Europa dostanie gaz z Afryki
- W ciągu dwóch lat Unia \"wpompuje\" w afrykański sektor energetyczny około milarda euro - zadeklarowali odpowiedzialny w Komisji Europejskiej za politykę energetyczną Andris Piebalgs oraz komisarz ds. rozwoju Louis Michel.
Dzięki tym pieniądzom tysiące afrykańskich domów ma zostać podłączonych do sieci energetycznej. W ten sposób UE wypełnia swoje wcześniejsze zobowiązania podjęte podczas grudniowych negocjacji umowy o partnerstwie między wspólnotą i Afryką.
Z europejskiego punktu widzenia jednak najważniejszym elementem podpisanych w Etiopii porozumień jest potwierdzenie budowy Gazociągu Transsaharyjskiego - szacowany koszt tej inwestycji to ponad 9 miliardów euro! - podkreśla \"Dziennik\".
Według planów ma on do 2015 r. dostarczać do Europy nawet 30 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie, czyli dwa razy tyle, ile wynosi zużycie w Polsce. Trasa gazociągu ma biec z Nigerii - kraju posiadającego siódme największe zapasy tego surowca na świecie (odkryte przy okazji poszukiwania ropy) przez Niger i Algierię, aż do Europy Południowej.
Unijni politycy liczą, że afrykański gaz choć trochę zmniejszy uzależnienie Unii od dostaw z Rosji.
- Afryka ma liczne zasoby i Europa postanowiła to wykorzystać. Porozumienia z Addis Abeby, które są przecież tylko częścią unijnych planów obejmujących ten kontynent, potwierdzają rosnące znaczenie tego regionu na energetycznej mapie świata - powiedział \"Dziennikowi\" Arno Behrens, ekspert z brukselskiego Centre for European Policy Studies, dodjąc, że sam gazociąg Transsaharyjski uważa za niewielki krok, ale we właściwym kierunku, bo choć trochę obniża znaczenie rosyjskich gazociągów.
W energetycznej ofensywie unijnych przywódców na Afrykę nie zniechęca ani polityczna niestabilność regionu, ani niechęć afrykańskich przywódców oskarżających Europejczyków o ekonomiczny dekolonializm. Bruksela po prostu wie, że nie może sobie \"odpuścić\".
- Afryka staje się coraz ważniejszym puzzlem w energetycznej układance. Jeśli Europa się spóźni, lada moment ubiegną ją inni - podkreśla Behrens.