Adam Maksymowicz: Polskość Polskiej Miedzi
Wiele związkowych racji ma swoje uzasadnienie, bo dzisiaj samo zachowanie nazwy nic nie znaczy. Najlepszym tego dowodem było przejęcie we Wrocławiu popularnej gazety „Słowo Polskie” przez kapitał niemiecki. Smutny los zlikwidowanych wrocławskich sztandarowych zakładów przemysłowych takich jak „Dolmel”, „Archimedes” i „Pafawag”, przejętych przez obcy kapitał jest wystarczającym ostrzeżeniem dla miedziowych związkowców. Warto jednak mimo wszystko przyjrzeć się też innym możliwościom prywatyzacyjnym, gdyż upór przy państwowym kapitale również budzi wiele zastrzeżeń pod kątem przyszłości tej firmy.
Kapitał państwowy
W całkiem innej rzeczywistości politycznej i gospodarczej w czasach PRL kapitał ten został wyłożony na utworzenie obecnej firmy KGHM obejmującej trzy duże kopalnie i dwie równie kolosalne huty. Wszystko to w konsekwencji okazało się przysłowiowym „strzałem w dziesiątkę” przynosząc państwu ogromne dochody, dając dobre zatrudnienie dla dziesiątków tysięcy zatrudnionych tu pracowników i gwarantując rozwój zaniedbanego dotąd regionu położonego na peryferiach kraju.
Czasy PRL jednak się skończyły, a firma poprzez giełdę została sprywatyzowana. Początkowo kapitał państwowy posiadał ok. 51 proc. akcji, a po drobnych korektach w rękach państwa pozostało 41,7 proc. akcji. Tak było do teraz. Obecnie rząd zmuszony kryzysowymi warunkami funkcjonowania całej gospodarki zapowiedział sprzedaż kolejnych 10 proc. akcji. Związkowcy uznali to za zagrożenie dla państwowej własności firmy i rozpoczęli blisko już rok trwające w tej sprawie protesty i negocjacje.
Państwowa patologia
W związkowej krytyce obecnego zarządu i jego współdziałania w sprzedaży tych nieszczęsnych kolejnych 10 proc. akcji kryje się pewna sprzeczność. Z jeden strony słusznie negatywnie ocenia się zarządzanie firmą przez kolejne koterie polityczne. Jak piszą związkowcy w swoim ostatnim oświadczeniu: „POlityczne nominacje okazuje się łamią charaktery”. Związkowcy nie lepiej przedtem pisali o nasyłanych z Warszawy poprzednikach obecnego zarządu. Generalnie można powiedzieć, że racja jest po ich stronie.
Wszelkie polityczne nominacje, często całkowicie przypadkowe, były dla tej firmy wielce szkodliwe. Jedynie niezwykłe bogactwo wydobywane i przetwarzane oraz sprzedawane na pniu za granicą ratowało KGHM przed niewątpliwym bankructwem tak zarządzanej firmy. Krótko mówiąc polityczne „konfitury”, jakimi określają warszawscy politycy stanowiska w KGHM, źle służą firmie, regionowi i Polsce. Tu związkowcy maja rację. Raz kiedyś trzeba z tym skończyć.
Za, a nawet przeciw
Na rządzących w KGHM politykach związkowcy nie pozostawiają przysłowiowej „suchej nitki”. Jednocześnie, kiedy rząd usiłuje poprzez sprzedaż kolejnych akcji firmy odsunąć się od zarządzania nią, powstaje wielki lament. Co z nami będzie? Nie chcemy polityków, ale chcemy, aby był polski kapitał państwowy.
Protestujący nie dostrzegają, że polski kapitał państwowy reprezentowany jest właśnie przez tych „znienawidzonych” polityków. Koło się zamyka. Związkowcy są za wyeliminowaniem politycznego wpływu na firmę, ale jak do tego dochodzi, zaraz widzą same zagrożenia i są stanowczo przeciw. Wszystko to przypomina bajki Disneya, w których kocur poluje na myszy. Och, jak strasznie ich nienawidzi! Jednak nie może ich tak sobie zamordować. Bo na kogo będzie później polował? Więc tak poluje, aby zawsze uchodziły one z życiem. W tej sytuacji związkowcy muszą się na coś zdecydować.
Akcjonariat pracowniczy
Waldemar Pawlak jako wicepremier i minister gospodarki nie jest postrzegany przez związkowców KGHM, jako ewentualny partner, który byłby w stanie wypracować satysfakcjonujący załogę kompromis w tej sprawie. Być może wynika to też z preferowanego przez niego sposobu prywatyzacji państwowych firm poprzez przejęcie ich przez załogi ze spłatą zaciągniętych na ten cel kredytów. Ta forma własności została już raz skompromitowana w KGHM jeszcze na początku transformacji ustrojowej, kiedy próbowano wdrożyć ją tutaj w życie w latach 1989-1991. Załoga nie podjęła tej inicjatywy z bardzo prostych przyczyn. Trzeba by było zarządzać samemu firmą i brać za to pełną odpowiedzialność. Czy nie lepiej jednak nie brać na siebie żadnej odpowiedzialności, tylko stawiać żądania, groźby i prężyć muskuły? To dużo łatwiejsze, przyjemniejsze i dające maksimum satysfakcji. Niech sobie ci w Warszawie rządzą jak chcą, byle by z nami się musieli liczyć, a my wyciągniemy od nich wszystko, co się tylko da, nie ruszając się z miejsca i nie ponosząc żadnego ryzyka. Rozumując w ten sposób, nikt tu o żadnym akcjonariacie pracowniczym nawet nie chce słyszeć. Chcemy, aby nadal nami rządzili ci „znienawidzeni” politycy. Stąd też związkowe petycje kierowane do wszystkich polityków jakoś omijają wydawałoby się najbardziej zainteresowanego w tej sprawie wicepremiera Waldemara Pawlaka.
Strajk
Narzędziem wymuszającym na rządzących postępowanie według związkowej recepty jest strajk. Tu nawiązuje się do chlubnej tradycji strajkowej z 1991 roku. Być może strajk taki można powtórzyć, tylko jego skutki mogą być przynajmniej obusieczne. I to nie z powodu lepszego i bardziej sprawnego systemu represji, którego najbardziej obawiają się związkowcy. Nie zauważają oni, że przez osiemnaście minionych lat sytuacja uległa zmianie i to na gorsze. Nie tylko pod względem gospodarczym i politycznym, co ma też swoje znaczenie, ale przede wszystkim pod względem warunków geologiczno-górniczych i technicznych wydobycia rudy w kopalniach KGHM.
Tu nic nie pomogą żadne groźby i prośby, bo przyroda absolutnie się z nimi nie liczy. Zapowiadany strajk, bez żadnego straszenia, może dołożyć tylko kolejne zło do zła i pogrzebać firmę razem z zarządem, politykami i pracownikami.
Zacofanie
KGHM postrzegany jest w świecie jako jeden z czołowych producentów miedzi. Dyskretnie jednak milczy się na temat kosztów, jakie ponosi się dla utrzymania taj prestiżowej pozycji.
Pierwszym z nich jest nadal nadmierne zatrudnienie przypadające na uzyskaną tonę metalu. To, że konkurencja na świecie wydobywa rudę miedzi odkrywkowo, nic nie ma do rzeczy, bo ruda ta jest wielokrotnie uboższa niż ta pochodząca z KGHM. Tam polska ruda jest przedmiotem powszechnej zazdrości.
Zacofanie KGHM najbardziej widoczne jest w górnictwie, gdzie od pół wieku nie zmieniono sytemu eksploatacji złoża, preferując metody urabiania otworami strzałowymi, które powodują rozwarstwienie stropu i związaną z tym nadmierną wypadkowość, w tym również śmiertelną. Nie na darmo w kapliczce na placu przed dawnym ZG Polkowice jest napis „Święta Barbaro, święta Barbaro, ginących pokrzep zwycięstw wiarą. Ciebie wzywają górnicy żywcem pogrzebani. Święta Barbaro wywiedź nas z otchłani!”.
Eksploatacja rud miedzi nieuchronnie zbliża się do granic występujących na tym samym poziomie złóż gazu ziemnego. Pierwsze jego sygnały już odnotowano w ZG Rudna. Wydobywanie rudy w warunkach występowania gazu ziemnego jest raczej niewskazane. Czy tego wszystkiego nie dostrzegają związkowcy? Czy interesuje ich tylko kasa i zatrudnienie, które może się nagle skończyć, niezależnie od tego, kto i jak będzie zarządzał firmą? Czy pozory postępu technicznego, mogą zastąpić potrzebne i radykalne zmiany w tym zakresie?
Na te i podobne pytania związkowcy powinni szukać odpowiedzi nie tylko we własnym sumieniu, ale też w działaniach władz zarządzającej nimi spółki. Póki co jednak w tych sprawach trwa znamienna cisza, zwiastująca nadchodzącą burzę.
Dbać o polskość Polskiej Miedzi
Wydaje się, że o polskość Polskiej Miedzi dbać trzeba nie tylko przy pomocy najbardziej nawet stanowczych protestów. Trzeba dostrzegać też zmiany, jakie zachodzą na świecie i we własnym otoczeniu. Związkowcy nie mogą uprawiać „strusiej polityki” chowania głowy w piasek w sytuacji, kiedy nie tylko właścicielskie, ale też naturalne zagrożenia zaczynają się kumulować. Być może, że batalię o własność wygrają, ale skutki zacofania i bierności w sprawie zagrożeń naturalnych mogą ich zaskoczyć dużo bardziej boleśnie.