ASEM: Czy Chiny uratują świat?
Dwudniowy szczyt 45 krajów ASEM, organizacji krajów Azji i Europy, w Pekinie odbywał się w cieniu światowej recesji. I to właśnie ona, a nie planowany temat ASEM - ocieplenie klimatyczne - budziło najwięcej zainteresowania. Czekano na deklaracje Chin o zaangażowaniu w rozwiązanie kryzysu. I gdy chiński przywódca Hu Jintao obiecał, że Chiny odegrają \"aktywną rolę\" na globalnym szczycie w Waszyngtonie, świat przyjął to z satysfakcją. Pekin przyjął zaproszenie od Ameryki i 15 listopada Chiny przyjadą na globalną naradę największych gospodarek świata o tym, jak się ratować przed recesją - zastanawia się \"Gazeta Wyborcza\".
Po raz pierwszy w historii wielki kryzys gospodarczy dotyka wcześniej izolowane Chiny. Jeszcze w 1997 r., gdy padły azjatyckie finanse, Pekin z niewymienialną walutą przeszedł go suchą nogą. Ale od tego czasu sporo się zmieniło. W 2001 r. Chiny przyjęto do Światowej Organizacji Handlu. Padły bariery handlowe i towary \"made in China\" zalały rynki światowe, przede wszystkim amerykańskie. Kolosalną nadwyżkę w handlu z USA Chiny zamieniły na amerykańskie obligacje skarbowe. Teraz siedząc na swej 2-bilionowej górze dolarów, największej rezerwie dewizowej świata, są zainteresowane, by nie stopniała. W niedzielę zamykając szczyt, Hu kładł nacisk na słowo \"zaufanie\". Mówił, że Chiny i Zachód muszą sobie pomóc.
To samo uważają Amerykanie. Gdy zatrzęsło się Wall Street, amerykański sekretarz skarbu Henry Paulson chwycił za słuchawkę i zadzwonił do chińskiego wiceministra Wang Qishana odpowiedzialnego w rządzie chińskim za gospodarkę. - Jestem z nim od tego czasu w stałym kontakcie - powiedział niedawno Paulson. Ręka w rękę kapitalistyczna Ameryka i komunistyczne Chiny, zwane dziś bankierem USA, zarządzają kryzysem.
Do Chin apelują też politycy europejscy. W Pekinie z okazji zakończonego w sobotę szczytu krajów Azji i Europy Nicolas Sarkozy zaprosił je do wymyślonego przez siebie dyrektoriatu globalnych finansów.
Gdy w Nowym Jorku padł Lehman Brothers i zrobiło się niewesoło, Chiny zadeklarowały, że pomogą. - Połączymy dłonie i stawimy czoła kryzysowi razem - powiedział pod koniec września premier Wen Jiabao w wywiadzie dla telewizji CNN.
Czy komunistyczne Chiny uratują światowe finanse? To wątpliwe, bo są na razie za małą gospodarką - uważają zachodni ekonomiści. Świat prosi je raczej, by nie dały się kryzysowi. To właśnie mu wczoraj obiecały.
- Chiński zdrowy wzrost gospodarczy jest sam w sobie poważnym wkładem w globalną stabilność - oświadczył na szczycie ASEM chiński przywódca Hu Jintao. Co z tego wynika? Że świat jest zainteresowany, by Chiny sobie poradziły z własnymi problemami. I bez światowego kryzysu mają ich niemało: mimo awansu miast licząca 730 mln ludzi wieś chińska jest nadal biedna i mało konsumuje, na rynku pracy przybywa co roku 20 mln osób.
Chińczycy chcą pomóc, ale mówią przy tym, że Zachód sam jest sobie winien. Zwykli Chińczycy nie rozumieją, z jakiego powodu mają zaciskać pasa, by ratować kraje bogate. W mediach chińskich czuje się pewien ton schadenfreude, czyli radości z cudzego kłopotu. \"Koniec liberalnego kapitalizmu?\" - pytają publicyści. Chiny są dziś chwalone właśnie za to, że nie uległy namowom na całkowite uwolnienie kursu juana i otwarcie rynków finansowych. Od lat nakręcają gospodarkę inwestycjami z budżetu w infrastrukturę, a zarazem utrzymują kontrolę nad rynkami finansowymi. Ich częściowo regulowany model gospodarczy zyskuje adeptów i poza Chinami.
Ale czy im się uda utrzymać szybki wzrost o własnych siłach? Nie wszyscy wierzą w zapewnienia władz. - Ich nadzwyczajny wzrost może być nie do utrzymania wobec globalnej bessy - powiedział przed szczytem amerykański podsekretarz skarbu David McCormick.
Od początku roku na południu Chin zamknięto połowę z 2200 fabryk obuwia i co trzecią z 3600 fabryk zabawek. To są dane chińskiego urzędu statystycznego. A w efekcie w trzecim kwartale chiński wzrost PKB spadł do 9 proc. z 11,9 proc. pod koniec 2007 r. To najgorsze wyniki od 2003 r.
Ale po chińsku znak oznaczający kryzys jest tym samym co szansa. - Chiny mogą wykorzystać obecny kryzys, by pozbyć się najtańszej produkcji i zastąpić ją produkcją dóbr bardziej zaawansowanych - mówi nam główny ekonomista Izby Handlowej Hongkongu David O\'Rear.
Ocenia się, że ich rząd ma w ręku potężne instrumenty - silne rezerwy walutowe, kontrolę nad instytucjami finansowymi, dynamikę dorabiającego się najludniejszego kraju świata. Na dniach ogłoszono inwestycje rzędu 300 mld dol. w rozbudowę kolei. Rząd stara się też zapobiec panice na przegrzanym chińskim rynku nieruchomości. Musi to robić szybko, bo ceny nieruchomości lecą w dół. W Haidian, eleganckiej dzielnicy Pekinu, metr kosztuje już nie 2000 dol. jak w początku roku, ale 1300 dol. Chińska klasa średnia, która popiera partię, a teraz widzi, że mieszkania tracą na wartości, może zmienić zdanie. Bank centralny kazał bankom komercyjnym obniżyć stopy kredytów hipotecznych oraz spłaty dla kredytobiorców, ale tylko w przypadku, gdy jest to pierwszy kredyt. A padającym eksporterom bank obiecał nadzwyczajne rabaty VAT i innych kosztów.
A prawdziwe wyzwanie, które może zmieni Chiny, to zwiększenie popytu wewnętrznego, tak by uniezależnić Chiny od eksportu. Chińczycy są przysłowiowo oszczędni. Ale nie mają wyboru - muszą odkładać na starość, choroby i edukację dzieci, bo państwo im tego nie zafunduje.