Akt oskarżenia za katastrofę w Halembie
fot: Jacek Srokowski
Od czterech miesięcy do dwóch lat więzienia w zawieszeniu i grzywny dostało dziewięciu oskarżonych w sprawie katastrofy Halembie, którzy przyznali się do zarzutów i wnieśli o dobrowolne poddanie się karze
fot: Jacek Srokowski
W katastrofie w kopalni Halemba 21 listopada 2006 r. zginęło 23 górników. Akta śledztwa to 50 tomów. Przeczytaliśmy je. W kopalni wszyscy wiedzieli, że w chodniku, w którym doszło do wybuchu metanu, jest niebezpiecznie - wynika z akt. Mimo to pracownicy dozoru kazali tam ludziom pracować.
Poniedziałkowa \"Gazeta Wyborcza\" publikuje reportaż na temat śledztwa. Czytamy, że Marek Z., inżynier do spraw wentylacji, regularnie dostaje raporty z dołu.
Nadsztygar Robert K.: - W ścianie za dużo metanu.
Marek Z.: - Tak jest i tak będzie. Musicie sobie jakoś poradzić.
Robert K.: - Nie da się pracować.
Marek Z.: - Powiedz to dyrektorowi.
Kilkanaście godzin po tej rozmowie dochodzi do katastrofy. Na miejsce przyjeżdżają inspektorzy Okręgowego Urzędu Górniczego (tzw. policja górnicza) oraz prokuratorzy. Pracownicy dozoru i kierownictwa kopalni zapewniają: Nie, stężenia metanu nie były przekroczone. Pomiary były wykonywane regularnie.
Ale w górnikach coś pęka.
- Zwykli pracownicy kopalni podpowiadali nam, gdzie i jakich dokumentów szukać. Ale musieliśmy znaleźć twardy dowód, że ci z dozoru kłamią - mówi nam Michał Szułczyński z gliwickiej prokuratury okręgowej.
Gdy trwa akcja ratownicza, prokuratorzy i policjanci nie mogą zjeżdżać pod ziemię. W poszukiwaniu ciał górników wyruszają kopalniane zastępy ratownicze. Czy szukają czegoś jeszcze? Gdzie są trzy aparaty Draeger, które automatycznie dokonują pomiarów stężeń gazów? Mieli je przy sobie pracownicy dozoru, którzy zginęli w wybuchu. Ale ratownicy zapewniają śledczych: Żadnych aparatów nie widzieliśmy. Śledztwo nie ustaliło, czy to prawda.
Dwóch urządzeń do tej pory nie udało się znaleźć. Trzecie prokuratorzy odnaleźli cudem. - Ktoś do nas zadzwonił i powiedział, że jest w worku z ciałem jednego z górników - mówi Szułczyński.
Ten aparat pokazywał, że stężenia metanu były nawet kilkakrotnie wyższe od dopuszczalnych.
Zmowę milczenia udaje się przerwać.
Świadek górnik S. zeznaje: - Widziałem, jak sztygar Robert K. i metaniarz K. przewieszali czujniki badające poziom metanu pod rurę ze świeżym powietrzem.
Zbigniew B., próbobiorca pyłu, sam przyznaje: - Fałszowałem wyniki.
Wkrótce policja wyprowadza z kopalni nadsztygara Roberta K. Na oczach ludzi, w kajdankach. Zatrzymuje kilkunastu sztygarów i nadsztygarów (zostali już zwolnieni z aresztów, będą odpowiadać z wolnej stopy). Zarzuty podobne: celowe narażenie górników na utratę zdrowia i życia; fałszowanie odczytów; poświadczenie nieprawdy w dokumentach. W kopalni szok. Nigdy wcześniej tak nie było.
Dyrektor Halemby Kazimierz D. odmawia składania wyjaśnień. Jest zaskoczony, gdy słyszy zarzuty. Zdziwiony, gdy się dowiaduje, że trafi do aresztu. Spędził tam trzy miesiące, wyszedł za kaucją.
Areszt? Groźba więzienia? Przy poprzednich katastrofach w kopalniach zazwyczaj kończyło się na uniewinnieniu, umorzeniu z braku dowodów winy albo karaniu płotek.
- Osądzenie winnych katastrofy w Halembie jest bardzo ważne dla Śląska. Jeśli zostanie udowodniona wina, musi być i kara. Jeśli zabraknie kary, ludzie będą przekonani, że istnieje świat nietykalnych. I na którejś z kopalń wkrótce znów dojdzie do tragedii - mówi prof. Marek Szczepański, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego. - I nie chodzi o zemstę. Ten proces ma przywrócić ludziom poczucie sprawiedliwości.
Prokurator Szulczyński zapowiada, że będzie walczył o surowe kary dla kierownictwa Halemby. Podczas przesłuchań wiele razy pytał podejrzanych, dlaczego świadomie narażali górników na śmierć. Nie usłyszał odpowiedzi.