Atom – czeska recepta na przyszłość
Czeski przemysł węglowy został sprywatyzowany. W branży energetycznej państwo kontroluje pakiet większościowy jedynie w spółce CEZ. Wydawać by się mogło, że wobec takiego stanu rzeczy Ministerstwo Przemysłu i Handlu na nadmiar pracy narzekać nie powinno.
Podobne wrażenie może odnieść każdy, kto nie poznał bliżej specyfiki naszego funkcjonowania. Ministerstwo Przemysłu i Handlu nie kieruje poszczególnym spółkami lub zakładami sektora energetyczno-paliwowego. Jego zadaniem jest za to tworzenie odpowiednich warunków dla ich funkcjonowania. Wchodzą tu w grę zwłaszcza kwestie koordynowania polityki bezpieczeństwa energetycznego kraju oraz nadzór nad zgodnością wszelkich procedur z prawem wspólnotowym Unii Europejskiej. Nasz resort odpowiada również za kontakty zagraniczne w dziedzinie m.in. energetyki. Utrzymujemy szerokie kontakty z polskim Ministerstwem Gospodarki, które układają się bardzo dobrze.
Jako minister odpowiedzialny za energetykę i surowce paliwowe obserwuję działania polskiej strony w tej dziedzinie. Sądzę, że przejęcie nadzoru nad Wyższym Urzędem Górniczym przez ministra środowiska RP to doskonałe rozwiązanie. W dzisiejszych czasach problemy przemysłu wydobywczego i środowiska w sposób szczególny się zazębiają i wymagają koordynowania w ramach jednego resortu. To znacznie ułatwia podejmowanie decyzji. Takich rozwiązań w Czechach brakuje.
Górnictwo węglowe ma jednak – w odróżnieniu od Polski – mniejsze znaczenie dla gospodarki energetyczno-paliwowej kraju. I pewnie ta sytuacja się już nie zmieni.
Ale to wcale nie oznacza, że brakuje nam wspólnych problemów do rozwiązania. Sprawa emisji CO2 do atmosfery budzi i u nas wiele kontrowersji. W końcu Czechy dysponują bogatymi złożami węgla kamiennego i brunatnego. 60 proc. energii, jaką produkujemy pochodzi właśnie z węgla. Unijne dyrektywy dotyczące handlu emisjami mogą spowodować u nas znaczne podwyżki cen prądu. To jest olbrzymi problem, tym bardziej, że węgiel traktujemy nadal jako surowiec strategiczny. Kryzys gazowy, jaki miał miejsce w styczniu, wzbudził wiele emocji zarówno w Polsce, jak i w Republice Czeskiej. Na nowo rozgorzała dyskusja, co dalej z bezpieczeństwem energetycznym. Uważam, że jesteśmy w trochę gorszej sytuacji niż Polska, ponieważ produkcja energii w połowie opiera się u nas na węglu brunatnym. Środowisko cierpi na tym bardziej. Dlatego uważam, że ucieczką od tych problemów będzie inwestowanie w energetykę jądrową. Obecnie 33 proc. energii już produkujemy dzięki elektrowniom atomowym i zamierzamy tę produkcję do 2030 r. zwiększyć do 50 proc. Do tego czasu nie uda nam się – moim zdaniem – osiągnąć trzydziestoprocentowego wyniku w dziedzinie produkcji energii ze źródeł odnawialnych. Jeśli osiągniemy połowę, to będzie już sukces. Z gazu całkowicie nie zrezygnujemy. A więc, jakby nie było, za 20 lat węgiel w czeskiej gospodarce odgrywać będzie jeszcze istotną rolę, choć mniejszą niż dziś.
Czyli wszystko w zgodzie z planami. Nie zapominajmy, że wydobycie węgla brunatnego objęto w Czechach limitami. A zatem kłania się wielka polityka.
To prawda, ale, gdyby trzymać się tych limitów, do 2030 r. praktycznie powinniśmy w ogóle zerwać z węglem. W moim przekonaniu tak się nie stanie i limity zostaną znacznie zwiększone, może nawet o 40 proc. Podobnie, jak nigdy nie dojdzie do tego, żebyśmy produkowali 40 proc. energii z gazu w sytuacji, gdy musimy go importować. Tak chcieliby ekolodzy, ale te rozwiązania mają się nijak do bezpieczeństwa energetycznego.
No to może zastanowić się nad fedrowaniem pod Beskidami we Frensztacie?
To jest gra nie warta świeczki i o tym każdy przedsiębiorca górniczy dobrze wie. Węgla jest tam sporo, ale warunki bardzo niekorzystne, zwłaszcza metanowe i tektoniczne. Wydobycie tradycyjnymi metodami wiązałoby się z dużymi kosztami i zbyt wielkim ryzykiem. Do kwestii eksploatacji we Frensztacie można ewentualnie wrócić w perspektywie technologii zgazowania podziemnego. Nie stanie się to raczej prędko.
Jaki zatem pogląd na sprawy energii atomowej ma czeskie społeczeństwo?
68 proc. jest za taką produkcją. Najbardziej przeciwni byli „Zieloni” tworzący ostatnią koalicję z KDU-CSL oraz ODS. W umowie koalicyjnej przeforsowali zapis, że przez cały czas sprawowania władzy przez wspólny rząd nie będzie nawet mowy o planowaniu inwestycji w tej dziedzinie. Ale z drugiej strony nowe bloki 3 i 4 w Temelinie (2 razy 1000 MW) są już zaprojektowane w całości i praktycznie mogą za dziesięć lat ruszyć. Ponadto w ciągu 15 lat będzie można wybudować kolejne bloki koło Brna w Południowych Morawach, gdzie istnieją dogodne warunki dla tego rodzaju inwestycji.
Czy w tej sytuacji Ministerstwo planuje inwestycje związane z CCS?
Nie. Były takie plany, ale Unia Europejska odmówiła nam finansowania przedsięwzięcia, więc trzeba było dać sobie z tym spokój ze względu chociażby na ogromne koszty. Krótko mówiąc, na obecnym etapie CCS nas już nie interesuje. Owszem, jeśli technologia sprawdzi się, to będziemy z niej korzystać, ale teraz to jest trochę dyskusja o niczym.
Podziela Pan opinię prezydenta Vaclava Klausa?
W całej rozciągłości.
Pięć lat przygotowywano polsko-czeską umowę o eksploatacji węgla w rejonie granicy państwowej. Chodzi konkretnie o pokłady kopalni „Morcinek”. Jak się sprawa zakończyła?
Umowa jest gotowa i została parafowana. Uregulowano w niej wszystkie kwestie wydobywania surowca na stronę czeską. Umowa jest tak skonstruowana, żeby oba kraje mogły z niej czerpać korzyści. Strona czeska otrzyma dostęp do wysokiej jakości węgla, natomiast wszelkie związane z tym opłaty i podatki trafią do polskich samorządów i polskiego państwa.