Casus „Silesii” – co dalej z kopalnią?
Kopalnia „Silesia” to szczególny przykład wyjątkowej determinacji w restrukturyzacji. Mam swój udział w narzuceniu jej w roku 1996 programu, który tam zrealizowano wyłącznie dzięki niezwykłej kompetencji kadry oraz cierpliwości i determinacji załogi. Zaś związki zawodowe wykazywały się w „Silesii” poczuciem odpowiedzialności, rzadko spotykanym w przemyśle.
To oni, tam w „Silesii”, w ciągu 10 lat zwiększyli wydajność o 80 proc., zmniejszyli zatrudnienie o 70 proc., poprawili efektywność wydobycia prawie trzykrotnie. I po tym wysiłku stają po raz kolejny w ciągu 18 lat przed dylematem likwidacji! Zbliżają się do rekordu „Budryka”, który tylko w ciągu 4 lat od 1990 do 1994 roku, usiłowano 14-krotnie zlikwidować! I to wszystko w kraju, który nie ma żadnej alternatywy energetycznej dla węgla.
Dziś sytuacja kopalni „Silesia” jest nadzwyczajna. Oto bowiem kilka lat temu załoga zdegustowana bezczynnością ówczesnego właściciela, który z różnych powodów pogodził się z końcem istnienia tej kopalni, postanowiła poszukać ratunku w objęciach nowego właściciela.
Innego inwestora nie było
Najpierw sama załoga chciała być właścicielem, tworząc w kopalni pierwszą w historii polskiego górnictwa spółkę pracowniczą. Szybko jednak okazało się, ze załogi po prostu na to nie stać, nawet wtedy, gdyby dostała wszystkie akcje Skarbu Państwa za darmo. Nie byłoby jej stać na jakikolwiek kredyt inwestycyjny, a już na pewno na bezlitośnie ściągany przez Państwo haracz w postaci tzw. dywidendy od własnej, zresztą niechcianej, własności. W tym stanie rzeczy padli oni w ramiona inwestora prywatnego. Dlaczego właśnie tego? Odpowiedź jest prosta: bo żaden inny się nie zgłosił.
Gibson i jego grupa to sympatyczni panowie z dużą wiedzą o górnictwie, zwłaszcza brytyjskim, bowiem tam pracowali jeszcze w czasach wielkiego British Coal, gdzie mamy wielu wspólnych znajomych. Dziś zaimponowali związkowcom zamaszystą wizją rozwoju, co może się podobać, ale nie musi się w to wierzyć – co zresztą słusznie uczynił zarząd Kompanii Węglowej. Poznałem Pana Gibsona na spotkaniu, które zorganizowali związkowcy z „Silesii” (szkoda, że tylko jedno). Dziś stan jest kuriozalny – z jednej strony zarząd Kompanii, słusznie zresztą, zakończył tę farsę inwestorską, w której długo grał tylko rolę niemego świadka; z drugiej zaś strony, sytuacja ta powoduje, że wydaje się, iż pozostaje już tylko likwidacja kopalni. Ale tego akurat dziś zrobić nie wolno.
10 lat temu nikt by się nie pytał
Jeszcze 10 lat temu nikt by się nie zastanawiał i zamknął tę kopalnię z jej prawie 500-milionowym złożem węgli energetycznych. Dziś jednak, kiedy węgla w Polsce brakuje, a import do Polski zbliża się do 10 milionów ton, taka decyzja narazi jej autora na pasmo pytań, zwłaszcza wtedy, kiedy przestanie być władzą. Dlatego też właściciel, kierując się interesem własnym, a przy okazji Polski, musi coś z tą kopalnią zrobić. Co jednak może zrobić?
Aby sięgnąć po złoże „Silesii” trzeba ok. 1 miliarda złotych i 5 lat inwestycji. Tych pieniędzy nie ma Kompania Węglowa. Tych pieniędzy nie zgromadzi się na giełdzie, która ostatnio rozczarowuje inwestorów, a sprytu Pana Zdenka Bakali nie mają – co widać przy „Dębieńsku”. Zatem zbilansujmy stan: Gibson Group – nie, likwidacja – nie, giełda – też nie. Zatem co?
Czas odważnych decyzji
Kapitałem jest stan świadomości załogi, która domaga się prywatyzacji i tego kapitału liberalizująca – bo nie liberalna – władza nie powinna zmarnować. Jak uda się prywatyzacja „Silesii”, to udadzą się i inne. Dziś, kiedy lansuje się wątpliwy, moim zdaniem, pogląd, że sposobem na zwiększenie wydobycia jest wydłużenie czasu pracy o soboty, nie zauważając takiego narzędzia, jakim jest kompetencja zawodowa i zaradność górników, jest czas na odważne decyzje!
Warto przecież zapytać, skąd mają pochodzić pieniądze na te dodatkowe świąteczne dni pracy, jeżeli nie ze sprzedaży wydobytego węgla. Czy w tym stanie rzeczy nie prościej – naruszając antymotywacyjne wskaźniki wzrostu płac – pozwolić kopalniom po prostu płacić ludziom za zwiększone wydobycie, a nie za czas pracy? Już górnicy sami wiedzą, jak zwiększyć wydobycie. Zaś stołecznym „górnikom” pozostawić trzeba załatwianie tego, co potrafią najlepiej, czyli sposobu pozyskania pieniędzy na inwestycje, bez których i tak się nie obejdzie. Tu znowu będzie potrzebna górnicza kompetencja, aby wiedzieć, w co inwestować dla szybkiego efektu wydobywczego, chociaż na efekty trzeba czekać najkrócej 2 lata!
As w rękach rządu
Wracając do „Silesii”, w tym stanie rzeczy pozostaje zatem rozpisanie nowego przetargu, ale na innych, bardziej odważnych, ale i kontrolowalnych zasadach. Skoro zatem ktoś wycenił tę kopalnię (nie mylić ze złożem kopalni) na ok. 110 milionów złotych, tę o takim otwarciu można mówić, odpędzając wszystkich tych, którzy na wejściu oferują dwa razy tyle, bo to cuchnie podstępem. Potem warto by, nawet dla czytelności intencji inwestora, zawrzeć w umowie harmonogram realizacji tej inwestycji, do którego zobowiązałby się inwestor. Regresem wobec faktycznych działań inwestora pozostaje bowiem, będąca w rękach rządu, koncesja na eksploatację złoża. Są w Polsce prawnicy, którzy potrafią to zawrzeć w umowie, tylko trzeba im dać szansę.
Taka czytelność zasad byłaby dla załogi gwarancją stabilności miejsca pracy, dla samorządu lokalnego – gwarancją dla rynku pracy, a jednocześnie mobilizacji dla sprzyjania inwestycji, co też się nie zawsze zdarza, o czym świadczą kłopoty JSW z uzyskaniem koncesji. Rząd miałby przy okazji doświadczenie do zastosowania w innych projektach, a Kompania kłopot z głowy. Jednak wszystkim przed rozmową o dalszych losach „Silesii” gorąco rekomenduję rozmowę z geologami...