Generał w tajnej misji

General1 ARC

fot: Archiwum domowe M. Bieńka

Na nosorożce najlepiej poluje się z grzbietu słonia. Po pierwsze – więcej widać, po drugie – bezpieczniej

fot: Archiwum domowe M. Bieńka

Z Mieczysławem Bieńkiem rozstaliśmy się przed wakacjami, kiedy z garścią ryżu na liściu banana salwował się ucieczką z klasztoru „czarnych kapeluszy” na przedmieściach Thimphu, stolicy Królestwa Bhutanu w Azji Południowej. Urwaliśmy w ten sposób opowieść z prawie trzymiesięcznej podróży emerytowanego górnika z „Wieczorka” na Andamany i Nikobary oraz do Indii, Bhutanu i Bangladeszu. Czas dokończyć tę historię...

Z Bhutanu mknę do Kalkuty, piątego z najludniejszych miast Indii, aby załatwić wizę do Bangladeszu – ciągnie swoją opowieść Bieniek. W drodze do stolicy tej republiki – Dakki, po raz pierwszy w swoich wieloletnich podróżach zostaje okradziony. Najbardziej żal mu aparatu fotograficznego.

– Zgłaszam się ze skargą na posterunek policji. Nikt nie zna angielskiego, więc zostaję oddany w ręce dżentelmenów z tutejszej służby bezpieczeństwa. Z szóstką kolesiów, dwóch paraduje z długą bronią, dwóch innych ma na podorędziu bejsbolowe pały, wsiadamy do auta i ruszamy w miasto – opowiada Bieniek. – Na odjezdnym oficer komenderuje bezpieczniakom: „Nie przywozić. Zastrzelić!”. Pomyślałem, że robi sobie jaja. Ale nie! „U nas nie potrzebujemy złodziei. U nas się ich zabija” – odparł zupełnie poważnie...

Niełaskawy mamu

– Pojechaliśmy. Fakt, zobaczyłem faceta, który mnie okradł. Także on – sądząc z tego, że na mój widok pobladł jak ściana – mnie rozpoznał. Nie miałem odwagi, żeby skazać go na śmierć za kradzież aparatu... Powiedziałem, że to nie ten – relacjonuje Bieniek.

Do Bangladeszu, a właściwie w region Sundarbanów na granicy tego kraju i indyjskiego stanu Bengal Zachodni, Bieńka zagnało marzenie o spotkaniu oko w oko z królewskim tygrysem bengalskim, przez tubylców zwanym mamu (wujaszek). Ostatnim już matecznikiem tego drapieżnika są tutejsze, największe na świecie lasy namorzynowe o powierzchni około 10 tys. km kw. Są to lesiste żuławy, zbudowane z około 70 gatunków roślin od krzewiastych niskich palm nipa po wysokopienne, dorastające do 18 m, drzewa sundrii.

Łóżko z ciotką

– Tydzień czasu polowałem z kamerą na władcę Sundarbanu. Niestety, bezskutecznie. Tylko nocami mamu oznajmiał się donośnym rykiem. Na osłodę pozostało mi fotografowanie, drzemiących w błotnistych mieliznach, żółwi i największych w świecie krokodyli.

Obficie czerpał natomiast z nieprawdopodobnej namorzynowej spiżarni z bogactwem ryb, owoców, ziół...

– W drodze na spotkanie z królewskim tygrysem kilkakrotnie przekraczałem Brahmaputrę. Każda taka przeprawa, to przeżycie samo w sobie. Do promu kilkusetmetrowe kolejki. Łajba przeładowana do granic wyobraźni. Linia wody prawie-prawie sięga pokładu. Przedarłem się przez trap, udało się – opowiada o kolorycie przekraczania rzeki.

Rejs Brahmaputrą sprzyja zawieraniu znajomości.

– Płyniemy. Gawędzę z jednym ze współpasażerów. Zaprasza mnie do siebie. Korzystam z okazji. Na tamte warunki gość był dość zamożny. Dom – jak wszystkie wokół – ze słomy, klejonej krowim łajnem. O statusie właściciela świadczyło rzadkie tu udogodnienie – prąd elektryczny. Facet miał żonę, jedenaścioro dzieci i przyjezdną ciotkę. Mnie wypadło łóżko z tą damą. Sporo musiałem się nakombinować, żeby uciec na klepisko, nie uchybiając gospodarzowi. Rolę łazienki spełniała przydomowa sadzawka, z której korzystała również cała domowa menażeria – krowy, kaczki... Cóż było robić? Pół biedy, że od wszystkich zalatywało jednakowo. Pożytek – po wyjściu z „łazienki” człowieka nie imały się komary – śmieje się Mieczysław Bieniek.

Przez tydzień z gospodarzami ciągnął radło na polu ryżowym, zbierał owoce, łowił ryby i krewetki, natomiast nie zdobył się na odwagę podbierania plastrów miodu z barci w dżungli.

– Krewetki były potężne. Kilka wystarczyło, żeby się najeść do syta. Przyrządzone przez gospodarzy smakowały fantastycznie – wspomina specjały spiżarni Sundarbanu.
Katowicki podróżnik napomyka jeszcze o wysepce w okolicy Mangali, gdzie chętnie zaglądają marynarze z całego świata.

– Jej osobliwością są bezpruderyjne, prześlicznej urody tubylcze dziewczęta, wystawiające na sprzedaż swoje powaby. Sam nie skorzystałem i nie polecam. Ale informuję, że kwadrans spotkania z tutejszą młódką kosztuje 1 dolara – śmieje się Bieniek.

W Srimangal Bieniek przemierzył też, założone jeszcze przez Anglików w dziewiętnastym wieku, plantacje herbaty. Po dziś zresztą ich właścicielami pozostają na ogół Anglicy i Irlandczycy.

– Oprócz pracy przy uprawie herbaty tubylcy zajmują się również zbieraniem liści rośliny betla. Jej żucie powoduje, że nie odczuwasz pragnienia i głodu – opisuje jeszcze jedno z podróżniczych doświadczeń.

W lampasach na granicy

W wyprawach po świecie Mieczysławowi Bieńkowi zdarzało się, że – kiedy zawodziły „cywilizowane” sposoby – uciekał się do hucpy i bezczelnych kłamstw. Do tego arsenału zachowań sięgnął w Ziro na granicy Bangladeszu z Indiami, gdzie mianował się... oficerem. Było tak:

– Jestem na granicy. Urzędnik mnoży przeszkody. Wyjazdowe 300 taka (jednostka monetarna Bangladeszu – red.) urasta do kilku tysięcy z koniecznością powrotu kilkadziesiąt km dla załatwienia formalności. Czuję, że najzwyczajniej oczekuje łapówki. Mam dość. Kładę się na posterunku. Leżę. Ktoś szturcha mnie nogą. Zrywam się i krzyczę: – Czy wiesz, kogo kopiesz? Komendanta i połączenie z polską ambasadą! Migiem! – wykrzykuję, siląc się na władczy ton. Poskutkowało. Przychodzi jakiś cywil i pyta, kim jestem. – Polskim oficerem na wakacjach – odpowiadam. – Ranga? – on na to. – Tajemnica, dzwoń do ambasady, to może ci powiedzą – ciągnę przedstawienie. Zadzwonił, nie zadzwonił? Dość, że koniec końców rozstajemy się w całkowitej przyjaźni, ba, niemal z wojskowymi honorami i wspólną sesją zdjęciową. Na odchodnym cywil konfidencjonalnie szepce mi do ucha: – Wiem, wiem, jest pan polskim generałem – zaśmiewa się z granicznego epizodu emerytowany górnik.

Z Bangladeszu Bieniek przedostaje się do stanu Assam w północno-wschodnich Indiach, ściślej – do tutejszego Parku Narodowego Kaziranga. Także i tu rezyduje wprawdzie tygrys bengalski, niemniej królem parku (dwie trzecie światowej populacji) jest nosorożec indyjski.

– Przemierzałem rezerwat przez cały boży dzień: 3 godziny na słoniu, kolejne 4 godziny – dżipem. Wszystko za drobne pieniądze – raptem 20 dolarów. Podczas tego safari napstrykałem dziesiątki zdjęć nosorożców, krokodyli i ptaków – demonstruje swoje fotograficzne trofea z Kaziranga.

W galerii (od lewej):
• Szaman w Ziro oryginalny, ale krzesło jakieś takie znajome...
• Dzielna armia Bangladeszu żegna „generała” Bieńka. Katowicki podróżnik nie raz musiał uciekać się do forteli.
• W Kaziranga Mieczysław Bieniek „przymierzył” rogi bawołu indyjskiego.
(zdjęcia: Archiwum domowe M. Bieńka)


MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Moda zeszła w podziemia kopalni. Zobacz wyjątkową sesję

Od lat Kopalnia Soli „Wieliczka" pozostaje miejscem wyjątkowych wydarzeń artystycznych, kulturalnych i prestiżowych przedsięwzięć, które zachwycają rozmachem oraz niepowtarzalną atmosferą solnych podziemi. Monumentalne komory podziemne kaplice i surowe piękno od lat inspiruje twórców z całego świata, stając się przestrzenią dla projektów łączących sztukę, historię i nowoczesność.

Książka na weekend: „Odległe życie”. Australijska saga rodzinna – od hodowli owiec po roboty górnicze

Lata 50. i 60. ubiegłego wieku w Australii to czas poszukiwań pod ziemią surowców, dzięki którym mógł wzbogacić się kraj. Ale to jednocześnie konflikt z farmerami, hodowcami bydła i owiec, brutalne wejście w ich świat ukształtowany od pokoleń. Książka „Odległe życie” to świetna saga rodzinna pokazująca, jak walczyć o przetrwanie i podnieść się po tragicznych doświadczeniach.

Zaleze

Spacer po dzielnicy Załęże. Działała tu kopalnia Kleofas i huta Baildon

Gdyby nie huta Baildon i kopalnia Kleofas, katowickie Załęże w żaden sposób nie mogłoby się pochwalić przemysłowym charakterem. Polecamy spacer po tej dzielnicy. Tutaj naprawdę jest co zobaczyć.

Jakie zostały ślady po postindustrialnych zabytkach Bytomia?

Przełom XX i XXI wieku to ogromne zmiany w Bytomiu związane z transformacją gospodarczą. Wiele zakładów przemysłowych, jak: kopalnie, huty, elektrociepłownie oraz inne zakłady produkcyjne zostało zlikwidowanych. Część obiektów bezpowrotnie wyburzono, jednak spora część została zachowana,  jak: EC Szombierki, szyb Krystyna czy budynki po dawnych zakładach Orzeł Biały oraz kopalniach Rozbark i Bolko.