Emigranci za chlebem. Niezwykłe losy polskich górników we francuskich kopalniach
Trudno dzisiaj oszacować, ilu Ślązaków i Zagłębiaków wyjechało przed drugą wojną światową do pracy we Francji. Ich ciekawe historie warte są zachowania.
fot: Monika Krężel
Anna Pasich (trzecia z lewej) z rodziną i portretem dziadków, którzy wyjechali do dziadków
fot: Monika Krężel
Trudno dzisiaj oszacować, ilu Ślązaków i Zagłębiaków wyjechało przed drugą wojną światową do pracy we Francji. Ich ciekawe historie warte są zachowania.
Nawet historycy zgodni są co do tego, że przedwojenna statystyka wyjazdów Polaków do pracy we francuskich kopalniach trudna jest do uchwycenia. Wszyscy jednak przyznają, że Polaków w okresie międzywojennym pchała do emigracji głównie trudna sytuacja ekonomiczna. Słowem, wędrowało się za pracą, za chlebem.
- Wcześniejsze wyjazdy Polaków, na przykład w okresie Wielkiej Emigracji, miały inny charakter, dotyczyły prześladowań politycznych czy religijnych - podkreśla Anna Pasich, która w Muzeum Miejskim „Sztygarka” w Dąbrowie Górniczej opowiadała o międzywojennej emigracji Zagłębiaków do Francji.
Los rzucał górników głównie do małych, przemysłowych miasteczek w regionie Nord-Pas-de-Calais. Dzisiaj ich potomkowie noszą polskie nazwiska, bywa że nadal mieszkają w „corons” (tak nazywano domy, głównie w zwartej zabudowie, na przykopalnianych osiedlach, gdzie mieszkali górnicy) i z sentymentem wspominają babcine kuchnie.
Cztery punkty zborne
Polacy sami organizowali sobie wyjazd lub wyjeżdżali zbiorowo (werbunkowo). Co było głównym powodem? Przede wszystkim straty Francji podczas pierwszej wojny światowej, które były ogromne - na froncie zginęło 1,5 miliona żołnierzy, a już po wojnie życie straciło 700 tysięcy wojaków, do tego trzeba doliczyć jeszcze tragedie wśród cywilów. Łącznie liczba ofiar wyniosła aż 4 miliony osób. Poza tym oddano jej też przemysłową Alzację i Lotaryngię, a nie było robotników do pracy.
W tym samym czasie w Polsce panuje kryzys, wsie są przeludnione, w miastach mamy ogromne bezrobocie, a gospodarka mozolnie podnosi się po latach niewoli.
3 września 1919 r. między rządami polskim i francuskim podpisano Konwencję Migracyjną, na mocy której można było organizować wyjazdy polskich robotników do pracy we Francji. Emigrantów rekrutowało francuskie Centralne Towarzystwo Emigracyjne, które na terenie Polski uruchomiło cztery punkty zborne. Mieściły się one w Częstochowie (później w Poznaniu), Mysłowicach, Warszawie i Wejherowie (dla tych, którzy opuszczali kraj drogą morską).
Co ciekawe, mysłowicka stacja, mająca siedzibę w centrum miasta, nieopodal dworca, w tzw. przewiązce istniała już przed pierwszą wojną światową. Spora grupa robotników wyjeżdżała wówczas m.in. do Zagłębia Ruhry i za ocean.
Jeśli chodzi o liczebność emigracji polskiej we Francji, to w 1913 r. oszacowano ją na 10 tys. osób, w 1921 r. - 46 tys. osób, 1926 r. - 310 tys. osób, 1931 r. - 508 tys. osób, a w 1936 r. - 440 tys. osób.
- Warto zwrócić uwagę na to, że pod koniec lat 20. Francję dotknął kryzys gospodarczy, był nadmiar rąk do pracy, stąd emigracja z Polski była już niższa - tłumaczy Anna Pasich. - Dopiero potem koniunktura się poprawiła. W latach 30. Francję ponownie nawiedza kryzys. Wielu Polaków zmuszono wówczas do powrotu.
Ocenia się, że między 1931 a 1936 rokiem do Polski wyjechało przymusowo około 140 tys. osób, wśród nich byli górnicy biorący udział w strajkach. Na spakowanie mieli 36 godzin.
Do Francji w pierwszych latach emigracji wyjeżdżają sami lub z całymi rodzinami - górnicy, rolnicy, robotnicy przemysłowi. Bywało, że w punkcie rekrutacyjnym spędzali dwie doby. Badania lekarskie były rygorystyczne, szacuje się, że już podczas nich odrzucano od 5 do 10 proc. chętnych. Francja potrzebowała zdrowych i silnych mężczyzn do pracy, stąd ścisłe przestrzeganie emigracyjnego regulaminu.
Między 1927 a 1938 r. z Polski do Francji wyjechało 335 tys. osób.
Z mapy ówczesnej Polski wynikało, że aż ¾ emigrantów pochodziło z województw: łódzkiego, poznańskiego, lwowskiego, krakowskiego i kieleckiego (do tego województwa należało wówczas Zagłębie Dąbrowskie).
Przystanek: Masyw Centralny
Odkrywanie korzeni, w tym tych prowadzących do francuskiej emigracji zarobkowej, jest dzisiaj pasją wielu osób. Wśród potomków emigrantów jest też Anna Pasich, której dziadkowie Janina Rosikoń i Stanisław Mikunda też wyjechali z rodzinami do Francji. Tam się poznali i pobrali, nieopodal Lille urodziły się im trzy córki. Tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej wrócili jednak do Polski.
- Mój dziadek Stanisław i jego brat Bolek trafili do małej miejscowości Molieres-sur-Ceze w Masywie Centralnym. Jednak dziadek, który był górnikiem, wyjechał na północ, tam, gdzie była już babcia - opowiada Anna Pasich. - Po przyjeździe do Francji obaj bracia przeszli przez Toul, czyli ośrodek, położony nieopodal Nancy, skąd rozsyłano Polaków do pracy w całej Francji - dodaje.
Dziadkowie pani Anny pobierają się w 1928 r., rodzą się tam ich trzy córki: Janina, Wacława i Henryka. - Tymczasem brat dziadka, Bolek, pozostał z rodziną we Francji. Kiedyś naliczyliśmy, że rodzina Mikunda liczy tam aż 33 potomków - uśmiecha się Anna Pasich. - Utrzymujemy kontakty do dzisiaj. Nasi polscy Francuzi przyjeżdżają do nas, moja rodzina też odwiedza ich we Francji.
Szacuje się, że dzisiaj w czteromilionowym francuskim regionie Nord-Pas-de-Calais aż 500 tys. osób ma polskie pochodzenie.