Górnictwo: samo się nie wypierze
fot: Andrzej Bęben
Po szychcie zdaje się ubranie do prania, przed szychtą odbiera się już czyste...
fot: Andrzej Bęben
Są kubki jednorazowe. Są zapalniczki jednorazowe. Ubrania robocze służą do wielokrotnego użytku i muszą być prane. I ktoś to musi zrobić. Ta robota ani lekka, ani dobrze płatna nie jest. Zatem jeśli ci się wydaje, że tylko ty ciężko pracujesz, to przeczytaj ten tekst. Zresztą, czy z pewnością wiesz, co dzieje się z twoim ubraniem, zdanym w pralni z końcem dniówki?
Dawno temu, przed 18 laty, w ramach poprawiania kondycji kopalń węgla kamiennego, oddzielono od nich różne nieprodukcyjne działy. W efekcie wzrosła wydajność w przeliczeniu na zatrudnionego, bo taki oddział gospodarczy nie był już na stanie kopalni, ale przekształcił się w spółkę. Tak było i w Piaście. To z potrzeby gospodarczej zrodziła się spółka Perfekt. Siedzibę ma w kopalni. Pracuje na rzecz kopalni. Wykonuje różne zlecenia, w tym i opiera (prawie na okrągło) górników z Piasta: sześć tysięcy ludzi.
Najpierw liczby, trochę statystyki, a potem przejdziemy do meritum. W 1995 r. spółka zatrudniała 240 pracowników. Teraz – 95, w tym 65 kobiet. Spośród nich 32 opierają górników. Jest co prać. Cały Katowicki Holding Węglowy daje do prania miesięcznie 25 t odzieży roboczej. Kopalnia Ziemowit – 40 t. W Piaście przez ręce praczek z Perfektu miesięcznie przechodzi co najmniej 50 t.
W kopalni są cztery punkty, w których schodzący ze zmiany górnicy oddają brudną odzież, i cztery, w których – idąc do roboty – odbierają już czystą. Pralnia pracuje na trzy zmiany. Górnicy na cztery. Trzeba więc skorelować pracę praczek i górników. Zasadniczo nie pierze się w sobotę i niedzielę. Wówczas wykonuje się tzw. przegląd maszyn. Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby te wszystkie pralki automatyczne, wirówki i suszarki przestały działać?
– Nawet o tym nie myślę! – przyznaje Marek Haręża, prezes Perfektu.
Pranie fundowane
Co by było, gdyby? Odpowiedź jest prosta: górnicy musieliby pracować w brudnym, póki problem nie zostałby rozwiązany.
Przed wojną tylko w niektórych kopalniach prano górnicze ciuchy na koszt kapitalisty. Dziadek prezesa robił u Gieschego. U niego prali, bo Niemiec wiedział, że górnik oprany jest bardziej zadowolony od tego, któremu żona musi prać robocze gacie. Może komuniści wzięli przykład z dobrze liczącego kapitalisty i dlatego wprowadzili powszechne i darmowe opieranie pracowników? Tak było w Polsce Ludowej. Tak pozostało i w Rzeczpospolitej bez drugiego przymiotnika. Dziś budowlaniec sam sobie pierze ubranie robocze, a górnika wyręczają różne spółki na koszt kopalni.

W kopalni Piast trzydzieści dwie kobiety opierają ponad 6000 górników... (fot. Andrzej Bęben)
Za minimalną stawkę
Pralnia jest duża. Kiedyś była druga. Wtedy pracowało tu dwa razy więcej ludzi. Bez mała cała obsada pralni przyjeżdża do Bierunia, jak to się tu mawia, zza Wisły. Spod Oświęcimia i dalej. Pani Barbara pracuje przy praniu od niedawna, więc jeszcze nie może powiedzieć, co ją w tej robocie męczy. Pani Beata dziś jest na „wydawce”, więc musi się nabiegać między wieszakami. Musi szybko wydać panu górnikowi upraną odzież, bo jemu się spieszy. A jak mu spieszno, to jest zdenerwowany. A często ci, co się irytują, w słowach nie przebierają i kobitom się dostaje. To one pytają się same siebie, prezesa i dziennikarza: a czy jesteśmy kimś gorszym od nich?
Górnik dostaje co miesiąc tyle, ile dostaje. Praczki pracują za płacę minimalną.
Prezes przyznaje: – Więcej nie mogę dać, bo spółka nie może dokładać do interesu, bo i z czego?
Teresa Makosz naście lat temu była praczką. Dziś jest wiceprezesem w spółce.
– W 1995 za kilogram prania dostawało się 4 złote. Teraz tylko 2,15 – wyjaśnia, dlaczego dawniej praczki zarabiały więcej.
Pani Beata nie ukrywa: – Jakby się miało inną pracę, za lepsze pieniądze, to by się gdzie indziej pracowało, ale takiej pracy u nas nie ma.
Podpisz w kajecie
Górnik dostaje raz na kwartał zestaw odzieży roboczej: bluza, koszula flanelowa, spodnie, onuce. Tylko kilkadziesiąt razy powinna być wyprana, bo starą zastępuje nowa. Praktyka pokazuje, że odzież jest mocna, skoro nierzadko w pralkach lądują bluzy znaczone przez... Nadwiślańską Spółkę Węglową (nie istnieje od 2003 roku).
Standardowy zestaw letni po szychcie waży, wedle specyfikacji, 2,2 kg. Pot. Brud. Zasolenie. Górnik zdaje brudy w punkcie. Dostaje numerki - każdy do jednej sztuki. Przytwierdza je drucikiem, podpisuje w książce, że zdał ciuchy do prania i idzie do domu. Procedura przemiany brudnego w czyste trwa...
Ubrania są segregowane. Potem płucze się je z grubego pyłu węglowego. Potem na wózek. Z wózka do pralki. Te są z lat 70. i dobrze służą. Są automatyczne, ale bez elektroniki. Największe mają po sto litrów pojemności. Najmniejsze - po dziesięć.
Pierze się w proszkach z atestami i kartami charakterystyki. Na miesiąc idzie do dwóch ton proszku... Kontynuujmy. Z pralki pranie wędruje do wirówki. Nie samo. Panie muszą je wyjąć, załadować na wózek. A mokre lekkie nie jest. Po odwirowaniu odzież ładuje się do suszarek. Brudne w czyste przemienia się w ciągu godziny, półtorej. Potem tylko trzeba posegregować, porozwieszać i czekać na właścicieli. I tu często pojawia się problem. Bo zgodnie z instrukcją, tego wymaga kopalnia, górnik ma potwierdzić podpisem „wykonanie usługi”. A z tym różnie bywa, jak się górnikowi na szychtę spieszy.
– Przecież nie będą za chłopem goniła – przyznaje pani Beata.
Składajcie, panowie, podpisy w kajecie, bo potem panie z pralni mogą mieć niepoliczone za „wykonanie usługi”...
I zapytajcie swoje żony, jakby zareagowały, gdyby codziennie musiały prać wasze arbajtancugi.