O luce pokoleniowej i problemie ze znalezieniem specjalistów portal netTG.pl rozmawiał z przewodniczącym Związku Zawodowego Kadra Dariuszem Trzcionką.
- Coraz bardziej realne staje się zagrożenie, że w górnictwie będzie brakować wykwalifikowanych pracowników, w tym osób dozoru. Jak strona społeczna ocenia tę sytuację?
- Od 15 lat ostrzegaliśmy każdą ekipę rządzącą i ludzi oddelegowanych do zajmowania się górnictwem w imieniu rządu, że postępująca restrukturyzacja prowadzi do luki pokoleniowej, czyli do braku kompetentnych ludzi i braku kształcenia nowych fachowców, którzy mogliby zastąpić tych odchodzących na emerytury. Nie słuchano nas i nikt nie brał na poważnie tych apeli, a problem ten z roku na rok narastał. Stoimy na stanowisku, że najważniejszą sprawą jest bezpieczeństwo pracy w górnictwie. Bez ludzi z odpowiednim wykształceniem i doświadczeniem nie możemy mówić o bezpiecznej pracy. W tej kwestii nie ma mowy o oszczędzaniu. Ponadto uważamy, że ze względu na bezpieczeństwo pracy w górnictwie jesteśmy przeciwni obniżaniu kryteriów dla osób, które mają pełnić ważne funkcje w zakładach górniczych. Ci ludzie mają odpowiadać za majątek wart dziesiątki, jak nie setki milionów złotych, ale co najważniejsze, odpowiadają za zdrowie i życie ludzi. Tylko wykształcona i doświadczona kadra jest w stanie temu podołać. Mamy przykłady złych rzeczy, do których doszło w naszym prawodawstwie, gdy umożliwiono przedsiębiorcom – na szczęście nie w górnictwie węglowym – nadawanie uprawnień w zasadzie każdemu pracownikowi. To doprowadziło do patologii w tych zakładach. Na szczęście przyszło otrzeźwienie i nastąpił powrót do sprawdzonych rozwiązań.
- Pojawiają się propozycje, by szerzej umożliwić osobom z wyższym wykształceniem zdobywanie uprawnień. W ten sposób można by zasilać szeregi kopalnianego dozoru. Jak pan ocenia takie pomysły?
- To są rozwiązania, które już funkcjonują. Wiadomo, że nie wszyscy kształcą się na wydziałach górniczych. Jednak decydując się na pracę w kopalni, muszą uzupełnić swoją wiedzę. Poza tym uważamy, że podnoszenie kwalifikacji pracowników powinno być procesem permanentnym. Po to są różnego rodzaju studia, szkolenia czy programy. Pracodawca musi inwestować w pracowników, by ci zdobywali wiedzę i doświadczenie, a tym samym zdobywali nowe stanowiska i przesuwali się na kolejne szczeble kariery zawodowej. Nie mówimy tu tylko o osobach dozoru, ale także o wysoko wyspecjalizowanych pracownikach, którzy są niezbędni do prowadzenia ruchu zakładu górniczego. Możemy tu wymienić choćby maszynistów wyciągowych, sygnalistów, elektryków czy mechaników. Obecnie koniecznością jest kształcenie zupełnie nowego rodzaju kadr. Muszą być one wyposażone nie tylko w kompetencje twarde, ale także te miękkie, czyli powiązane z komunikacją, psychologią czy umiejętnościami radzenia sobie ze stresem. To muszą być kadry, które będą w stanie nawiązać relacje z pokoleniem Z, które ma swój specyficzny stosunek do pracy. Studia podyplomowe i szkolenia już zawierają te elementy. Sami jako ZZ Kadra, szkoląc swoich członków, zwracamy właśnie uwagę na te nowe zjawiska. Obecnie kadry i ludzie aspirujący na te stanowiska muszą posiąść wiedzę z zakresu psychologii, socjologii, zarządzania czy prawa pracy. To się dzieje we wszystkich branżach i górnictwo w żadnym wypadku tu nie odstaje. Wręcz odwrotnie, wymagania w tej kwestii są coraz wyższe. Nie każdy sztygar może zostać nadsztygarem, bo po prostu może nie mieć do tego predyspozycji. To także trzeba brać pod uwagę. Poza tym niezbędne jest zderzenie teorii z praktyką, czyli umiejętność wykorzystania zdobytej wiedzy w codziennej pracy.
- Czy teraz słyszymy ostatni dzwonek, aby zatroszczyć się o dopływ świeżej kadry do górnictwa?
- Ten dzwonek już dawno zabrzmiał. Szkoda, że zarządzający branżą nie do końca to rozumieją. Wiadomo, że kadencje władz są określone latami, a my musimy jednak patrzeć na branżę w szerszej perspektywie czasowej. W górnictwie nie planuje się z roku na rok. Ono opiera się o procesy rozłożone na wiele, wiele lat. Mam nadzieję, że w końcu ktoś się opamięta i nie będą w ekspresowym tempie zwalniani ludzie, którzy dopiero co nabyli uprawnienia emerytalne. Ci ludzie mają ogromną wiedzę i doświadczenie, którymi mogą się podzielić z nowymi pokoleniami. Oczywiście te generacje mają różne podejście do sprawy. Dla tych starszych kopalnia-żywicielka była obok rodziny jednym z najważniejszych elementów życia. Ci młodsi podchodzą do tego już mniej emocjonalnie. Po prostu kopalnia to zakład ich pracy.
- Temat luki pokoleniowej wraca jak bumerang. Jest koniunktura, to wówczas mamy pospolite ruszenie, bo potrzeba górników. Kończy się hossa, to wówczas pytania, gdzie ci ludzie kształceni w górniczym fachu znajdą pracę. Czy nie brakuje tu trochę systemowego podejścia?
- Obserwujemy tę sytuację i od wspomnianych już 15 lat przypominamy, apelujemy i walczymy o zmianę tego podejścia. Patrzymy tu w dłuższej perspektywie na bezpieczeństwo – po pierwsze ludzi, po drugie zakładu i po trzecie kraju w wymiarze energetycznym. Natomiast rządzący podchodzą do tego właśnie doraźnie, na czas kadencji. Żadne górnictwo, nie tylko polskie, nie może tak funkcjonować. Tu potrzebny jest plan, który będzie konsekwentnie realizowany. Otwieranie i za chwilę zamykanie szkół górniczych jest błędem. W zasadzie widzimy to na rynku pracy, że po prostu brakuje nam fachowców, którzy teoretycznie wykonują proste czynności, które, jak się okazuje, takie proste nie są. Można tu wymienić choćby ślusarzy czy elektryków. Poza tym trzeba zwrócić uwagę na to uczucie niepewności. Chłopak ma stypendium, ma mieć gwarancję zatrudnienia w kopalni, a potem może się okazać, że to nie wypaliło. Tak nie może być. Takie sytuacje już dziś odbijają się czkawką, gdy brakuje węgla i potrzeba rąk do pracy, by go wydobyć.
Jeśli chcesz mieć dostęp do artykułów z Trybuny Górniczej, w dniu ukazania się tygodnika, zamów elektroniczną prenumeratę PREMIUM. Szczegóły: nettg.pl/premium. Jeżeli chcesz codziennie otrzymywać informacje o aktualnych publikacjach ukazujących się na portalu netTG.pl Gospodarka i Ludzie, zapisz się do newslettera.