Kiedy z deklaracji Chińczycy przechodzą do działania i zaczynają faktycznie ograniczać zużycie węgla w swojej wewnętrznej produkcji energii, nieoczekiwanie zainteresowanie tym surowcem przychodzi z regionu, który nigdy nie był z nim utożsamiany.
Bliski Wschód, który wszystkim kojarzy się raczej z ropą i możliwościami rozwoju fotowoltaiki ,robi zdecydowany krok w kierunku węgla, i to na całej swojej rozciągłości geograficznej, gdzie poza Iranem i Turcją nie występują pokłady tego paliwa. Kubeł zimnej wody dla wszystkich, którzy chińskie decyzje próbują tłumaczyć zieloną ideologią i zaangażowaniem w globalną politykę klimatyczną: w budowie nowych elektrowni węglowych na Bliskim Wschodzie oczywiście pomoże... Pekin.
W połowie sierpnia chińska agencja prasowa Xinhua podała, że Narodowa Komisja Rozwoju i Reform wstrzymuje do 2020 r. budowę nowych mocy opartych na węglu (łącznie 150 GW), które w związku z rozwojem czystego miksu zostały uznane za „zbędną nadwyżkę”. Do czasu ogłoszenia nowego planu pięcioletniego w mocy ma pozostać 1100 GW zmodernizowanych mocy węglowych, później rząd rozważy ewentualne odblokowanie poszczególnych projektów. Póki co, zarówno wydobycie, jak i import węgla rosną (w pierwszym półroczu 2017 r. kolejno o 4,3 proc. i 16,6 proc. rdr), ale rząd w Pekinie konsekwentnie dąży również do ograniczenia przemysłu ciężkiego - hutnictwa i górnictwa.
Podczas gdy potęga Dalekiego Wschodu ogranicza udział węgla w swoim miksie energetycznym, państwa tego Bliskiego zachowują się dokładnie odwrotnie. W przeciwieństwie do Chin, które są największym producentem węgla, na Bliskim Wschodzie nie ma go w zasadzie wcale, dlatego właśnie dziwić niektórych może duża liczba nowych projektów węglowych w tym regionie. Strategia energetyczna Zjednoczonych Emiratów Arabskich w perspektywie 2050 r. zakłada 12 proc. udział węgla w krajowym miksie energetycznym, tj. łącznie ponad 11 GW mocy.
Jedną z takich instalacji ma być elektrownia Hassyan Clean Coal w Dubaju, której cztery bloki o łącznej mocy 2400 MW mają kolejno zostać oddane do użytku w latach 2020-2023. Zastosowana technologia GE umożliwia wykorzystanie zarówno węgla, jak i gazu ziemnego jako paliwa zapasowego (w sąsiedztwie znajduje się już inna elektrownia właśnie na gaz). Warta 3,4 mld dolarów inwestycja to dziecko joint-venture dubajskiej DEWA oraz saudyjskiej ACWA Power i chińskiej Harbin Electric (ze wsparciem funduszu Silk Road, założonego przez rząd w Pekinie).
Z chińskiego finansowania korzystać będzie również Egipt, którego władze planują postawienie kilku dużych elektrowni węglowych na terenie całego kraju. Dla Węglokoksu i naszego górnictwa jest to o tyle interesujące, że najludniejsze państwo w Afryce nie posiadając dostępu do własnych złóż węgla, już dzisiaj importuje go właśnie m.in. z Polski. Innym potencjalnym odbiorcą może być Jordania, która w czerwcu podpisała umowę na budowę małej elektrowni opalanej węglem. Do 2025 r. węgiel ma stanowić 5 proc. miksu energetycznego królestwa, małą niedogodnością może być tylko brak bezpośredniego dostępu do morza.
Tego problemu nie ma za to Oman, który planuje budowę nowej elektrowni w pobliżu portu w Duqm, gdzie będzie mógł importować węgiel z Pacyfiku. Listę krajów Bliskiego Wschodu rozwijających energetykę węglową zamykają Iran i Turcja, chociaż one akurat stanowią wyjątki, jeśli chodzi o dostępność własnych złóż. Tureckie jednostki opalane węglem już dzisiaj generują 16 GW mocy, a w planie jest budowa kolejnych. W Iranie węgiel jest wydobywany we wschodnim regionie Tabas i właśnie tam planowane są nowe inwestycje, podobnie jak w przypadku Dubaju i Egiptu – z wykorzystaniem finansowania Państwa Środka.
Podczas gdy rzekomo cały świat wycofuje się z energetyki węglowej, Bliski Wschód robi zwrot w tym kierunku głównie po to, żeby uniknąć szoku cenowo-podażowego. Dywersyfikacja źródeł ma także na celu głównie uniknięcie sytuacji, w której kraje takie jak Dubaj, Egipt czy Turcja znajdują się na swoistej „gazowej smyczy”. Zwłaszcza Turcja obawia się tego ze strony swoich największych rywali w regionie – Rosji i Iranu. Dodatkowo, przy wsparciu Chin na etapie konstrukcji całej infrastruktury również rachunek ekonomiczny przemawia za węglem, który (dla już funkcjonujących jednostek) jest zwyczajnie tańszy w eksploatacji niż gaz.
Co więcej, pomimo dobrych warunków klimatycznych i początkowych sukcesów na polu energetyki solarnej, dla niektórych krajów rozwój tej branży jest mało prawdopodobny z powodu przerośniętego aparatu biurokratycznego i niestabilnych rządów, odstraszających potencjalnych prywatnych inwestorów (którzy i tak nie są witani z otwartymi rękami w takich krajach jak Oman, Egipt czy Iran). Wygląda na to, że analogicznie do tego jak w ostatnich dekadach zużycie węgla malało w Europie i rosło w Azji, tak teraz ten proces będziemy obserwować na odcinku Chiny-Bliski Wschód, a to oznacza że globalny handel węglem nie ucierpi, a po prostu przeniesie się na inne rynki.
Ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego i portalu polishcoaldaily.com.
Jeśli chcesz mieć dostęp do artykułów z Trybuny Górniczej, w dniu ukazania się tygodnika, zamów elektroniczną prenumeratę PREMIUM. Szczegóły: nettg.pl/premium. Jeżeli chcesz codziennie otrzymywać informacje o aktualnych publikacjach ukazujących się na portalu netTG.pl Gospodarka i Ludzie, zapisz się do newslettera.