Były dyrektorHalemby\" nie przyznaje się do winy
fot: Jacek Srokowski
Od czterech miesięcy do dwóch lat więzienia w zawieszeniu i grzywny dostało dziewięciu oskarżonych w sprawie katastrofy Halembie, którzy przyznali się do zarzutów i wnieśli o dobrowolne poddanie się karze
fot: Jacek Srokowski
Jeszcze przed złożeniem wyjaśnień doszło do dyskusji między obrońcą Kazimierza D. a sędzią, Grażyną Stankiewicz-Chimiak, która uważała, że wyjaśnienia nie powinny być odczytywane z wcześniej stworzonych zapisków.
Mimo to oskarżony swoje wyjaśnienia odczytywał i konsekwentnie odmawiał odpowiedzi na dodatkowe pytania sędzi. – Będę odpowiadał na pytania po złożeniu wyjaśnień – mówił za każdym razem, gdy padało jakieś pytanie.
– Naczelną zasadą jaką kierowałem się w swoim całym zawodowym życiu było bezpieczeństwo ludzi, z którymi pracowałem. Nigdy tej zasadzie się nie sprzeniewierzyłem. Tak też było w przypadku tej tragedii – powiedział rozpoczynając przemowę oskarżony.
Później przez kilka godzin składał niezwykle szczegółowe wyjaśnienia, pełne dat, nazwisk i przepisów. Dokładnie opisał tez historię kopalni „Halemba” od momentu jej powstania w 1942 roku. Jak twierdził po to, by zrozumieć, dlaczego doszło do tragedii. Jego zdaniem już na samym początku kopalnia została źle zaprojektowana i to właśnie było przyczyną tragedii sprzed ponad dwóch lat jak i wielu wcześniejszych. Wielokrotnie podkreślał, że będąc dyrektorem kopalni nie miał obowiązku bezpośredniego nadzorowania robót górniczych, ale wydawał w tym zakresie polecenia służbowe swoim podwładnym.
Były dyrektor przypomniał także, że decyzja o likwidacji ściany 1030 m pod ziemią zapadła po tąpnięciu, do którego doszło na początku 2006 r. Jego efektem było zaciśnięcie wentylacji, co uniemożliwiło dalszą eksploatację. Zaś pamiętnego dnia, tuż przed tragedią specjaliści nie zgłaszali żadnych zastrzeżeń co do prac prowadzonych w kopalni.
Kazimierz D. – dziś na emeryturze – jest najważniejszym w hierarchii górniczej oskarżonym w tej sprawie. Według śledczych, w listopadzie 2006 r. dyrektor wiedział o przekroczonych dopuszczalnych stężeniach metanu w kopalni, tolerował też brak profilaktyki w zakresie zwalczania zagrożenia wybuchem pyłu węglowego i zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Mimo to zlekceważył alarmujące dane i nie nakazał przerwania prac, skutkiem czego była śmierć górników. Podobnie jak Markowi Z., grozi mu do 12 lat więzienia - podkreśla tvp.info.