Całe kłamstwo o gazie łupkowym
fot: ARC
Połączenie braku odpowiedzialności, z ogromnym wpływem ratingów na rynki finansowe jest niebezpieczne, co pokazał ostatni kryzys finansowy z 2008 r.
fot: ARC
W portalu Onet.pl Biznes ukazał się (11.08) tekst Marka Mejssnera „Cała prawda o gazie łupkowym”. Już pierwsze jego zdanie nasuwa wątpliwości, co do zgodności jego tytułu z zawartą w nim treścią. Brzmi ono: „Wydobycie gazu łupkowego może spowodować, że pierwiastki promieniotwórcze przedostaną się do wody pitnej”. Jest to spekulacja polegająca na tym, że wszystko jest możliwe.
W tej konwencji możliwy jest nawet koniec świata. Potem następuje wiadomość, że gaz wcale nie będzie on taki tani. Od dawna wiadomo, że taniej to już było. Żadnych argumentów rzeczowych. Twierdzi się dalej, że mamy umowę z Rosją, której nie możemy zerwać. Dlaczego nie możemy jej zerwać? Nie wiadomo. Przecież w historii gospodarczej i politycznej nie takie umowy zrywano jeżeli tylko było to opłacalne dla zrywającego. Autor informuje, że „udzielono już 84 koncesji”. Na stronach ministerstwa środowiska na dzień 1.08. widniej liczba 97 tego rodzaju koncesji. Wstęp do tego artykułu kończy się stwierdzeniem, że „polski gaz łupkowy może przynieść nie tylko pożytki ale i potężne kłopoty”. To prawda. Posiadanym bogactwem trzeba się zająć, a to już kłopot.
Pięta achillesowa
Pisząc o technice wiercenia otworów poszukiwawczych w artykule tym pojawia się stwierdzenie, że proces szczelinowania otworu jest jego piętą achillesową. Dzieje się tak, gdyż do jego wiercenia zużywa się bardzo dużo płuczki. W polskich warunkach może to być nawet 10000 ton wody, a eksploatacja ma pochłonąć kilkakrotnie więcej.
Co to znaczy „bardzo dużo”?
Wszak dużo i mało są to pojęcia względne. Otóż owe 10 tys. ton wody, to tyleż samo metrów sześciennych. Przeciętna i popularna na terenie kraju studnia wiercona o głębokości do 100 metrów daje około 50 metrów sześciennych wody na godzinę bez żadnego uszczerbku dla środowiska. Każda wiertnia może ją sobie zafundować na miejscu, lub stosunkowo blisko w zależności od lokalnych warunków. W ten sposób po około ośmiu dniach pompowania wody z jednej studni można napełnić zbiornik o wskazanej pojemności, nikomu niczego nie zabierając. Jej uzyskanie nie stanowi też żadnego problemu. Do eksploatacji tego gazu nie trzeba już wody. Gaz jako lekki i pod naturalnym ciśnieniem sam wydostaje się na powierzchnię. Firmy wiertnicze twierdzą, że jest to proces całkowicie bezpieczny. Zachodnie media mają inne zdanie w tej sprawie.
USA i Wielka Brytania
Oto jeden z brytyjskich specjalistów oświadcza, że możliwe jest zanieczyszczenie warstw wodonośnych. Jest to oczywiste. Wobec nieprofesjonalnych działań wszystko jest możliwe. To coś jak reklama absolutnie bezpiecznych samochodów. Jednak zły kierowca jest w stanie rozbić najbezpieczniejsze auto i zabić nie tylko siebie, ale nawet pasażerów i innych uczestników ruchu drogowego. Zagrożenie to jest wielokrotnie większe niż skutki złej technologii, niedbałych i nieprofesjonalnych metod wiercenia za gazem łupkowym. Pomimo tego nikt nie prowadzi dyskusji o zakazie używania samochodów. Podobnie rzecz ma się z lotnictwem, a nawet z kolejami żelaznymi. Tego rodzaju zastrzeżenia mają swoją historię. Z ewentualnym z tego powodu zakazem eksploatacji gazu łupkowego w Polsce jest jak z pierwszym pociągiem, który wyruszył na trasę w Wielkiej Brytanii. Na protesty parlamentu, że pociąg ten pozabija wszystkie krowy, które wejdą na tory, Stevenson przytomnie odpowiedział, że on proponuje aby krowy nie wchodziły na tory...
Owszem skażenia wody pitnej są zjawiskiem częstym w USA. Na ogół nie ma to nic wspólnego z eksploatacją gazu łupkowego. Trzeba wiedzieć, że na głębokościach , gdzie jest on eksploatowany nie ma naturalnych poziomów wodonośnych w ogóle, a łupki gazonośne są wodoszczelne i nie przepuszczają wtłaczanych do nich roztworów na zewnątrz. Wywołane przez szczelinowanie trzęsienia ziemi w Wielkiej Brytanii są owszem rzeczywiste, ale tylko pod względem pomiarowym przez sejsmografy. Ich skala (Richtera) w granicach jedności nie jest odczuwalna przez ludzi i nie powoduje żadnych skutków na powierzchni. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że zagrożenie istnieje zawsze. Tu jednak chodzi o minimalną jego skalę. Przecież wychodząc z domu do pracy, zawsze istnieje zagrożenie wypadku drogowego, lub jakiegokolwiek innego. Jednak ludzie nie zważając na to nadal chodzą do pracy. Tak samo jest z zagrożeniem dla środowiska ze strony gazu łupkowego. Jeżeli w USA i w Wielkiej Brytanii ludzie chcą się bać, to nikt im tego zabronić nie może.
Jeden procent
Podano też, że firmy wydobywające w Polsce gaz łupkowy zapłacą podatek w wysokości jednego procenta jego wartości. Już rok temu zdementowało to ministerstwo środowiska. W wydanym komunikacie stwierdzono, że koncesje te nie uprawniają do wydobywania gazu (!), który tak naprawdę nie został jeszcze odkryty (nie wiadomo więc skąd informacja o 1% wartości wydobytego gazu) i trudno w tej chwili o jakiekolwiek wiarygodne szacunki dotyczące wielkości potencjalnych złóż. Firmy ponoszą ryzyko poszukiwań i wszelkie koszty operacyjne, nie mając gwarancji odkrycia nowych złóż. Koszty specjalistycznych prac poszukiwawczych sięgają setek milionów złotych i będą ponoszone jedynie przez zainteresowane podmioty i na ich własną odpowiedzialność. Skarb Państwa natomiast nie musi płacić za te badania, będąc i tak właścicielem ewentualnie odkrytych złóż.
Jak dotychczas minister środowiska nie udzielił żadnej koncesji na wydobywanie gazu niekonwencjonalnego. W przyszłości, po ewentualnym udokumentowaniu tego rodzaju złóż przedsiębiorca będzie musiał wystąpić do Ministerstwa Środowiska z nowym wnioskiem o udzielenie koncesji na wydobywanie. Zostanie więc przeprowadzone inne postępowanie i dopiero wtedy zostaną określone warunki dotyczące eksploatacji. Nikt nie jest jednak w stanie określić dziś, czy cała inwestycja okaże się opłacalna i ktokolwiek zdecyduje się na jej rozpoczęcie. Przede wszystkim jednak złoża te trzeba wcześniej udokumentować, czemu służyć mają właśnie koncesje.
Sprzedaż na pniu
Dalej autor wspomnianej na wstępie analizy snuje prognozy możliwości wykorzystania gazu łupkowego. Jego końcowa konkluzja brzmi, że trzeba będzie gaz ten „na pniu” sprzedawać za granicę. Z czego czyni on zarzut. Rosja robi to od dziesiątków już lat i jakoś na tym na ogół dobrze wychodzi. Dlaczego miałoby to być dla nas problemem nie wiadomo?
Dotyczy to też zarzutu braku sieci przesyłowej dla tego gazu. Tego rodzaju inwestycja nie sprawia już dzisiaj żadnych trudności. Realizowane są względnie szybko. Jaka będzie cena tego gazu? To raczej zmartwienie właścicieli koncesji. Jakoś oni się tym nie martwią i nadal miliony dolarów lokują w poszukiwania gazu łupkowego na terenie naszego kraju. Zagospodarowanie tego gazu rzekomo ma nam utrudnić brak odpowiednich magazynów do jego przechowywania. To nie ma jednak nic do rzeczy. Zamiast wydobywać gaz i go powtórnie magazynować możemy po prostu wydobywać go tylko tyle, ile będzie nam to potrzebne, resztę trzymając w złożu.
Co innego jest z gazem rosyjskim. Tym nie możemy dowolnie sterować, bo nie jesteśmy jego właścicielami. Po to aby zabezpieczyć się przed niespodziankami ze strony dostawcy musimy tworzyć magazyny. W stosunku do własnego gazu taka konieczność nie istnieje.
Kabaret absurdu
Końcowych wniosków tego elaboratu zamieszczonego w Onecie Biznes nie sposób inaczej nazwać, jak obłędnym straszeniem. Polega ono na niczym nieuzasadnionym „prorokowaniu” negatywnych rozwiązań, jako jedynych możliwych. Skąd jego autor wie, że nie zostanie stworzona żadna firma krajowa, „która rozwijając pozyskane techniki eksploatacji, mogłaby potem stworzyć własne technologie wydobycia gazu łupkowego”?
Podobnie brzmią jego zapewnienia, że „Podatki z koncesji i ze sprzedaży nie zasilą stworzonego na wzór norweski Krajowego Funduszu Emerytalnego, który znacznie ulżyłby ZUS-owi”.
Ostatnie zdanie tekstu z którym polemizuję można zaliczyć do klasyki absurdu. Stwierdzono w nim, „że zyski z gazu przejedzono, zanim go jeszcze znaleziono”. Jak to jest możliwe, aby wykorzystać, coś czego się jeszcze nie ma?
Na zakończenie powtórzę w tym miejscu zdanie dr Pawła Poprawy z Państwowego Instytutu Geologicznego w Warszawie, który powiedział dla „Rzeczypospolitej”, że „(…) produkcja gazu łupkowego to polska racja stanu. Odprawienie zachodnich koncernów się jej nie przysłuży. Tragiczną stroną izolacjonistycznej postawy byłoby to, że opierając się na szczerej patriotycznej trosce, prowadzić może ona do skutków, które nadać jej mogą w efekcie charakter zdrady stanu. Podziękowania za to przyjdą pisane cyrylicą”...