Centralna Stacja Ratownictwa Górniczego pod lupą NIK
O sprawie we wtorek informował już portal \"Trybuny Górniczej\" nettg.pl (NIK stwierdziła nieprawdłowości w CSRG). Zarzuty kontrolerów NIK dotyczą głównie finansów. Ich zdaniem przez utworzenie dwóch spółek-córek CEN-RAT i CEN-MED stacja poniosła straty. Zrzekła się m.in. dochodowego rynku usług inertyzacyjnych, czyli wytwarzania i wtłaczania gazów do zagrożonych pożarem kopalnianych wyrobisk. Chodzi o 9 mln zł w ciągu czterech lat. Do stacji w formie dywidendy trafiło tylko 40 proc. tej kwoty. To zaś oznacza, że do budżetu państwa odprowadzono 200 tys. zł, a nie należne 1,3 mln zł.
Prezes CSRG, Stanisław Parol, nie zgadza się z lwią częścią zarzutów NIK. Zapowiada, że dobrego imienia firmy będzie bronił w sądzie. - Nie odpuszczę. Ktoś tu wymyślił sobie tezę i podstawił pod nią cyfry - podkreśla.
Wiceprezes NIK, Jacek Kościelniak, twierdzi, że sprawa sądowa byłaby precedensem. - Nie wydajemy decyzji administracyjnych. Kontrolujemy i przedstawiamy wyniki. Szefowie stacji zapoznali się z nimi, zgłosili uwagi - wyjaśnia Kościelniak.
Kontrolerzy wytknęli też stacji, że w latach 2006 i 2007 pozyskała od Narodowego Funduszy Ochrony Środowiska oraz Ministerstwa Gospodarki 6 mln zł dotacji na niepotrzebne jej urządzenia. Te maszyny były natychmiast wydzierżawiane spółce CEN-RAT i to jej przynosiły zyski.
- Niczego nie wyłudzaliśmy - podkreśla prezes Parol. - Zarówno ministerstwo jak i fundusz badały tę sprawę i nie znalazły nieprawidłowości.
Kolejne zarzuty dotyczą wykorzystywania samochodów służbowych. Były prezes stacji, Zbigniew B., jeździł m.in. służbowym subaru na polowanie, a kierowca woził go codziennie do pracy ze Szczyrku do Bytomia i z powrotem. To według NIK miało kosztować łącznie ponad 500 tys. zł. Były prezes zwrócił już stacji część tej kwoty.
Pierwsza afera Centralną Stacją Ratownictwa Górniczego w Bytomiu wstrząsnęła już w 2004 roku. Wtedy kontrolerzy Naczelnej Izby Kontroli wykryli tam nepotyzm i nadużycia finansowe. Ich zdaniem stacja straciła 4 mln zł. Nie skończyło się wtedy na wnioskach pokontrolnych. Były prokuratorskie zarzuty i proces.
Zdaniem Edmunda Sroki, dyrektora katowickiej delegatury NIK, mimo wyciągnięcia tych surowych konsekwencji, w bytomskiej stacji nie nastąpiły oczekiwane zmiany. Potwierdzają to wykryte ostatnio nieprawidłowości.
- Ta kontrola była nierzetelna. Z częścią zarzutów nie dyskutowaliśmy. Dotyczyły one czasów decyzji podejmowanych przez stary zarząd. Skorzystaliśmy z sugestii kontrolerów i wprowadziliśmy zmiany. Inne zarzuty są jednak bezpodstawne. Chodzi o sugestię wyłudzenia z NFOŚiGW oraz z Ministerstwa Gospodarki dofinansowania na zakup generatorów azotu. Byliśmy kontrolowani przez te instytucje. Nie miały do nas żadnych zastrzeżeń - podkreśla stanowczo Stanisław Parol, prezes Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego. Twierdzi też, że sporządzono dwa odmienne protokoły pokontrolne: dla stacji i dla ministerstw. Prezes jest gotowy walczyć o dobre imię spółki w sądzie. Wczoraj składał wyjaśnienia w Ministerstwie Skarbu.
Co wykryli kontrolerzy? 29 maja 2003 roku stacja wyodrębniła dział usług komercyjnych i powierzyła go spółce-córce o nazwie CEN-RAT. Chodziło o usługi inertyzacyjne, czyli wytwarzanie i wtłaczanie gazów do zagrożonych pożarem kopalnianych wyrobisk. To - poza dotacjami z budżetu - było główne źródło dochodów stacji. W ciągu czterech lat CEN-RAT zarobił na tym według NIK aż 9 mln zł. 40 proc. zysku z tej kwoty w formie dywidendy trafiło do stacji. Pamiętać należy jednak, że spółka w całości jest własnością stacji.
Zdaniem NIK stacja jedno urządzenie do inertyzacji przekazała spółce aportem, inne wydzierżawiła, nie mając na to zgody Ministerstwa Skarbu. Obsługiwali je pracownicy CSRG w ramach dodatkowo płatnej umowy.
W latach 2006-2007 stacja wystąpiła do NFOŚiGW oraz do Ministerstwa Gospodarki o dotację na zakup kolejnych urządzeń - generatorów azotu. - One nie były stacji potrzebne. Zaraz po zakupie urządzeń wydzierżawiono je spółce-córce. To jej przynosiły zyski. M.in. bez zgody poddzierżawiała je Kompanii Węglowej. Sama spółka nie dostałaby takiej dotacji - podkreśla Jacek Kościelniak, wiceprezes NIK.
Prezes Parol, uważa jednak te zarzuty za bezpodstawne. Obecnie stacja ma już zgodę na dzierżawienie urządzeń spółce zależnej, choć wcześniej takich formalności jednak nie dopełniła.
Inne zastrzeżenia NIK dotyczą działalności CEN-MED-u zajmującego się świadczeniami medycznymi dla ratowników. Zdaniem kontrolerów za usługi warte ok. 300 tys. zł stacja zapłaciła jej ponad 900 tys. zł. Umowy z tą spółką miały być dla stacji niekorzystne. Były zawierane na ustne polecenie byłego prezesa, Zbigniewa B.
B. miał także wbrew przepisom jednoosobowo zaciągać zobowiązania finansowe, łamiąc prawo zamówień publicznych, i preferując zaprzyjaźnione firmy reklamowe i poligraficzne. Podpisywano też umowy na usługi z osobami z zewnątrz. Dwie osoby zarobiły na nich 140 tys. zł. Tymczasem zadania te powinni wykonać pracownicy stacji w ramach obowiązków.
- Na łamach czasopisma wydawanego przez stację wspierano także pewnych kandydatów do Parlamentu Europejskiego - dodaje Jacek Kościelniak.
Były prezes Zbigniew B. jest na emeryturze. W 2007 r. był podejrzanym w sprawie mafii węglowej. Tej, w której zarzuty zamierzano postawić zmarłej Barbarze Blidzie. B. był podejrzany o \"przyjęcie obietnicy\" udzielenia mu łapówki w czasie, gdy był szefem Rudzkiej Spółki Węglowej. Pieniądze rzekomo miała mu przekazać Blida. Ta sprawa nie znalazła potwierdzenia w dowodach. Umorzono ją.
Zarząd stacji wydał wczoraj oświadczenie. Za niezasadne uznał zarzuty dotyczące m.in. sfery finansów i spółek-córek.
- Już podczas uzgodnień ustąpiono nam w wielu sprawach - podkreśla prezes Stanisław Parol. Dodaje, że będzie walczyć o dobre imię firmy. - To draństwo przekładać bezprawne decyzje byłego prezesa na cały obecny zarząd. Nie spoczniemy dopóki pewne słowa nie zostaną \"odszczekane\" - zapewnia.
Czytaj też:
NIK stwierdziła nieprawdłowości w CSRG