Cena złota
Całe ciało przeszywa dreszcz, żołądek podchodzi do gardła, a w uszach narasta ból. Gdy zjeżdża się pierwszy raz pod ziemię, człowiek naprawdę czuje strach.
Jest kilka minut po siódmej. Do windy wcisnęli się ostatni górnicy porannej szychty. Lodowaty wiatr hula po szybie. To klimatyzacja. Bez niej nie dałoby się wytrzymać na dole. Po ścianach sączy się woda, żeby związać unoszący się wszędzie pył. Rozlega się dzwonek i windziarz opuszcza kratę. Metal z piskiem ociera się o szynę, dookoła panuje półmrok. Jedno szarpnięcie i metalowa klatka pędzi w dół - czytamy w onet.pl, który zamieścił reportaż z niemieckiej gazety \"Süddeutsche Zeitung\".
Winda zjeżdża z prędkością szesnastu metrów na sekundę. Wiatr dmucha od dołu przez kombinezony i ze świstem wylatuje przez kołnierz. Jeżeli ktoś nurkował w morzu, zna uczucie pojawiające się w uszach. Podobnego wrażenia doświadcza człowiek zjeżdżający do wnętrza ziemi: z sekundy na sekundę narasta ciśnienie w bębenkach. Trzeba połykać ślinę i szeroko otwierać usta, żeby złagodzić nasilający się ból.
Jakalas pracuje pod ziemią już od 34 lat. Labirynt wyrobisk i szybów zna jak własną kieszeń, a oczy i uszy już dawno przestały się czemukolwiek dziwić. Nie dlatego, że na wszystko zobojętniały. 51-letni górnik musi być czujny jak zwierzę. Fedruje na przodku i pilnuje, by jego grupa nie popełniła żadnego błędu. Nawet najmniejsze niedopatrzenie może kosztować życie.
Jakalas nie pracuje w pierwszym lepszym kopalnianym szybie, lecz w Moab Khotsong, najgłębszym i najdłuższym szybie górniczym na świecie. Inżynierowie wydrążyli go pionowo w czarnym kwarcu, na nieurodajnych obszarach położonych na zachód od Johannesburga. Niedługo technicy zamierzają zejść jeszcze niżej. Może nawet na głębokość czterech tysięcy metrów. A wszystko dlatego, że na dole spoczywa ogromny skarb – złoto.
Już w XIX wieku rejon Witwatersrandu stał się sławny dzięki pierwszym odkryciom złotego kruszcu. Okolica przypomina gigantyczną nieckę, skrywającą największe jego pokłady na świecie. Już w przeszłości Republika Południowej Afryki zawdzięcza złotu swój rozwój gospodarczy. Nawet dzisiaj na Przylądku Dobrej Nadziei działa ponad 1000 kopalni odkrywkowych i głębinowych, przekopujących ziemię w poszukiwaniu ponad pięćdziesięciu bogactw naturalnych. Johannesburg, dawne osiedle poszukiwaczy złota, wyrosło na barwną, milionową metropolię i najnowocześniejsze miasto na kontynencie afrykańskim. Tubylcy nazywali tę okolicę \"eGoli\" – miejsce złota.
Przypuszcza się, że w RPA spoczywa ponad połowa światowych rezerw złota. Nigdzie indziej inżynierowie nie przeprowadzają głębszych odwiertów niż na Przylądku Dobrej Nadziei. Kiedyś nie musieli tego robić, bo złoto leżało w górnych warstwach ziemi. Jednak z upływem czasu pokłady wyczerpały się i spółki górnicze coraz głębiej drążą w ziemi.
Czy opłacają się poniesione nakłady? Trzy, cztery tysiące metrów to zawrotne głębokości. Warstwy skał są tam nagrzane do temperatury 50 stopni Celsjusza. Johan Ferreira, menedżer Moab Khotsong nie wątpi w sukces. Inżynier mówi, że na dole jest jeszcze wiele do wydobycia. Ale z każdym metrem coraz trudniej pokonać opór ziemi.
I akurat teraz, kiedy koncerny chcą się posunąć głębiej, borykają się z kryzysem energetycznym, hamującym rozwój całej Afryki Południowej. Prąd stał się deficytowym towarem, ponieważ państwo zbyt mało i zbyt późno inwestuje w rozbudowę elektrowni. Dlatego w styczniu kopalnie musiały przerwać pracę na trzy dni. Wydobycie wznowiono, ale szok pozostał. Mimo to menedżer Ferreira nie ukrywa opymizmu. – Myślę, że damy radę – stwierdza. Celem jest dotarcie do głębokości czterech tysięcy metrów.
Kopalnia Moab Khotsong należy do koncernu AngloGold i stoi w przededniu złotych czasów. Pierwsze odwierty przeprowadzono już w 1991 roku. Menedżer Ferreira dodaje, że dopiero od dwóch lat kopalnia zaczęła na siebie zarabiać. W 2013 roku będzie się tu wydobywać 1,2 tony złota. Koncern zamierza eksploatować kopalnię do 2048 roku i liczy na zysk w wysokości dwustu milionów euro rocznie.
Dlatego też górnicy wiercą ziemię w pocie czoła. Tego ranka Jakalas i jego ludzie pracują w sztolni łączącej dwa szyby. Idą tam dziesięć minut oświetlonym tunelem, potem skręcają w ciemne rozwidlenie. Na antracytowych ścianach migają światełka latarek mocowanych na kaskach. Klimatyzacja pracuje na pełnych obrotach, mimo to pod ziemią panuje tropikalny żar.
Na końcu tunelu górnicy podparli metalowymi stemplami kamienne sklepienie. Jakalas kontroluje podpory, zanim ludzie włączą wielkie górnicze wiertarki. Bez ochraniaczy na uszach nie da się wytrzymać hałasu maszyn.
Robota jest ciężka, zwłaszcza w wąskich korytarzach, gdzie nie da się stać. Jakalas zna cenę czołgania: kłucie w plecach, ból w stawach. I co jakiś czas człowieka nachodzi strach przed wstrząsami sejsmicznymi, nawiedzającymi region górniczy Południowej Afryki. Tak było 20 lipca 2007 roku, kiedy zginęło dwóch kolegów Jakalasa. Ziemia zaczęła drżeć w piątek. W jednym z szybów oderwała się kamienna lawina i zasypała dwóch ludzi. Dopiero po dwóch dniach udało się ich odkopać.
To nie są odosobnione przypadki. Co roku prawie dwustu górników umiera w tutejszych kopalniach.