Adam Maksymowicz: Zamordowana kopalnia
fot: kghm.pl
Po szybie kopalni rud miedzi „Konrad” w Iwicach pod Bolesławcem pozostało zatopione w betonie koło wyciągowe
fot: kghm.pl
Ujawnienie przykrej prawdy stało się powodem, że związkowi przedstawiciele w Radzie Nadzorczej zażądali dymisji prezesa. Jest to tym bardziej dziwne, że prezes Wirth jest „wychowankiem” tej firmy Tutaj kilkanaście lat temu rozpoczął on swoją karierę zawodową jako fachowiec od eksploatacji złóż i jest jednym z niewielu prezesów, którzy nie zostali „w teczce” przywiezieni z Warszawy. Otóż niezależnie od oświadczenia prezesa, generalnie wiadomo, że źle się w spółce dzieje, mimo znaczących jeszcze dochodów. Wiele z popełnionych tutaj błędów ma swoje korzenie w przeszłości.
Czy jednak przypominanie o dawno zapomnianych sprawach ma dzisiaj sens? Na pewno nie, jeśli sprawy te nie rzutują na dzień dzisiejszy i na przyszłość. Tak jednak rzecz ma się z zatopioną kopalnią rud miedzi „Konrad” w Iwinach koło Bolesławca. Wobec intensywnych poszukiwań przez KGHM nowych złóż poza granicami naszego kraju warto zwrócić uwagę, dlaczego firma ta nie chce eksploatować własnych złóż rud miedzi, tylko szuka ich w egzotycznych krajach?
Niemieckie odkrycie
W 1938 roku niemieccy geolodzy rozpoczęli w rejonie Iwin prace badawcze i poszukiwawcze. Zaprojektowano 50 otworów wiertniczych, z czego wykonano tylko 40 o średniej głębokości ok. 250 m. Za ich pomocą odkryto występowanie tuż pod powierzchnią ziemi (od głębokości ok. 30 m) niewielkiej struktury geologicznej zwanej Synkliną Grodziecką o powierzchni ok. 40 kilometrów kwadratowych. Wśród jej stromo nachylonych warstw stwierdzono występowanie ponad dwu metrowej miąższości pokładu cechsztyńskich margli miedzionośnych. Zawartość miedzi wynosiła ok. 1 proc., a srebra ok. 50 gram na tonę. Były to ilości interesujące dla niemieckiego przemysłu wojennego. Natychmiast rozpoczęto tutaj budowę kopalni. Napotkano jednak na bardzo trudne warunki wodne, gdyż tuż nad warstwą rudy miedzi zalegał bardzo dobrze przewodzący wodę poziom szczelinowatych i kawernistych wapieni. Ponieważ Niemcy nie mieli opanowanej techniki odwadniania tego rodzaju złóż kilkakrotnie doszło do zatapiania szybów i całej kopalni. Taki też stan władze polskie zastały w 1945 roku.
Trzydzieści sześć lat
W 1953 roku, po odwodnieniu kopalni ruszyło wydobycie rudy. Zbudowano własny zakład wzbogacania i koncentrat zaczęto dostarczać do uruchomionej w tym samym czasie huty „Legnica”. Po kilku już latach kopalnia osiągnęła swoją docelową produkcję w wielkości ok. 2 mln ton rudy, z której uzyskiwano ok. 20 tys. ton miedzi. Była to niezwykle ważna pozycja w polskiej gospodarce, gdyż na import miedzi nałożone było embargo i za granicą można ją było kupować tylko po podwójnej cenie handlowej.
Prowadzono dalsze prace poszukiwawcze, które zaowocowały znacznie szerszym rozpoznaniem złoża i powiększeniem jego zasobów. Od 1957 roku, kiedy odkryto pobliskie złoża rud miedzi eksploatowane przez obecny KGHM, rozpoczyna się zmierzch starego zagłębia miedziowego. Kadra inżynierów opuszcza starą kopalnię przenosząc się na lepiej płatne i bardziej perspektywiczne kopalnie budowane w rejonie Lubina. Tak dotrwano do roku 1980. Zżyta i znająca się tu dobrze załoga, stanowiła główne oparcie dla nowo tworzących się związków zawodowych. Z ich inicjatywy na placu kopalnianym ustawiono najpiękniejszą w całym zagłębiu kaplicę św. Barbary.
Mając to wszystko na uwadze władze stanu wojennego dysponując ogromną produkcją miedzi w nowym zagłębiu, postanowiły pozbyć się uciążliwych górników z kopalni „Konrad” i zlikwidować ją, rezygnując z ok. 5 proc. produkcji całości czystej miedzi. Formalnie ogłoszono, że kopalnia jest deficytowa i eksport uzyskiwanej tu miedzi i srebra nie pokrywa kosztów produkcji. Obliczenia te były oparte na trzykrotnie niższym wtedy oficjalnym kursie dolara, aniżeli była jego wartość wolnorynkowa. Na dwa lata przed znanymi zmianami politycznymi i gospodarczymi ówczesny Minister Hutnictwa i Przemysłu Maszynowego podjął decyzję o likwidacji Zakładów Górniczych „Konrad” z terminem wydobycia ostatniej tony rudy miedzi w dniu 31 grudnia 1989 roku. Po 36 latach chlubnej produkcji i dochodów, nagle wykazano, że jest odwrotnie i kopalnię bez żadnych protestów zamknięto.
Dziesięć lat wegetacji
Okazało się jednak, że fizycznie kopalni nie da się zlikwidować, gdyż ten sam poziom wodonośny, który tyle kłopotów i zagrożeń stwarzał górnikom, jest obecnie drenowany przez system odwodnieniowy kopalni i zaopatruje w wodę pitną prawie wszystkie okoliczne miejscowości. Kopalnia nadal istniała, ale teraz byłą już tylko kopalnią wody. Jej koszt wydobycia wynosił ok. 2 mln zł rocznie i pokrywany był z dochodów KGHM. Po dziesięciu latach zastanawiania się, podjęto najpierw decyzję o jej handlowym wykorzystaniu, gdyż dopływ był tak duży, że dla celów wodociągowych zużywano jej tylko 5 proc. Pozostałe 95 proc. odprowadzano do pobliskiej rzeki. Ponieważ okazało się, że woda ta ma niezwykłe parametry czystości i minimalnej mineralizacji postanowiono zagospodarować ją jako wodę mineralną. Dla tego celu utworzono spółkę pod nazwą „Aquakonrad SA”.
Spółka ta jednak sama na siebie wydała wyrok usiłując opanować i zmonopolizować rynek wód mineralnych w Polsce, który był już od blisko stu lat opanowany przez Polskie Uzdrowiska. W tej sytuacji spółka miała coraz większe kłopoty ze zbyciem swojej produkcji i utrzymaniem tak cennego źródła wody pitnej o wydajności ok. 50 metrów sześciennych na minutę. Było to jedno z największych źródeł czystej wody pitnej w Polsce. Można ją było znacznie szerzej wykorzystać doprowadzając rurociągami do Wrocławia, a nawet do Berlina. W jakimś sensie były do tego przygotowane trasy wzdłuż autostrady A- 4 obok, której położona jest kopalnia „Konrad”.
W tej sytuacji KGHM nie chciał już żadnych innych projektów, ani rozwiązań i w 1999 roku postanowił kopalnię zatopić. Były propozycje sprzedaży tej wody do celów pitnych w butlach o dużej pojemności. Jak policzono, teoretyczna sprzedaż całości dopływu po 10 groszy za litr (minimalna cena w detalu 50 groszy za litr) dawała w przybliżeniu połowę całego obrotu KGHM, z tym, że w przeciwieństwie do rudy miedzi złoże wody nigdy nie ulegało wyczerpaniu.
Zamordowana kopalnia
To nic, że w kopalni „Konrad” było jeszcze przygotowanych do wybrania ok. 62 miliony ton zasobów przemysłowych rud miedzi o zawartości Cu zbliżonej do kopalni „Lubin”. To nic, że zasoby te znajdowały się w znacznie korzystniejszych warunkach geologiczno – górniczych. Przede wszystkim można do nich zaliczyć brak tąpań, niższe temperatury, niższe koszta ochrony środowiska związane z odprowadzeniem czystej wody, a nie jak zasolonej w nowym zagłębiu. Tym wszystkim się jednak nie przejmowano.
Usłużni liczni eksperci orzekli autorytatywnie, że złoże jest nieopłacalne i będzie przynosić tylko starty, dlatego kopalnię trzeba zatopić. Uważano, że kopalnia może być dochodowa, jeżeli cena miedzi osiągnie wtedy mało prawdopodobną cenę minimum 2 tys. dolarów amerykańskich. O żadnych wahaniach kursów nikt nie chciał słuchać. Pracowników Biura Zarządu, którzy przedłożyli zarządowi KGHM odmienne stanowisko w tej sprawie szybko się pozbyto.
Jednakże, aby nadal z tego samego źródła zaopatrywać w wodę okoliczną ludność, kosztem ok. 20 mln zł odwiercono dwie studnie do głębokości ok. 850 m dla ujęcia najniżej położonych bardzo wydajnych otworów drenażowych. Ich hermetyczne uszczelnienie miało po zatopieniu kopalni nadal zapewnić dostawę czystej wody dla miejscowej ludności. W 2001 roku kopalnię zatopiono. Wkrótce okazało się, że cały system wodonośny jest zanieczyszczony wysokim stężeniem siarczanów, co spowodowało masowe zatrucia wśród ludności. W tej sytuacji ostatecznie zrezygnowano z pobierania wody pitnej z ujęcia na kopalni „Konrad” a kosztem kolejnych 20 milionów złotych wybudowano rurociąg o długości kilkunastu kilometrów od ujęcia wód pitnych w Bolesławcu, aż do dawnej sieci obsługiwanej przez kopalnię „Konrad”. Tak sprawa trwa, aż po dzień dzisiejszy.
Prawdziwe przyczyny
Nigdy nie zostały ujawnione prawdziwe przyczyny likwidacji zakładu. Nie ulega jednak, żadnej wątpliwości, że podjęte w stanie wojennym decyzje miały swoje podłoże polityczne, a uzasadnienie ekonomiczne było tylko zasłoną dymną dla jej podjęcia. Później nowym władzom KGHM zabrakło zdecydowania, cierpliwości i wyobraźni, bo wtedy, kiedy zatapiano kopalnię, warunkiem jej rentowności była - wydawałoby się nigdy nie osiągalna - cena ok. 2 tys. dolarów za tonę miedzi. W 2005 roku, kiedy zakończono topienie kopalni „Konrad”, cena miedzi przekroczyła najpierw 3 tys. dolarów, potem 5 tys., a na koniec 9 tys. dolarów. Obecnie wynosi ok. 6 tys. dolarów. Jednakże, władze KGHM zrażone swoim dotychczasowym nieporadnym postępowaniem nie chcą już więcej wracać do zasobów kopalni „Konrad”.
Korzyści z inwestycji zagranicznych
Trzeba obiektywnie przyznać, że pod względem kryteriów stawianych nowym złożom rud miedzi udostępnianych przez KGHM, kopalnia „Konrad” nie ma żadnych szans. Przykładem jest blisko sto razy mniejsze złoże „Kimpe” w Kongo. To w sprawie tej „miniatury” odbywały się narady na szczeblu rządów, ministrów i wielokrotnych wyjazdów do Afryki gremiów naukowo–biznesowych, które w rezultacie przyniosły straty w wielkości ok. 100 mln dolarów.
Departament „Kongo” w KGHM nadal istnieje w tym samym celu. Podobnie jest z wyjazdami do dalekiej Mongolii, Laosu, Chin, Chile, Peru itp. itd. Tam wszędzie są luksusowe hotele, partnerzy na szczeblu ministrów i prezesów największych światowych konsorcjów, dieta wynosi kilkadziesiąt dolarów, a tu zaledwie kilka marnych złotych. Nie mówiąc już o wrażeniach turystycznych, które na kopalni „Konrad”, trzeba to szczerze powiedzieć, są żadne. Tu na „Konradzie” partnerem dla KGHM jest sołtys, no, w najlepszym wypadku wójt. To żadna skala. To śmiało można nazwać poniżeniem dla światowej firmy... Oczywiście oficjalnie się o tym wszystkim nie mówi. Opowiada się tylko zaufanym osobom, przy kuflu piwa lub przy czyś mocniejszym. To moim zdaniem są podstawowe i prawdziwe przyczyny zaniechania eksploatacji własnych dobrych i przygotowanych do tego złóż rud miedzi i zniszczenia źródeł doskonałej wody pitnej. Jednakże, aby to wszystko zmienić i odbudować nie trzeba nowych koncepcji, planów i technologii. Tu trzeba szukać nie tylko fachowców, ale też ludzi o innej mentalności i to zaczynając od tych na najwyższych szczeblach służbowej drabiny w KGHM.
felietony Adama Maksymowicza