Adam Maksymowicz: Węgiel dobywa Zagłębie...
fot: Jarosław Galusek
Ponad 3,5 tys. wypadków zanotowano w ubiegłym roku w polskim górnictwie
fot: Jarosław Galusek
Motto:
Węgiel dobywa Zagłębie,
Zagłębie dobywa śmierć.
(Władysław Broniewski – „Zagłębie Dąbrowskie”)
Nie bez powodu cytuję jednego z czołowych poetów epoki PRL. Pomimo tego, że Broniewski pisał o czasach przedwojennego kryzysu, czasach nędzy i głodu, to jednak tak naprawdę w górnictwie nie wszystko zmieniło się od tamtej pory.
Oczywiście są nowe technologie, są maszyny, nowe ściany wydobywcze, systemy eksploatacyjne i sygnalizacyjne. Górnictwo stało się nowoczesne, zwykle już nawet (w mniejszym lub większym stopniu) skomputeryzowane. Postęp techniczny w górnictwie wygląda wręcz oszałamiająco, podobnie zresztą jak i w innych dziedzinach naszego życia codziennego. To jednak tylko część prawdy o górnictwie podziemnym. Ta druga część jest na ogół niewidoczna, skryta, brutalna, a nawet zwyczajnie chamska.
„Halemba”
Tragedia, jaka rozegrała się trzy lata temu, we wtorek 21 listopada o godz.16.30 na głębokości 1030 metrów pod ziemią, jest jedną z największych katastrof, jakie zdarzyły w ostatnich trzydziestu latach w polskim górnictwie. Dwudziestu trzech zabitych to koszt prowadzonych robót związanych z odzyskiwaniem pozostawionego sprzętu i obudowy w nieczynnym już chodniku przyścianowym. Wybuch metanu i pyłu węglowego w tego rodzaju wyrobisku daje bardzo małe szanse na przeżycie pracujących tam ludzi.
W chodniku takim dochodzi do sytuacji podobnej, jak w lufie armatniej. Wysokie ciśnienie spalanego gazu wyrzuca wszystko, co jest na drodze z siłą i prędkością wystrzelonego pocisku. W tej sytuacji wstrzymanie przez pewien czas akcji ratunkowej było jak najbardziej uzasadnione, gdyż ratownicy to też ludzie, a ich życie nie powinno być narażane na istniejące w tym wypadku duże ryzyko jego utraty.
Padają pytania, czy można było tego uniknąć? Na pewno można było, ale za cenę setek tysięcy, a nawet milionów złotych pozostawionego sprzętu. Dziś wiadomo, że trzeba było to wszystko zostawić, a ludzie by żyli. Kopalnia jest jednak przedsiębiorstwem, które musi przynosić zyski, a nie generować straty. Więc starano się pomimo istniejącego ryzyka wybrać sprzęt z tego wyrobiska. Czy ryzyko kosztem życia i zdrowia górników jest dopuszczalne? Czy jest prawnie dozwolone? Czy są jakieś granice tego ryzyka? Tak, granice te są określone przepisami bezpieczeństwa pracy w górnictwie podziemnym węgla kamiennego. Czy jednak wszystkie przypadki można określić w przepisach? Wiele zależy od fachowości, wyobraźni i doświadczenia górniczej kadry, a także zwykłych górników, którym wystarczy, że spojrzą na strop, popatrzą na mapę i wiedzą, co wolno, a czego nie wolno. Przypuśćmy nawet, że w „Halembie” pracowano by zgodnie z przepisami, to jednak na pewno zabrakło tam ludzi ostrożnych, czujnych i znających się na swoim rzemiośle.
Urzędy Górnicze
Warunki bezpieczeństwa pracy w górnictwie nadzoruje Wyższy Urząd Górniczy w Katowicach oraz podlegające mu Okręgowe Urzędy Górnicze. Ich obecny styl pracy określony został jeszcze w czasach wczesnego socjalizmu w latach pięćdziesiątych minionego wieku i po wielu korektach trwa on do dnia dzisiejszego. Założenia kontrolne, jakie przyjęto w systemie WUG, od początku były irracjonalne, jeżeli nie nawet fikcyjne. Po pierwsze karać, po drugie karać i po trzecie - jeszcze raz karać. Kogo? Ano, kogo się da. A najłatwiej karać najmniej winnych, bo ci często nawet nie wiedzą, o co chodzi.
Karze się za wszystko. Powiesił pracownik pochłaniacz poza zasięgiem ręki - kara, pracował pod niebezpiecznym stropem (strop jest zawsze niebezpieczny) - kara, był w chodniku bez wymuszonej wentylacji o metr dłuższym, niż mówi przepis - kara, itp. itd.
Tymczasem do niezwykłej rzadkości należy karanie kierownictwa kopalń. One brane są pod lupę dopiero wtedy, kiedy w kopalni są zabici i ranni. Pozornie urzędy górnicze są surowe i bezwzględne, ale tylko w stosunku do ludzi, którzy mają minimalny wpływ na bezpieczeństwo w kopalni. Statystycznie biorąc, urzędy nie mogą podołać z ilością groszowych kar, rozprawami i dochodzeniami w sprawie bezpieczeństwa pracy. Cóż jednak z tego, kiedy ich działalność skierowana jest tak naprawdę w próżnię?
Bo ile można nałożyć kary na górnika zarabiającego miesięcznie od 3 do 5 tys. złotych. Dwieście, trzysta, pięćset złotych? Bywa, że na ten cel kopalnia utrzymuje specjalne konto koleżeńskie, na który wszyscy składają się po kilka złotych miesięcznie. Urząd wyjeżdża za bramę kopalni, a sprawa przepisów natychmiast idzie w kąt, bo z drugiej strony, gdyby skrupulatnie przestrzegać wszystkiego, co jest zapisane, to każda z kopalń mogłaby okazać się nierentowna.
Jednocześnie lawinowa skala szczegółowych kontroli i kar stale wymaga powiększania personelu poszczególnych urzędów górniczych. W rezultacie dochodzi do tego, że skromny okręgowy urząd mający zasięg dwóch, trzech województw, dysponuje większym personelem niż liczy sobie cała administacja urzędów górniczych w niejednym średniej wielkości państwie europejskim. Tyle tylko, że tamten znacznie mniejszy personel jest dużo bardziej skuteczny, bo - odwrotnie niż w Polsce - nie kontroluje każdego napotkanego górnika, tylko najwyższą kadrę i nakłada kary w postaci podniesienia kategorii bezpieczeństwa, z czego wynikają opłaty ubezpieczeniowe liczone rocznie w milionach dolarów. Po to, aby uniknąć tych opłat, w innych krajach wszyscy są zainteresowani nie tylko formalnym przestrzeganiem przepisów, ale też zapobieganiem wszelkimi sposobami możliwości zaistnienia jakichkolwiek wypadków. I to niezależnie, czy ktoś nasyła na kopalnie kontrole, czy też nie.
Upadek obyczajów
Zapewne wielu uczciwych pracowników, górników, inżynierów i dyrektorów poczuje się urażonych takim opisem ich środowiska. Oczywiście, że jest tu, jak w każdym zawodzie, wielu ciekawych, odważnych, dobrze wychowanych i inteligentnych ludzi, również na kierowniczych stanowiskach. Problem jednak w tym, że nie mają oni w tej branży decydującego głosu. Każdy, kto otarł się o górnictwo podziemne wie, że na ogół panują tam obyczaje brutalne. Sztygar, dyrektor, zawiadowca i \"szarża górnicza\" zwykle wyzywa swoich podwładnych od najgorszych przy każdym z nimi spotkaniu. Jeden z bardziej wrażliwych górników opowiedział mi, że kiedy rano posłyszał taką „wiązankę” pod swoim adresem, to cały dzień miał już z głowy. Bywało nawet tak, że na najwyższych stanowiskach ludzie występujący często publicznie nie mogli się wyzbyć w wypowiedziach przerywnika na literę „k….”, najwyżej zastępowali wulgaryzm z tą samą częstotliwością innym, mniej rażącym słowem. Nikt tu się z nikim nie liczy. To nie miejsce dla panien z dobrego domu, ani szkoła dobrego wychowania. Komu się takie obyczaje nie podobają, wie, gdzie jest brama.
Bezrobocie jest stale wysokie, więc nikt nie chce znaleźć się za bramą. W tej atmosferze wykonuje się każdy rozkaz, każde zadanie bez szemrania. Roboty z reguły zatrzymuje się tylko z dwóch powodów: albo wiadomo z góry, że nikt by nie wrócił, więc lepiej nie robić sobie kłopotów, albo ludzie sami wiedzą, że sytuacja jest krytyczna i grupowo odmawiają wykonania zadania. Oba te przypadki zdarzają się bardzo rzadko. Wszystkie inne są umownie pośrednie i skala ryzyka zależy od konkretnej sytuacji. Na ogół każdy wierzy, że dziś wypadnie mu pracować w bezpiecznych warunkach, no a jeśli już dojdzie do jakiegoś wypadku, to akurat dziś spotka on kogo innego. Na zewnątrz: gala, dzień górnika, uśmiechy i zadowolenie kadry ministerialnej, kompanijnej, kopalnianej i związkowej, która zasadniczo zgodnie współpracuje czerpiąc profity z ryzykownego zawodu górnika.
Upadek kadry
Dzisiejsza kadra nie ma autorytetu wśród załogi górniczej. Wynika to właśnie i przede wszystkim z jej poziomu kulturalnego, zawodowego i obyczajowego. Przedwojenni górnicy opowiadali, że kiedy w tamtych czasach załoga blokowała szyb namawiając wszystkich do strajku, to do stu takich ludzi wychodził sztygar i tłumaczył im, że sami sobie zaszkodzą. Po namyśle z reguły przyznawali mu rację i wracali do pracy. Wiadomo jednak było, kim był sztygar. Był wykształconym, szanującym siebie i innych człowiekiem. Żył w wyższym towarzystwie i nigdy nie widziano go pijanego, ani nie słyszano, aby kogoś oszukał. W niedzielę widziano go zawsze z małżonką i dziećmi w kościele itp. Dziś kadra pod względem obyczajów niczym nie różni się od przeciętnego górnika. Pije w tej samej knajpie i trzeźwieje w tej samej izbie zatrzymań... Ogląda te same niewyszukane filmy i opowiada identyczne dowcipy. Wystarczy, że kilku górników blokuje szyb przy próbach strajku, a kilkunastu inżynierów nawet nie próbuje temu zapobiec, bo zostaną potraktowani dokładnie tak samo, jak robią to oni w stosunku do swoich podwładnych.
Przyczyny wypadków
W „Halembie” przyczyny wypadków badają komisje, prokuratorzy, związkowcy, zapadają wyroki. Być może bezpośrednie przyczyny zostaną wyjaśnione, lecz o zagrożeniach kulturowych i cywilizacyjnych panuje głuche milczenie. Oczywiście, że wypadki będą zawsze. Natury nie da się w każdym wypadku rozpoznać w stopniu wystarczającym, aby uniknąć najbardziej tragicznych wydarzeń. Z drugiej strony nie można wszystkiego zwalać na nieszczęsną naturę, ponieważ zbyt często brutalność człowieka oraz brak elementarnej wiedzy i kultury prowokuje ją do najbardziej niebezpiecznych reakcji. Wszystko jest jednak w rękach górniczej kadry, której stan psychiczny i moralny pozostawia wiele do życzenia. Co do zasady od czasów Polski Ludowej zmieniło się w tym zakresie bardzo niewiele.
Bezpieczeństwo pracy w górnictwie, ale też zwykła jej ekonomia i wielce chwalebna tradycja wymagają, aby zapobiegać nie tylko zagrożeniom naturalnym, ale też tym cywilizacyjnym, kulturowym, psychologicznym i innym. Inaczej Zagłębie nadal wydobywać będzie nie tylko węgiel, ale także i śmierć.
felietony Adama Maksymowicza