Do pracy na grubie przyjął się prosto z festiwalu w Jarocinie. Dominik Kolorz wspomina z nami kopalnię Rymer, strajki i rybnicki żużel

Dominik Kolorz – szef Śląsko-Dąbrowskiej „Solidarności” i człowiek, który od ponad trzech dekad uczestniczy w najważniejszych wydarzeniach polskiego górnictwa – zabrał nas na spacer po miejscach dla siebie kluczowych. Z jednym z najbardziej wpływowych liderów związkowych na Śląsku przeszliśmy po ścieżkach, na których zaczynał pracę jako 19-letni chłopak, wracający z festiwalowych wojaży, aż po miejsca, w których zapadały decyzje kształtujące cały region.

fot: Katarzyna Zaremba-Majcher

Dominik Kolorz pod dawną kopalnią Rymer, w której stawiał pierwsze kroki zawodowe

fot: Katarzyna Zaremba-Majcher

Dominik Kolorz – szef Śląsko-Dąbrowskiej „Solidarności” i człowiek, który od ponad trzech dekad uczestniczy w najważniejszych wydarzeniach polskiego górnictwa – zabrał nas na spacer po miejscach dla siebie kluczowych. Z jednym z najbardziej wpływowych liderów związkowych na Śląsku przeszliśmy po ścieżkach, na których zaczynał pracę jako 19-letni chłopak, wracający z festiwalowych wojaży, aż po miejsca, w których zapadały decyzje kształtujące cały region.

Nasz spacer rozpoczęliśmy od dawnej kopalni Rymer, w której Dominik Kolorz stawiał pierwsze zawodowe kroki. Wizyta na terenie zakładu była dla niego podróżą wyjątkowo sentymentalną – z nieukrywanym wzruszeniem przyznał, że nie było go w tym miejscu od wielu lat. Dziś po dawnej kopalni pozostała zaledwie część zabudowań, a mieści się tu obecnie Elektrociepłownia Rymer, wchodząca w skład Polskiej Grupy Górniczej.

Oddajemy głos Dominikowi Kolorzowi.

Pierwsza szychta i „ciężki Sajgon”

fot. Katarzyna Zaremba-Majcher

Mój pierwszy dzień na kopalni pamiętam jak dziś – to był 15 sierpnia 1984 roku. Przyjechałem prosto z festiwalu w Jarocinie i znad morza. Miałem długie włosy. W dowodzie odhaczona pieczątka o przyjęciu, a na drugi dzień od razu pierwsza szychta. Wielu z nas szło wtedy na kopalnię, żeby uciec przed wojskiem. Mieliśmy trafić na pierwszą zmianę, a rzucono nas od samego początku na drugą, na oddział przygotowawczy GRP6.

Zjeżdżamy na dół, a tam napotykamy awarię przenośnika kombajnowego. Cieśla górniczy drze się do mnie: „Mody, przynieś kąski, przynieś trójki, piątki!”. A ja stoję całkowicie zagubiony i nie mam pojęcia, o czym on mówi. Dopiero po dwóch tygodniach pojąłem, że chodziło o kawałki łańcucha do naprawy. Z tej pierwszej szychty wróciłem do domu niedomyty i pomyślałem sobie: „Kuźwa, może w tym wojsku byłoby jednak lepiej, bo tu jest ciężki Sajgon”. Ale ekipa na oddziale była świetna.

Muszę przyznać, że już po pół roku pracy wpadłem w niezłe tarapaty. Idąc na pociąg do dołu, dowiedziałem się od kolegi, że przed nami idzie ormowiec i sekretarz oddziałowej organizacji partyjnej, który brał udział w pacyfikacji kopalni Wujek. Jako młody, krnąbrny chłopak, w gorącej wodzie kąpany, nie zastanawiałem się długo i rzuciłem w jego stronę serią nieparlamentarnych słów. Na drugi dzień zablokowano mi znaczek i chciano mnie natychmiast wyrzucić z kopalni. Uratował mnie ojciec, który przepracował tu 20 lat jako przodowy, znał dyrektora i ubłagał dla mnie warunkową szansę.

Rybnik i kopalnia Rymer to była zresztą cała nasza rodzinna tradycja – na kopalni pracował mój ojciec, a brat zaczynał w obiegu szybowym, by kończyć jako dyspozytor na Chwałowicach.

Papierosy na łaźni i marka z numerem 1389

fot. Katarzyna Zaremba-Majcher

W miejscu dawnej łaźni stoi dziś hala sportowa. Wtedy nie było jeszcze szafek, tylko funkcjonowała łaźnia łańcuszkowa. Haki trzeba było spuścić na dół i zarówno rzeczy czyste, jak i te brudne, robocze wisiały razem na jednym haku. Potem to się nieco zmieniło, bo jakieś siedem czy osiem lat przed zamknięciem kopalni wybudowano nową łaźnię i większość załogi przeniosła się tam. 

Na kopalni pracowało wtedy ponad 2,5 tysiąca ludzi, więc to był prawdziwy ścisk, chłop na chłopie. W zasadzie graniczyło z cudem, żeby po szychcie wrócić do domu w ubraniu niedotkniętym brudem. Kiedy wszyscy przychodzili na pierwszą zmianę, staliśmy na łaźni jak śledzie. Żeby przebrać się w miarę normalnie i w spokoju, trzeba było przychodzić o wiele wcześniej, zanim zjechały się autobusy z ludźmi. Ja miałem to szczęście, że na kopalnię szedłem dziesięć minut piechotą, więc wychodziłem z domu o 5.00, najpóźniej 5.15.

Na łaźni palono jeszcze wtedy papierosy – co prawda wszędzie wisiały tabliczki z zakazem, ale nikt tego nie przestrzegał. Gdy człowiek się przebrał, zakurzenie tego jednego papierosa to był obowiązkowy rytuał. Po wyjeździe z dołu robiliśmy zresztą podobnie: wypalało się dwa, trzy papierosy i czekało, aż ci, co śpieszyli się na autobusy, szybciej się wykąpią, dzięki czemu mieliśmy wtedy nieco więcej luzu koło swoich haków. Dopiero potem szło się dalej, poza łaźnię na podziały roboty, a stamtąd na szyby, po marki – bo dyskietek wtedy nie było – i do lampowni. Pamiętam doskonale, że miałem numer znaczka 1389.

Flapsy i La Cucaracha

fot. Katarzyna Zaremba-Majcher

Do budynku, który jako tako funkcjonował jeszcze po likwidacji kopalni – mieściła się tu bowiem swego czasu ścianka wspinaczkowa – chodziło się po flapsy, czyli posiłki regeneracyjne, a dokładniej, jak się to wtedy mówiło, zupy regeneracyjne. Różne były to zupy, czasami absolutnie nie do zjedzenia, aczkolwiek bywały dni, że nawet rzucali kurczaki. Kolejki stały wtedy ogromne. Tam z prawej strony pobierało się mleko, kawę – która kawy w ogóle nie przypominała – oraz herbatę.

Z kolei te okienka dookoła to były okienka oddziałów wydobywczych i przygotowawczych: oddział pierwszy, drugi, trzeci, a potem przygotówki: szósty, siódmy, ósmy. Ja akurat pracowałem na szóstce. W głębi mieściły się biura naczelnego inżyniera, głównego inżyniera i sztygarów. Wisiał tam też obraz Świętej Barbary – do dziś zostało po nim miejsce, bo sam obraz przeniesiono potem na kopalnię Chwałowice.

Z rozrzewnieniem wspominam świetnych sztygarów, których mieliśmy: Bolka Chromego, Jasia Małkińskiego czy sztygara Hałacza. Z Małkińskim wiąże się zresztą świetna anegdota z 1986 albo 1987 roku. To były czasy, kiedy przy okienku płacono od razu gotówkę za wykonane metry na zmianie – zrobiliśmy pięć czy sześć metrów i zawsze była kasa do ręki. Potem ten przywilej wstrzymano. Pewnego razu sztygarowi Małkińskiemu bardzo zależało, żebyśmy zrobili dodatkowy metraż pod ziemią. Myśmy się zaparli: „Jasiu, nie ma gotówki przy okienku, to nie zostajemy dłużej. Zrobimy swoje przez siedem godzin i wyjeżdżamy na górę”. A Jasiu ze swoim specyficznym, wschodnim akcentem przekonywał nas: „Panowie, jak zrobicie metry, to cała kopalnia się dowie! Wszyscy będą wam zazdrościć!”. Pytaliśmy go, czy nas nie oszukuje – padały i mocniejsze słowa – ale zarzekał się, że wszystko będzie okej.

Daliśmy się namówić, zrobiliśmy te dodatkowe metry i wyjeżdżamy na górę. Przychodzimy pod okienko i mówimy: „No to, Jasiu, daj kasę!”. A nasz sztygar bez słowa podniósł słuchawkę, wykręcił numer, po czym z kopalnianego radiowęzła poleciał komunikat na cały zakład: „Dla załogi oddziału szóstego sztygara Małkińskiego – piosenka La Cucaracha!” [śmiech]. I to była ta cała nagroda, o której dowiedziała się cała kopalnia i śmiali się z nas przez kolejne miesiące.

Związkowa kariera. „Ty mosz godane”

fot. Katarzyna Zaremba-Majcher

A jak to się w ogóle w tej „Solidarności” zaczęło? Mamy rok 1989. Ja jestem szarym, zwykłym członkiem związku, jednym z pierwszych po wznowieniu działalności. W lipcu wracam z pracy do domu i nagle z piskiem opon zatrzymuje się przy mnie żółty maluch. Wysiada z niego jeden z moich najlepszych przyjaciół – Mirek Sikora, który stał wtedy na czele tymczasowej komisji założycielskiej. Mówi: „Kuźwa, przyjdź jutro na gruba, trzeba zrobić strajk. Nie ma przewodniczącego, ty mosz godane, to przyjdziesz i zrobisz masówka”. Ten strajk dotyczył spraw socjalnych, ale głównie politycznych – protestowaliśmy przeciwko wyborowi Jaruzelskiego na prezydenta. Mówię mu: „Chopie, ale o co ci chodzi, ty to rób”. Ale koniec końców przyszedłem o 4.30 rano, stanąłem pod kominem i szybem Janusz na masówce. Strajk, który miał trwać dwie godziny, trwał dwie i pół, bo człowiek cały czas nawijał.

I tak to ruszyło. Wpadło pierwsze doraźne oddelegowanie, a we wrześniu pierwsze wybory. Gdy pierwszy przewodniczący zrezygnował, wybrano na to miejsce dyspozytora Janka Jakima, a ja jako 24-latek zostałem wiceprzewodniczącym i jednym z najmłodszych działaczy na tym szczeblu w całej „Solidarności”. Na przełomie lat 1992 i 1993, mając największe poparcie załogi, zostałem już szefem związku na Rymerze.

Ta kopalnia była wyjątkowo niepokorna. Zawsze waliliśmy tłumnie na te wszystkie strajki, braliśmy bardzo licznie udział we wszystkich demonstracjach warszawskich w latach 90. Pamiętam ogromny, chyba najtrudniejszy dla górnictwa i „Solidarności”, strajk z 1994 roku. Zaczął się w kopalniach miedzi, przeniósł na Bełchatów, a potem na kopalnie węgla kamiennego. Chodziło o podwyżki i układy zbiorowe.

Po jakimś czasie strajk się załamał – najpierw w Bełchatowie, potem na miedzi – a rządzące wtedy po raz pierwszy po transformacji postkomuchy nie chciały zapłacić za protest. Zostaliśmy na placu boju sami z kopalnią Anna w Pszowie. Walczyliśmy trzy tygodnie tylko o to, by ludzie dostali chociaż minimalne rekompensaty i nie poszli z torbami. Pamiętam jak dziś, gdy kończyliśmy ten strajk. Wyszedłem do tych ludzi i mówię: „Chopy, nic się nie udało załatwić. Przegraliśmy ten strajk totalnie. Przepraszam was za to”. A jeden chłopak krzyczy z tłumu: „Domin, nic się nie stało, nie dzisiaj, to jutro im wpierdolimy!”.

Niestety, to za czasów Akcji Wyborczej Solidarność i rządu premiera Jerzego Buzka zlikwidowano najwięcej kopalń. Co niektórzy do dziś mówią, że myśmy wtedy górnictwo po prostu sprzedali. Ja tak tego nie odbieram, chociaż „Solidarność” co do reformy Buzka była już wtedy mocno podzielona. Było skrzydło radykalne, które kopalń chciało bronić, i skrzydło bliższe AWS-owi, przez co ta likwidacja poszła tak szeroko. Ja byłem jednym z tych nielicznych niepokornych, którzy głośno się na to nie zgadzali, za co rugały mnie nawet władze krajowe związku. Co ciekawe, do likwidacji wybierano wtedy kopalnie, które miały bardzo silną „Solidarność” – 1 Maja, Rymer, Morcinek, ZMP czy Andaluzję. Dostawaliśmy po prostu w dupę za swoją niezależność.

Później moja droga potoczyła się szybko: w 1994 roku stanąłem na czele struktury międzyzakładowej w Rybnickiej Spółce Węglowej. W 2003 roku, po rezygnacji Heńka Nakoniecznego, mając 38 lat, zostałem wybrany na szefa Krajowej Sekcji Górnictwa Węgla Kamiennego. W 2010 roku Piotrek Duda z naszego regionu został szefem Komisji Krajowej, a rok później ja objąłem przywództwo w Regionie Śląsko-Dąbrowskim – największym regionie w Polsce, z czego jestem niezwykle dumny.

Budynek po szybie Janusz i strajk w święta

fot. Katarzyna Zaremba-Majcher

Dla nas to miejsce miało szczególne znaczenie – po ponownym zalegalizowaniu „Solidarności” szyb Janusz stał się naszym głównym punktem zbornym. Dokoła na placu rozwieszone były głośniki z zakładowego radiowęzła. Kiedy ludzie dowiadywali się, że o 5.30 organizujemy masówkę, przed szybem gromadziły się setki pracowników. To stąd przekazywaliśmy załodze najważniejsze informacje i to tutaj brały swój początek wszystkie strajki na Rymerze, a było ich niemało.

Największy i najbardziej dramatyczny z nich wybuchł 8 grudnia 1992 roku. To był czas, kiedy całe polskie górnictwo weszło brutalnie w wolny rynek – bez osłon, w realiach planu Balcerowicza. W kraju działało wtedy 71 kopalń zatrudniających blisko 380 tysięcy ludzi, a kopalnie – walcząc o przetrwanie – zaczęły stosować wobec siebie wściekły dumping cenowy. Najlepiej radziły sobie zakłady żyjące z eksportu, natomiast Rymer sypał węgiel głównie na rynek krajowy, gdzie ceny były głodowe. Koszty szły w górę, spółka przestała płacić m.in. na kluby sportowe, a dyrekcja jeździła z reklamówkami do elektrowni i ciepłowni, błagając o jakiekolwiek zaliczki za węgiel. W końcu energetyka odmówiła dalszych przedpłat i okazało się, że na wynagrodzenia dla ludzi po prostu nie ma ani grosza.

Strajk trwał niemal miesiąc – zaczął się 8 grudnia, a zakończył dopiero po Trzech Królach, 7 stycznia. Miał charakter rotacyjny, ale dyżury trwały bez przerwy. Do dziś pamiętam tamtą Wigilię: najpierw szybka kolacja z rodziną w domu, a potem nocny dyżur na kopalni, bo jako przewodniczący komitetu strajkowego musiałem tu być na miejscu. Ostatnią kopalnią, która przyłączyła się do tego protestu, była kopalnia Anna w Pszowie, gdzie do akcji włączyli się kolejarze, blokując wywóz węgla.

Udało nam się wtedy wywalczyć powołanie Rybnickiej Spółki Węglowej, ale tamten grudniowy strajk pod szybem Janusz pozostaje jednym z najbardziej wyrazistych symboli walki o przetrwanie naszej kopalni i ludzi tu pracujących.

Wielkie protesty lat 90. i cudowne ozdrowienie

fot. archiwum prywatne Dominika Kolorza

Protesty w latach 90. i dzisiaj to zupełnie dwa różne światy. Początek tamtej dekady to była walka o przetrwanie, bo mieliśmy nóż na gardle, brakowało na wypłaty i zarobki były bardzo niskie. Organizowaliśmy wtedy najostrzejsze demonstracje. Pamiętam 1995 rok i tę naszą gigantyczną demonstrację w Warszawie. Tam się wtedy praliśmy zdrowo z policją – latały petardy, gaz, strzelały gładkolufówki, a nawet paliły się policyjne wozy. W pewnym momencie zaczęła się szarża policji na koniach. W chaosie, dymie i gazie patrzymy z kolegą, a kawałek od nas siedzi facet na wózku inwalidzkim. Mówimy do siebie: „Chodź, zabierzemy go stąd, bo go te konie po prostu stratują!”. Pędzimy do niego, a facet siedzi niewzruszony i krzyczy: „Nie, ja tu zostaję, jestem tu z wami!”. My na to: „Chłopie, ale chodź, bo zaraz na nas wjadą”. On uparty: „Nie!”. Policja na koniach naciskała już tak mocno, że uciekliśmy kawałek dalej, żeby nas nie dogonili. Oglądamy się za siebie, co z tym człowiekiem, a ten facet… nagle wstaje z tego wózka i spokojnym krokiem idzie sobie w stronę policji! Wiadomo było od razu, co to był za „cud w Warszawie” i kto to naprawdę był.

Wtedy mieliśmy do czynienia z niewiarygodną, żywą, międzyludzką solidarnością. Chłop stał za chłopem. Jak jechaliśmy na protest do Warszawy, musieliśmy zamykać listy, bo brakowało kasy na autobusy i autokarów. Dzisiaj żyjemy w świecie internetu i cyfryzacji – ludzie wolą dać „łapkę w górę”, zamiast fizycznie wyjść na ulicę. Działamy dziś bardziej siłą argumentów niż argumentem siły. Czujemy ten brak żywego wsparcia. Jeśli ludzie nie zrozumieją, że trzeba wrócić do korzeni i wspierać się nawzajem w obronie swojego zakładu – obojętnie, czy to kopalnia, huta, czy szpital – to będą nas pojedynczo likwidować i Śląsk po kawałku zostanie rozebrany, i zostaną tylko ruiny, jak te po kopalni Rymer. Obym nie miał racji.

Knajpa Mimoza, gdzie krew lała się strumieniami

fot. Katarzyna Zaremba-Majcher

Knajpa, która dzisiaj się nazywa Stara Palmiarnia Mimoza, a kiedyś nazywała się po prostu Mimoza, powstała w latach 60. Kiedyś nawet film „Pięciu” w niej nagrywano, to była historia zasypanych pod ziemią górników, z powstaniami śląskimi w tle. To był taki centralny punkt życia w dzielnicy Niedobczyce, w latach, gdy funkcjonowały tu kopalnia Rymer i Rybnickie Zakłady Naprawcze.

Bardzo często dochodziło tu do różnego typu scysji pomiędzy Hanysami i Gorolami i trwało to gdzieś do połowy lat 80. Różne rzeczy się tutaj działy, szczególnie na tych schodach przy wejściu. Czasami i krew się lała. Te wszystkie animozje się pokończyły, być może dlatego, że wielu Goroli sobie wzięło za żony Hanyski. Myślę, że teraz bez względu na to, czy ktoś jest Hanys czy Gorol, jesteśmy dla siebie kolegami, przyjaciółmi, utożsamiamy się już z tą ziemią. I to niezależnie od tego, czy ktoś się urodził w Szczecinie, Rzeszowie, Kielcach, Rybniku czy w Knurowie. I myślę, że to jest bardzo fajne, że ci, których przywożono tu kiedyś przysłowiowymi autobusami, teraz zrośli się nierozerwalnie ze Śląskiem.

Dawna siedziba Rybnickiej Spółki Węglowej i zamurowane drzwi

fot. Katarzyna Zaremba-Majcher

Wybrałem to miejsce, bo w 1993 roku – po słynnym strajku, o którym już wspominałem – powstała tutaj Rybnicka Spółka Węglowa. Na tamte czasy była to najsilniejsza, najbardziej wydajna i ekonomicznie potężna spółka w całym polskim górnictwie. Ale z drugiej strony działy się tu też rzeczy niezwykle trudne. Gdy w 1997 roku do władzy doszła Akcja Wyborcza Solidarność, od kolejnego roku w strukturach spółki ruszyła likwidacja kopalń. Zamykano kopalnię Rymer czy 1 Maja, łączono też Annę z Rydułtowami.

Pod tą bramą toczyliśmy ostre boje i organizowaliśmy mnóstwo protestów. Działy się tu sytuacje absolutnie niekonwencjonalne – jak wtedy, gdy dogadaliśmy się z Radą Nadzorczą RSW, która po cichu, bez wiedzy ministra skarbu odwołała niemal cały ówczesny zarząd. Podczas demonstracji potrafiło być naprawdę gorąco. Raz od eksplozji petard poparzony został prezes spółki, a w 1999 roku, przy protestach wokół likwidacji kopalni 1 Maja, tak wkurzyliśmy się na zarząd, że po prostu zamurowaliśmy drzwi i zabiliśmy je gwoździami. Ślady na elewacji po tamtych gwoździach widać zresztą pod bramą do dzisiaj.

fot. Katarzyna Zaremba-Majcher

Dzisiaj ta struktura w pewien sposób odżyła, bo mieści się tu siedziba kopalni ROW, która powstała z połączenia zakładów tworzących dawniej rybnicką spółkę. I nie chwaląc się – bo wszyscy w branży o tym wiedzą – ROW to mimo trudnych czasów wciąż najlepsza i najbardziej perspektywiczna część Polskiej Grupy Górniczej. Zgodnie z Umową Społeczną, którą sam miałem okazję negocjować i w dużej mierze współtworzyć, kopalnie Chwałowice i Jankowice mają funkcjonować aż do 2049 roku. W ciągu najbliższych kilku lat zostaną one w pełni połączone dołem, a całe wydobycie z Chwałowic trafiać będzie na zakład przeróbczy Jankowic.

Ale ten czas funkcjonowania w Rybnickiej Spółce Węglowej dobrze pamiętam też z innych powodów. Wtedy po raz pierwszy część naszych związkowych kadr zaczęła przechodzić na „drugą stronę” – zostawali dyrektorami ds. pracy na kopalniach, tak jak np. Jurek Janczewski, późniejszy wiceprezes PGG. Często śmialiśmy się z hasła, że „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia” i że były związkowiec bywa najsurowszym dyrektorem.

Wielu świetnych ludzi poszło wtedy do zarządów kopalń, w politykę albo do biznesu, przez co „Solidarność” trzeba było budować na nowo. Najsmutniejsze jest to, że część elit związkowych z tamtych lat niestety zapomniała o służbie ludziom i wybrała pogoń za karierą oraz władzą, choć nie brakuje ludzi, którzy na nowych, eksponowanych stanowiskach zachowywali się przyzwoicie.

Mimo wszystko Rybnicka Spółka Węglowa pozostaje dla mnie symbolem ogromnej siły polskiego górnictwa i miejscem, w którym wywalczyliśmy dla tego regionu naprawdę wiele.

Stadion ROW Rybnik (dawniej Rybnickiego Klubu Motorowego)

fot. Katarzyna Zaremba-Majcher

Moja przygoda z żużlem zaczęła się, kiedy byłem jeszcze łebkiem. Na swój pierwszy mecz na ten stadion poszedłem chyba w 1974 roku. W Rybniku poza kopalniami, żużel był przecież absolutnie najważniejszy. To stąd wywodzili się pierwsi polscy medaliści mistrzostw świata, jak Antoni Woryna czy Andrzej Wyglenda, którzy zdobywali złoto w parach na tym torze. Rybnik to przecież kilkunastokrotny mistrz Polski. Jako kibic mocno połknąłem tego bakcyla. Kiedyś marzyłem nawet, żeby samemu zostać żużlowcem, ale nic z tego nie wyszło. Z czasem jednak, przez znajomości z zawodnikami, trafiłem do zarządu klubu – najpierw jako członek, potem wiceprezes ds. sportowych, a ostatecznie przez dwa i pół roku byłem prezesem RKM-u Rybnik.

Gdy w 1997 roku wchodziliśmy do klubu, po tym jak w okresie transformacji kopalnie przestały finansować sport, zastaliśmy absolutną ruinę. ROW po raz pierwszy w historii spadł wtedy do drugiej ligi. Wyobraźcie sobie, że pierwsze posiedzenie naszego zarządu w wieżyczce na stadionie robiliśmy dosłownie przy świeczkach. Nie było prądu, ogrzewania, warsztatu – nie było po prostu niczego. Same trybuny pamiętały jeszcze lata 50., z drewnianymi ławkami dookoła, a tor był dłuższy i łatwiejszy niż dziś.

Dzięki temu, że część działaczy „Solidarności” była wówczas posłami AWS-u, udało nam się wywalczyć u ministra sportu dofinansowanie na jedną czwartą kosztów kapitalnego remontu stadionu. Świętej pamięci prezydent Adam Fudali, jak usłyszał, że mamy te pieniądze, aż podskoczył z radości. Miasto dało resztę kasy, stadion przeszedł kompletną przebudowę i do dziś wygląda całkiem przyzwoicie.

Pieniądze na funkcjonowanie klubu pozyskiwaliśmy głównie od Elektrowni Rybnik, Rybnickiej Spółki Węglowej oraz lokalnych firm, takich jak Purmo czy Energo-Inwest. Jako rozpoznawalny już wtedy związkowiec musiałem zresztą bardzo uważać na potencjalnych sponsorów, żeby nie wpaść w jakąś pułapkę i żeby nikt nie oczekiwał w zamian „załatwiania” nieuczciwych interesów na kopalniach. Płaciliśmy wtedy zawodnikom za zdobyte punkty na torze, a nie za samo siadanie na motocykl, co z dzisiejszej perspektywy pokazuje, że to był prawdziwy sport.

Z czego jestem najbardziej dumny? Oprócz odbudowy stadionu, przede wszystkim z tego, że w Rybniku jeździła wtedy paka naszych wychowanków – chłopcy stąd, którzy chcieli za ten klub umierać na torze. Zbudowaliśmy świetną młodzieżową ekipę: był Łukasz Romanek, Rafał Szombierski, Roman Chromik, Adam Pawliczek, który łoił wtedy na torze samego Golloba, czy bracia Skupieniowie. Zdobywali medale mistrzostw świata i Europy. Brakowało nam tylko jednego – postawienia tej słynnej kropki nad „i” i awansu do Ekstraligi. Zawsze brakowało tego błysku na koniec. Presja kibiców rosła, pojawiało się narzekanie i w kolejnych wyborach już nie startowałem. Co ciekawe, rok później dokładnie ta sama drużyna wywalczyła ten awans.

Dzisiaj rybnicki żużel jest na swego rodzaju sinusoidzie, a skład tworzy zaciężna armia zagranicznych zawodników i zaledwie dwóch wychowanków. To chyba dowód na to, że coś z tym szkoleniem poszło nie tak. Ja sam żużel wolę już dziś oglądać w telewizji i na stadionie jestem chyba pierwszy raz od 10 lat. Ale cieszę się, że wtedy z chłopakami postawiliśmy ten klub na nogi i zostawiliśmy po sobie coś trwałego.

Siedziba Śląsko-Dąbrowskiej „Solidarności” w Katowicach

fot. Katarzyna Zaremba-Majcher

Ten budynek był świadkiem przełomowych wydarzeń dla całego naszego regionu. To właśnie tutaj w 2005 roku przygotowaliśmy obywatelski projekt ustawy o emeryturach górniczych. Gdyby nie nasza ówczesna inicjatywa, po reformie emerytalnej Jerzego Buzka prawo do przechodzenia na emeryturę po 25 latach pracy pod ziemią wygasłoby z końcem 2006 roku, a górnicy musieliby pracować co najmniej do 55. roku życia. Udało nam się to obronić i te przepisy funkcjonują do dzisiaj.

To również tu rodziły się największe akcje protestacyjne. W 2013 roku zawiązał się tu Międzyzwiązkowy Komitet Protestacyjno-Strajkowy i zorganizowaliśmy pierwszy na Śląsku, prawdziwy strajk solidarnościowy. Podnosiliśmy wtedy po raz pierwszy kwestię walki z umowami śmieciowymi i sprzeciwialiśmy się podwyższaniu wieku emerytalnego, co ostatecznie przyniosło skutek i wiek emerytalny przywrócono do poziomu 60/65 lat. Pamiętamy też wielkie, blisko trzytygodniowe protesty z początku 2015 roku, gdy rząd Ewy Kopacz ogłaszał likwidację sześciu kopalń. Wielu ludzi porównywało tamten zryw do czwartego powstania śląskiego. Dzisiaj górnictwo to wciąż najbardziej zintegrowana i skonsolidowana branża na Śląsku. I choć jest nas mniej niż 10-15 lat temu, górnicy nadal potrafią solidaryzować się z innymi i wychodzić na ulice w obronie nauczycieli, rolników czy służby zdrowia.

Tworzyliśmy tu także ważne dokumenty – projekt Funduszu Transformacji Śląska czy Umowę Społeczną. Niestety, kolejne ekipy rządzące chyba nawet dokładnie ich nie przeczytały. W Umowie Społecznej zapisaliśmy przecież nie tylko harmonogram wygaszania kopalń, ale przede wszystkim konkretne inwestycje w nowoczesne technologie, takie jak zgazowywanie węgla, produkcja metanolu czy instalacje CCS. To rozwiązania, na których swoje bezpieczeństwo i gospodarkę budują dziś chociażby Chińczycy. U nas te zapisy leżą na półce.

Nie zapominajmy, że oprócz przygotowania spektakularnych projektów i akcji nasza siedziba jest też miejscem, gdzie na co dzień wykonujemy mnóstwo pracy organicznej. Udzielamy merytorycznej i prawnej pomocy dla ponad 600 zrzeszonych u nas organizacji zakładowych – wspieramy ich w trudnych negocjacjach płacowych, sprawach BHP czy po prostu w codziennych, ludzkich problemach pracowników.

Nasz cel długofalowy jest prosty: chcemy dla mieszkańców Śląska dobrych, trwałych i bezpiecznych miejsc pracy. Nie jesteśmy ludźmi szalonymi. Gdyby ktoś likwidował kopalnię, ale dawał ludziom tuż obok nową, równie stabilną i dobrze płatną pracę, nikt nie trzymałby się ciężkiej roboty pod ziemią. Ale niszczenie własnego przemysłu i uzależnianie się od zagranicznych surowców czy obcego gazu w dobie kryzysów energetycznych to po prostu błąd, jakiego nie popełnia żaden gospodarz. Idealnym scenariuszem dla Śląska jest mądra transformacja połączona z maksymalnym utrzymaniem naszego przemysłu ciężkiego, energetyki, hutnictwa i stalowni.

Czy obawiam się o przyszłość związków zawodowych za kilkanaście lat? Niestety, młodzi ludzie rzadziej garną się dziś do jakichkolwiek wspólnot. Świat cyfrowy, brak autorytetów i 20 lat nieustannej wojny polsko-polskiej sprawiają, że zwykle młodzi ludzie widzą tylko czubek własnego nosa i dają się nabierać na polityczne obietnice, choć oczywiście nie brakuje wśród nich znakomitych i wartościowych ludzi. Wydaje mi się, że gdyby tak spojrzeć na dzisiejsze czasy z perspektywy mojego pokolenia, kiedy byliśmy młodzi, to z naszym ówczesnym temperamentem całe to dzisiejsze polityczne tałatajstwo po prostu pogonilibyśmy w cholerę i zrobili porządne, nowe otwarcie.

***
Dominik Kolorz, przewodniczący Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ „Solidarność”

fot. Katarzyna Zaremba-Majcher

W 1988 roku wstąpił do „Solidarności” w kopalni Rymer. W 1989 roku został wiceprzewodniczącym Komisji Zakładowej związku. Od 1991 roku pełnił funkcję jej przewodniczącego. W 1996 roku został szefem Międzyzakładowej Komisji Koordynacyjnej NSZZ „Solidarność” Rybnickiej Spółki Węglowej. W latach 1998-2002 był wiceprzewodniczącym Sekcji Krajowej Górnictwa Węgla Kamiennego i Energetyki NSZZ „Solidarność”. Od 2003 roku przewodniczył górniczej „Solidarności”. W marcu 2011 roku został wybrany przewodniczącym Śląsko-Dąbrowskiej „Solidarności”. Walne Zebrania Delegatów Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ „Solidarność” ponownie powierzały mu tę funkcję w kolejnych kadencjach. W czerwcu 2023 roku został wybrany szefem regionalnych struktur związku na kadencję 2023-2028.

Dominik Kolorz jest jednym ze współautorów i sygnatariuszy „Umowy społecznej dotyczącej transformacji sektora górnictwa węgla kamiennego oraz wybranych procesów transformacji województwa śląskiego”. Obok działalności związkowej zajmuje się też polityką klimatyczno-energetyczną. Jest promotorem idei reindustrializacji polskiej gospodarki.

Ma 61 lat, żonaty, troje dorosłych dzieci. Interesuje się sportem i muzyką rockową.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

W Górniczej o chłopaku z katowickiego Wełnowca, który zarządza kopalnią w… Chile

Jak to jest zwyciężyć w konkursie BHP organizowanym przez górniczą spółkę? Co trzeba zrobić, by znaleźć pracę w górnictwie w Chile? I jaka historia kryje się za dąbrowską kopalnią Paryż? O tym m.in. przeczytają Państwo w najnowszym wydaniu Trybuny Górniczej, która ukaże się już w najbliższy piątek 6 listopada.

Porozumienie w Elektrowni Rybnik. Będzie pakiet osłonowy dla załogi

Pracownicy Elektrowni Rybnik mają otrzymać wsparcie w procesie transformacji. Zakłada to porozumienie podpisane przez tamtejsze związki zawodowe z władzami spółki PGE GiEK.

Węglowa spółka zawarła aneks do umowy wieloletniej na dostawę węgla

Bogdanka zawarła z Enea Wytwarzanie aneks do umowy wieloletniej na dostawę węgla, zawartej na okres do 31 grudnia 2036 r. - poinformowała Bogdanka w komunikacie. 

PGG opublikowała pierwszy raport zrównoważonego rozwoju. Firma wskazuje na pracowników, środowisko i sprawiedliwą transformację

Polska Grupa Górnicza S.A. przygotowała pierwsze Sprawozdanie zrównoważonego rozwoju Grupy Kapitałowej za 2025 rok. Dokument ma pokazać, jak działalność największego w Unii Europejskiej producenta węgla kamiennego wpływa na pracowników, lokalne społeczności i środowisko.