dla niego mało poważne zajęcie. Takie świrowanie – żartuje pani Jola.
Od nudnych słupków do blasku jupiterów
Sama stara się do wszystkiego trzymać "uśmiechnięty dystans". Mówi, że bez niego pewnie nie wytrzymałaby nerwowo nad słupkami cyfr, które podlicza skrupulatnie już cztery dekady w pracy. A traktuje pracę na serio i odpowiedzialnie. Dopiero na próbach w kółku teatralnym przez parę godzin może spotkać się z przyjaciółmi i porozmawiać o ważnych życiowych sprawach. Grupę Aktorską Chaos, w której animatorką jest 23-letnia Karina Pieniążkowska, tworzą młodzi zdolni ludzie, studenci Politechniki Gliwickiej, wielu z górniczych rodzin, którzy podobnie jak pani Jola wyrośli w sąsiedztwie kopalń. Jest dużo starsza, ale w teatrze to żadna przeszkoda, bo praca nad przedstawieniem łączy pokolenia: do ról potrzebni są ludzie w najróżniejszym wieku. Zadań aktorskich, dykcji, interpretacji uczą się pod okiem profesjonalnych artystów z katowickiego Teatru Trajektoria.
Niedawno z okazji Barbórki przygotowali spektakl według własnego scenariusza, którego premiera odbyła się w bojkowskim domu kultury (Scena Bojków Centrum Kultury Victoria w Gliwicach). Dramat pt. "Pokoleniowe szepty" to opowieść o rodzinie goroli, którzy z zapleśniałej kawalerki przeprowadzają się do familoka, gdzie mieszka śląska rodzina Płaczków. Oba klany spotykają się przy różnych codziennych i świątecznych okazjach. Komentują rzeczywistość i obce obyczaje. Szymon i Karina - wnuki z dwóch rodzin podczas wróżb andrzejkowych - zamknięci zostają w szafie, a intryga babci Płaczkowej doprowadza do finałowej sceny wesela, na którym Farorz wznosi toast: "No to zdrowie za te dwa światy – żeby się dogadały i po śląsku i po gorolsku!".
Pani Jolanta często obsadzana jest w rolach wymagających vis comica. Wkłada w nie całą powagę i poszukuje życiowej głębi. Skrycie marzy o pełnowymiarowej kreacji dramatycznej. Na przykład takiej, jak w monodramie "Mianujom mie Hanka" Teatru Korez. Niedawno przypadkiem zobaczyła spektakl w telewizji. Gra aktorska Grażyny Bułki wstrząsnęła nią. Podobnie jak kiedyś kreacja "grającej twarzą" Aleksandry Śląskiej w serialu TVP "Królowa Bona".
„Ratunku, aktorka się dusi!” – rola, która zmyliła widzów
– Czasem bywa tak, że najlepsze role życia na scenie dyktuje przypadek, niewyobrażalny zbieg okoliczności - zauważa aktorka. Wspomina, jak podczas farsy drwiącej z elity tiktokowych influencerów w czasach pandemii Covid, włos z tworzywa sztucznego w połyskliwej seledynowej peruce, którą miała na głowie, oderwał się, wpadł z wdechem do gardła i przylepił się głęboko do podniebienia…
– Zaczęłam charczeć i odkaszliwać, lecz nie przerwałam wypowiadać swych kwestii. Strasznie mi drażnił gardło ten plastikowy włos, zrobiłam się cała czerwona na twarzy, a oczy wychodziły z orbit. Nagle część widowni zaczęła krzyczeć: "Ratunku, aktorka się dusi! Pomocy! Przerwać sztukę!". Ale wtedy inni widzowie zawołali uspokajająco: "Nie, nie! To tak ma być! Aktorka to dobrze gra!". Kiedy skończyłam i zeszłam ze sceny, pobiegłam czym prędzej do toalety. A za plecami słyszałam głos zachwyconego widza, który gratulował mi najwybitniejszej roli, jaką widział w teatrze… - opowiada Jolanta Kiszka.
Pamięta, że z tą tajemniczą właściwością teatru, gdzie rzeczy wysokie przenikają się z niskimi, a komizm z tragedią, zetknęła się kilkadziesiąt lat wcześniej. W gliwickim Zespole Szkół Ekonomicznych, renomowanej wtedy szkole, ambitna polonistka prowadziła kółko teatralne a młodzież odgrywała sceny z szekspirowskiego Króla Leara, Romea i Julii i Hamleta. Młodziutka Jolanta grała m.in. Ofelię, tyle że w kabaretowej adaptacji, w parodii Jeremiego Przybory pt. "Hamlet Chuligański" czy "Gburlet".
Przybora - legendarny dziś satyryk, mistrz absurdu, w przeróbkach Szekspira zderzał patos oryginału z polskim kolorytem lat 50-60. XX w. Używał potocznego, nawet wulgarnego słownictwa, uwydatniał ironię, humor i sarkazm znanych scen. Teksty, których licealiści nie mogli jeszcze w pełni docenić, wpisywały się doskonale w koncepcję theatrum mundi. Wyraża ją znana maksyma zaczerpnięta z jednej z komedii Szekspira: "Życie jest teatrem, a aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają". Motyw ten, znany od starożytności, przypomina, że wcale nie tworzymy własnego losu, lecz odgrywamy zadane życiowe role.
Monolog spod kopalni: O strachu, który był silniejszy niż talent
Gdy pani Jolanta wraca pamięcią do lat liceum i pierwszego zetknięcia z teatrem, jej opowieść zaczyna zamieniać się w dramatyczny monolog. Posłuchajmy więc "Monologu spod kopalni":
– Polonistka w Gliwicach przekonywała, że mam spore teatralne zacięcie. A czegóż wtedy myślmy nie odgrywali?! Kostiumy wypożyczaliśmy w Operatce Gliwickiej, której już nie ma. Jeździliśmy wspólnie do teatrów w Warszawie, Krakowie, Zabrzu, Katowicach, do opery w Bytomiu. Nawet myślałam krótko o szkole aktorskiej, ale wyparowało mi to z głowy, bo w domu się nie przelewało. Nastał 1989 rok, Okrągły Stół, kapitalizm, wielkie zmiany. Chyba bałam się, co ja zrobię w wielkim świecie. Dziewczyna z małej górniczej wioski, jaką były Szczygłowice.
Gdy zbudowano kopalnię, tato przyjechał zwerbowany na Podlasiu, z wielkiej biedy, parę kilometrów od białoruskiej granicy. Na Śląsk ludzie jeździli wtedy za pracą, tak jak później Polacy za granicę za chlebem. Za tatą na Śląsk przyjechała mama. Przestraszona, bała się mówić głośno na ulicy i w sklepie. "Bo będą nas wyśmiewać, bo my śljedzikarze białostockie i słychać, że zaciągamy". Długo nie rozumiała, co ludzie mówią, ale potem pięknie nauczyła się gwary.
Rodzicom urodziły się bliźniaczki (siostra i ja), więc kopalnia przydzieliła dwa pokoje w nowym bloku przy Alei Piastów. Wcześniej mieszkali dużo skromniej w szczygłowickim "folwarku" - zabudowaniach starego gospodarstwa rolnego niedaleko nowej kopalni. Tatko pracował pod ziemią i nie pozwalał mamie iść do pracy, zresztą nie było na miejscu dziadków do opieki nad dziećmi.
W kopalni któryś z dyrektorów wypatrzył w papierach, że tato skończył na Podlasiu szkołę ogrodniczą. "Więc będzie pan ogrodnikiem zakładowym". Wszystkie róże w Szczygłowicach sadził właśnie mój tato. Myślę, że całe życie czuł się trochę poszkodowany finansowo tą zmianą obowiązków. Ale nigdy by się nie poskarżył nikomu głośno. Co innego niż ja, umiem walczyć o swoje, mówią złośliwie, że wyciągnęłabym umarłego z trumny, żeby się z nim rozliczyć. W końcu jestem księgową!
Z mężem poznaliśmy się w Hutniku, czyli zburzonej już dyskotece przy Koksoremie, na granicy Knurowa. To symboliczne miejsce. Adam pochodzi z Gierałtowic, jest stuprocentowym Ślązakiem. A jego rodzice mieszkali w Żernicy pod Gliwicami, przed wojną w Niemczech. Dziadek był kowalem. Zimą 1945 r. sowieci wywieźli go do pracy w ZSRR. Nie wrócił. Przysłano tylko akt zgonu. To rodzinna pamiątka. Po całym życiu człowieka zostało ćwierć kartki A4. W taki sposób dowiedziałam się o Tragedii Górnośląskiej...
Na pierwsze randki mąż przychodził odstrzelony w ubraniu jak spod igły. "Czy Pan jest może biznesmenem? Nie, jo robia na grubie". Tato denerwował się przed pierwszą wizytą rodziców męża, bo co pomyślą, my obcy, werbusy. Puk, puk, otwierają się drzwi: "Janek to Ty? Ewald! Niemożliwe!" Okazało się, że ojciec męża woził do Szczygłowic owoce na Akcję Witamina. A odbierał je mój tato - kopalniany ogrodnik. Znali się jak łyse konie! Świat jest mały.
Mąż odszedł z kopalni w 1999 roku. Szczerze, to sama go namawiałam niestety. Ponad sto tysięcy ludzi odeszło wtedy, w telewizji ciągle o tym mówiono, były piękne wizje i plany. Jednorazowa odprawa, podatek, a potem żadnej pomocy, żadnego wsparcia. Całe szczęście, że mąż znalazł stałą pracę jako robotnik. Jego koledzy kończyli niekiedy tragicznie. Rozpadały się rodziny. Dramat. Myślę, że mąż do dzisiaj żałuje tego odejścia z kopalni. Na Barbórkę zawsze pierwszy składa mi życzenia. A ja składam jemu: "Bo to Ty jesteś prawdziwym górnikiem, certyfikowanym!".
W Gliwicach tworzono Centrum Usług Księgowych dla Kompanii Węglowej i po prostu zostałam tam przeniesiona. Siostra została w Szczygłowicach. Teraz śmiejemy się, że jesteśmy konkurencją, bo siostra JSW, a ja PGG. Bliźniaczki, lecz żartujemy, że to makaron dwujajeczny.
Odkąd zaczęło się moje aktorstwo, często myślę, że chciałam to robić całe życie. To miałoby dla mnie sens. Niekiedy odgrażam się mężowi i dzieciom, że na emeryturze pójdę i zatrudnię się w jakimś zawodowym teatrze. Ciągle pamiętam, jak polonistka w liceum zachęcała do teatru i żebym poszła tym śladem dalej, do szkoły aktorskiej. Stało się, jak się stało. Jestem szczęśliwa. Ale jeśli czasem żałuję, to tylko jednego. Że wtedy stchórzyłam. Bo trzeba było chociaż spróbować! Bo człowiek nie powinien łatwo rezygnować z marzeń. Trzeba chociaż spróbować robić to, co się naprawdę kocha.
Jeżeli chcesz codziennie otrzymywać informacje o aktualnych publikacjach ukazujących się na portalu netTG.pl Gospodarka i Ludzie, zapisz się do newslettera.