Kazimierz Pawlak, zagadywany przez przyjaciół i lekarza o samopoczucie, zazwyczaj odpowiada: – Chodzę w góry.
– To może się pan cieszyć – zdumiewają się jego niebywałą życiową werwą stawiający podobne pytania.
– No, nie wiem, nie wiem, czy powinienem się cieszyć, bo źle sypiam – przekornie uśmiecha się wtedy pan Kazimierz. – Trudno spokojnie spać, gdy urzędników ZUS pewnie diabli biorą, że od 31 lat muszą wypłacać mi górniczą emeryturę – wyjaśnia żartobliwie.
Oszczędny, nie skąpy
W listopadzie Kazimierzowi Pawlakowi stuknie 87 lat. W swojej 40-letniej, zawodowej biografii ma 25 lat pracy pod ziemią w mysłowickiej kopalni „Lenin” (potem „Wesoła”, a dziś – „Mysłowice-Wesoła”). Zrazu przez 10 lat był tu elektrykiem, zaś – po zdaniu matury w Śląskich Zakładach Techniczno-Naukowych – wspinał się po kolejnych stopniach górniczego dozoru, do stanowiska kierownika Oddziału Elektrycznego. Przedtem – jeszcze w czasie wojny – pracował w Miejskich Zakładach Światła, Sił i Wodociągów w Jarocinie.
– Kiedy pytają mnie o pochodzenie, to odpowiadam, że wywodzę się z „Pyrlandii”. Złośliwi utożsamiają nawet Wielkopolan – przypisując im naturalne niby skąpstwo – ze Szkotami. Dla mnie Wielkopolan cechuje pracowitość, rzetelność i oszczędność. Myślę, że te wartości bardzo pomogły mi w adaptacji na Śląsku. Poznawałem go przez nowych przyjaciół, przeczytałem kilka książek... Ale przyznam, że pierwszy zjazd pod ziemię był dla mnie mocnym przeżyciem. Niewiele brakowało, żebym zrejterował – wspomina.
Po zasiedzeniu na Śląsku Kazimierz Pawlak rozkochał się w górach. Mogłoby się wydawać, że nie bez wpływu na tę fascynację miała jego żona, pochodząca z Żywca. Ale przed laty zbliżyły ich nie góry, lecz tyskie kino „Andromeda”, gdzie pracowała pani Anna.
– Byłem zapalonym kinomanem. W soboty, w niedziele, nawet po dyżurze w kopalni, musiałem pójść na seans. Tak się poznaliśmy – wspomina pan Kazimierz.
Z górami było inaczej. – W pracy, wiadomo, miewa się kolegów i zażyłych przyjaciół. Wśród nich był prezes Koła PTTK przy „Wesołej”. I on wciągnął mnie do chodzenia po górach – opowiada o początkach.
Przez 25 lat zawodowej aktywności Kazimierz Pawlak regularnie bywał w górach. Te wyprawy w Tatry – najpierw z metą w Poroninie, a następnie – w Zakopanem – były wówczas nazywane „rajdami leninowskimi”. „Leninowskimi” dlatego, że uczestniczyli w nich miłośnicy górskich wędrówek z największych polskich zakładów, którym patronował Lenin. Cóż, takie to były czasy, że każda postać aktywności musiała mieć „właściwe” konotacje.
Kazimierz Pawlak przemierzył wzdłuż i wszerz nie tylko większość tatrzańskich szlaków, ale też pasma Beskidów i Bieszczad.
Cisza, piękno...
– Góry są wspaniałe. Człowiek wchodzi na szczyt, spogląda we wszystkie strony i doznaje trudnych do opisania wrażeń. Te niesamowite widoki, ta cisza, to piękno krajobrazu... Przy okazji znajdzie się, a to grzybka, a to jeżyny. Góry uczą przy tym pokory wobec niespodzianek przyrody. Bywa, że we wrześniu można wyjść w szortach, a wracać w deszczu i śniegu – opowiada o swoich doświadczeniach.
Góral z „Pyrlandii” z satysfakcją prezentuje bogatą kolekcję zdobytych odznak PTTK, w tym tę specjalnie nobilitującą „Za wytrwałość”. I żałuje, że w tym roku był w górach tylko (!) pięć razy. Akurat wypadł mu wyjazd do gorących słowackich wód, na dwa tygodnie do Egiptu, a w sierpniu przez 3 tygodnie zadomowił się u syna, który ruszył w świat ze swoimi artystycznymi pracami w szkle.
Sprawne nogi
– Dawniej bywało, że w 11 godzin przemierzałem szlak z Kuźnic do Morskiego Oka, przez Murowaniec, Przełęcz Krzyżne, Dolinę Pięciu Stawów i Świstówkę. Teraz wypuszczam się już na te mniej wymagające, czyli obliczone na 5-6 godzin marszu. Zazwyczaj wyruszam z grupką przyjaciół. Oczywiście, nie pędzimy, lecz idziemy spacerkiem, z kilkoma przerwami na odpoczynek. Najchętniej jeździmy do Rajczy. Stamtąd wiodą cztery szlaki w Beskidy. Regularnie wybieramy się też do Zwardonia. Zatrzymujemy się w prywatnej kwaterze, wędrujemy po górach, a potem, przy piwie, do późna w nocy wspominamy, opowiadamy kawały... – mówi o tych wyprawach.
Kazimierz Pawlak cieszy się, że – mimo sędziwego wieku – dopisują mu nogi. Tę sprawność łączy z zaprawą w kopalni.
– Kiedy pracowałem w dozorze elektrycznym miałem pod opieką dwa oddziały. Oba prowadziły po dwie ściany. Człowiek musiał się więc trochę nalatać – wyjaśnia.
Wciąż potrzebny
Podeszły w latach miłośnik górskich wędrówek narzeka nie na zdrowie, lecz... na brak czasu. W „Mysłowicach-Wesołej” pozostaje aktywny w zarządach Komisji Emerytów i Rencistów przy ZZGwP i Komisji Seniorów SITG. Bierze też udział w działalności Związku Kombatantów. Dwa tygodnie temu zorganizował mikołowskim działkowcom wyjazd do Wrocławia. W programie zadbał o zwiedzenie „Ogrodu Japońskiego”, ogrodu botanicznego, „Panoramy Racławickiej” i spacer starówką.
– Cieszę się, że jestem jeszcze komuś potrzebny – zwierza się.
Znamy najlepszych siatkarzy wśród górników
Mistrzostwa w Żorach po raz kolejny pokazały, że sport jest ważnym elementem integracji pracowników miedziowej spółki. Dla uczestników była to nie tylko okazja do sprawdzenia swoich umiejętności, ale również do wspólnego przeżywania emocji i budowania zespołowej atmosfery.