Adam Maksymowicz: Zemsta i Don Kichot z Legnicy
Zalegające w okolicy miasta pokłady węgla brunatnego nieustannie bulwersują mieszkańców tego regionu. Powołane tu Stowarzyszenie „Stop Odkrywce” prowadzi nadal bardzo aktywną działalność. Zmierza ona do dwóch celów...
Po pierwsze: nigdy żadnej odkrywki.
Po drugie: prowadzić wojnę na śmierć i życie ze wszystkimi potencjalnymi jej zwolennikami.
Tak ma być teraz i w przyszłości. Rok temu rząd przestał interesować się możliwością eksploatacji tego złoża. Z tego powodu sprzeciw gminnego protestu jakby zawisł w próżni. Cóż z tego, że rządu już to nie interesuje? Nas to jednak fascynuje. Tak twierdzą lokalni liderzy tego ruchu. Rząd musi nasze stanowisko potwierdzić uroczyście i jednoznacznie. Najlepiej by było, gdyby sprzeciw mieszkańców regionu mógł być wpisany do Konstytucji RP. Wtedy tylko miejscowa organizacja „Strażników Konstytucji” czuwałaby, aby nic nie uległo w tej materii zmianie. Pod tym względem w regionie panuje bardzo rzadka w Polsce jednomyślność i sojusz wszystkich miejscowych sił politycznych.
Rozliczenia
Spadające w skali kraju zainteresowanie protestem Stowarzyszenie nadrabia ono pisaniem petycji do Parlamentu Europejskiego oraz próbami rozliczeń w tej materii najwyższych dostojników państwa. Ostatnio na miejscowy dywanik został poproszony premier RP. Wystosowano do niego list zobowiązujący go do stawienia się przed obliczem miejscowego areopagu.
Wszyscy się dziwią, że na tego rodzaju stanowcze żądania premier nie raczył nawet odpowiedzieć, a co dopiero mówić o osobistym przybyciu i tłumaczeniu się z chęci eksploatacji tutejszych złóż. Ponieważ legnicki naród jest twardy i bardzo czuły na takie dyplomatyczne afronty napisał na niego skargę do Marszałka Sejmu RP. Jest to o tyle zręczne pociągnięcie, że jest on posłem ziemi legnickiej. Z podtekstu tej skargi wynika niedwuznaczna groźba. Jeżeli Pan Marszałek nie przyprowadzi nam tu hardego premiera, to może nie być wybrany w na następną kadencję do Sejmu z jeleniogórsko-legnickiej listy.
Wszystkie te zabiegi miejscowych notabli samorządowych mają trochę humorystyczny wymiar. Owszem są one rzeczywistością. Ma ona jednak coś z wymiaru „Zemsty” Aleksandra Fredry. W jednej ze scen Cześnik dyktuje Dyndalskiemu list mniej więcej tej treści: „Bardzo proszę, mocium panie,Mocium panie me wezwanie, Mocium panie, wziąć w sposobie, Mocium…” Jest to najbardziej sympatyczny obraz tego, co dzieje się z protestem związanym z planowaną tu kiedyś odkrywkową eksploatacją złóż węgla brunatnego. Najważniejsze, że duch i tradycja w narodzie nie ginie.
Księstwo Legnickie
Dawniej Legnica rywalizowała z Wrocławiem o miano stolicy Śląska. Tu była siedziba księcia Henryka Brodatego i jego małżonki św. Jadwigi. Legnickie szanse zniszczył najazd Mongołów w 1241 roku. Przegrana bitwa na Legnickim Polu zamknęła okres realnych możliwości odegrania kluczowej roli księstwa w zjednoczeniu państwa polskiego. Historia ta nadal jest żywa na tym terenie. Teraz rolę nieformalnego księcia odgrywa na ogół prezes KGHM, którego możliwości finansowe w potocznej opinii publicznej są nieograniczone. Prawie wszyscy są tu w jakimś stopniu od niego zależni. Poza administracją państwową i samorządową zatrudnia on prawie wszystkich zdolnych do pracy. Jest to pewne uproszczenie, które uwzględnia zatrudnienie w spółkach kapitałowych oraz w firmach prywatnych żyjących z otrzymywanych od nich zleceń. Mało kto, chce walczyć z „księciem”. Śmiałkowie na ogół są przegrani, czego dowodem bywa zwykle dożywotni już brak ich zatrudnienia. Co, jak co, ale polityka personalna jest tu ściśle kontrolowana, ręcznie sterowana i nie mająca żadnej litości dla pokonanych. Obecnie, tak jak dawniej „księstwo legnickie” pragnie suwerenności, własnej polityki krajowej i zagranicznej. Wydaje się, że niczym nieograniczone bogactwo KGHM stanowi podstawę materialną dla takich ambicji. Są one mniej lub bardziej powściągliwie wyrażane i to niezależnie od politycznego koloru władców na miedziowej spółce. Poza granicami kraju „książę legnicki” podejmowany jest z należnymi honorami zarezerwowanymi dla suwerennych władców i niepodległych państw. Brakuje tylko zewnętrznych oznak władzy w postaci flagi, herbu, godła i własnej armii. Reszta wszystko już jest.
Chińska alternatywa
Od dwóch lat rząd usiłuje narzucić „księstwu legnickiemu” odkrywkową eksploatację największego w Europie złoża węgla brunatnego, które akurat tutaj jest położone. Mieszkańcy regionu doskonale żyjący z eksploatowanych złóż rud miedzi, nie chcą dalszej dewastacji terenu na którym mieszkają. Chcą dalej żyć cicho i spokojnie. Ministrowie, uczeni i przemysłowcy na darmo tylko zdzierają gardła, tłumaczą i wyjaśniają, że energia elektryczna z węgla brunatnego jest najtańsza i bez niej Polska będzie zmuszona znacząco podnieść jej ceny.
Wszystkie te tłumaczenia nie są tu przyjmowane do wiadomości. Po prostu, nikt tu nie chce żadnej odkrywki. Księżycowa wizja dewastacji tutejszej przyrody jest tak przerażająca, tak degradująca, tak niszcząca, że wszyscy są przeciw. Po prostu odkrywki ma tu nie być. Na pytanie skąd Polska weźmie tani prąd elektryczny, słyszy się odpowiedź, że niech bierze skąd chce, byle nie stąd! To jest zmartwienie rządu, Polski, a nie „księstwa legnickiego”. O to ostatnie niech się nikt nie martwi, da ono sobie radę na międzynarodowych rynkach zbytu metali kolorowych i szlachetnych. Wydaje się, że „książę legnicki” (z siedzibą w Lubinie) postanowił poprzeć w tej sprawie swój „lud” proponując mu podziemne zgazowanie tego węgla przeprowadzone przez… Chińczyków!!
Dwie pieczenie
Na razie to minister skarbu państwa mianuje i odwołuje „legnickiego księcia”, o czym wydawałoby się, że całkiem zapomniano. Otóż, owe bratanie się „księcia” z legnickim „ludem” jest w jakiejś mierze akceptowane w stolicy. Bowiem za energetykę, odpowiada wicepremier nie z rządzącej partii PO, ale z sojuszniczego PSL. Ponieważ tenże wicepremier zbyt często wyraża swoje własne zdanie nie licząc się z nikim, postanowiono przywołać go do porządku. Szczególnie, że ma on jakieś abstrakcyjne ambicje związane z bezpieczeństwem energetycznym kraju. Pomóc ma mu w tym krajowa, tania produkcja energii elektrycznej między innymi z węgla brunatnego.
W tej sytuacji na scenę wchodzi „książę legnicki” wraz ze swoim „ludem”, którzy mówią: „...nie tak prędko Panie Bracie!”. W ten sposób zdobywa on „miłość” swoich „poddanych”, jak i aplauz wśród polityków własnej partii rządzącej, a nawet opozycyjnej. Krótko mówiąc „książę” potrafi upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.
Pół żartem
O wspomnianych tu zależnościach, powiązaniach, zobowiązaniach i wszelkich innych relacjach można mówić na razie w tej tylko konwencji. Formalnych stanowisk potwierdzających to wszystko brak. Sztuka dyplomacji, zakulisowych działań i politycznej gry prowadzonej w skali zarówno regionu legnickiego, jak i całego kraju niezwykle utrudnia jasne rozpoznanie całej legnickiej „awantury” o przyszłość tutejszych zasobów węgla brunatnego.
Teraz wiadomo, że rząd - w przeciwieństwie do stowarzyszenia - stara się wyciszyć cały ten spór i od ponad roku nie wypowiada się w tej sprawie. Mając przed sobą zmasowany sprzeciw wsparty medialnie, europejsko i kapitałowo postanowił uniknąć konfrontacji pozostawiając ją swoim następcom.
Brunatny zamiast wiatraków
Medialnie zepchnięci do narożnika menadżerowie węgla brunatnego i ich zwolennicy przezornie milczą. Tymczasem legniccy samorządowcy i ich sojusznicy nie marnują czasu. W maju powołali oni Ogólnopolską Koalicję „Rozwój TAK – odkrywki NIE”. Ich hasłem jest przejście od ery kopalnej do ery odnawialnej. Wspierana jest ona przez Bürgerinitiative „Klinger Runde” z Niemiec. Wydaje ona ulotki, prowadzi stronę internetową. Być może, że wkrótce zostanie zarejestrowana jako partia polityczna z dużymi szansami na wygranie lokalnych wyborów...
Nikt tu nie przyjmuje do wiadomości, że odkrycia gazu łupkowego odsuwają w daleką przyszłość eksploatację węgla brunatnego zarówno w Legnicy, jak i w całej Polsce. Po prostu dla legnickiego sprzeciwu musi być przeciwnik, bo inaczej straci on rację bytu. Co zrobić, jak przeciwnika już nie ma? Ano trzeba go stworzyć, choćby nawet wirtualnie. Trzeba powtarzać stare i już nieaktualne zagrożenia, gdyż inaczej cały trud organizacyjny powołania tak potężnej organizacji może zostać bezpowrotnie zmarnowany.
Do tego dopuścić nie można.
Dlatego legnicka organizacja „Stop Odkrywce” bije w bębny na cały kraj, choć nikt już tego nie słucha i nikt niczemu tutaj nie zagraża. Wrogie węglowi brunatnemu środowisko nie chce zrezygnować z roli jaką się dorobiło. Wszystko to przypomina bohatera znanej powieści Cervantesa „Don Kichot”. Jest to środowisko, które walczy o wzniosłe cele, ale pozbawione jest poczucia rzeczywistości. Legnicki węgiel brunatny musi im tu zastąpić tradycyjne wiatraki.